Witam,
Moje pytanie z tematu skróciłem maksymalnie jak się dało. Postanowiłem tutaj napisać bo szperając wczoraj w necie to forum wydał mi się najbardziej konkretne i interesujące.
Postaram się konkretnie opisać mój problem...
Mam 32 lata i kilka związków za sobą. rok temu poznałem kobietę w moim wieku z 9 letnim synkiem, którego wychowywała sama bo rozstała się 3 lata temu z mężem. Spotykaliśmy się sporadycznie na imprezach, ale na początku tego roku zaczęliśmy się spotykać sami. Bardzo szybko zakochaliśmy się w sobie - chemia i emocje między nami były ogromne. Mam swoje mieszkanie, ale zaprosiła mnie do siebie i praktycznie od lutego mieszkałem u niej. Czułem się przy niej wspaniale, jakbym w końcu miał rodzinę, zaakceptowałem młodego jak własnego syna, wychodziłem z jej psem, robiłem jej zakupy i starałem się jak mogłem opiekować się nią, jej synem, dawać im stabilizację i bezpieczeństwo i ogólnie to co mogłem i potrafiłem. Kochałem ją tak najbardziej na świecie.
Niestety 2 miesiące temu rozstaliśmy się i to w najgorszy z możliwych sposobów... Pewnego dnia poszła na imprezę ze znajomymi, ja zostałem z młodym na noc u niej, bo mnie o to poprosiła. Położyłem wieczorem młodego spać. Przyjechała rano, położyła się obok. Rano wyszedłem do pracy, pocałowałem ją jak co dzień i to był ostatni raz jak ich widziałem i rozmawiałem... Wtedy nie wiedziałem jeszcze że to koniec.
Przez 5 dni nie odbierała telefonu tylko pisała mi smsy żebym nie przyjeżdżał bo nie ma czasu się ze mną spotkać... po 5 dniach wkurzyłem się i napisałem jej głupiego smsa, że jak ma mnie tak traktować to może się rozstaniemy w ogóle... nie chciałem tego, bo bardzo ją kochałem, ale wkurzyłem się wtedy już mega... Okazało się że na to właśnie czekała, był to pretekst żeby się na mnie obrazić tak żeby móc ze mną nie rozmawiać... Próbowałem przepraszać, pojechałem z kwiatami, pisałem, dzwoniłem i tylko odbijałem się od domofonu i telefonu... dzwoniłem do jej koleżanki, do wspólnego kolegi żeby z nią porozmawiał, żeby dała mi szansę porozmawiać chociaż - nic, nie chciała nawet przez tel ze mną rozmawiać... jedyne co mi napisała to spadaj... wyrzuciła mnie z fejsa, bo jej długie listy pisałem o tym jak bardzo ją kocham...
Świat mi się wtedy zawalił, wariowałem przez kilka tygodni, myślałem o tym żeby się zabić... nie spałem nocami, kilka razy nachlałem się sam w domu na smutno, nie mogłem wtedy iść do pracy... poszedłem nawet do psychologa, bo bałem się że się rozwalę samochodem bo mi świadomość uciekała podczas jazdy, ale psycholog nie pomógł... nigdy wcześniej aż takiego doła nie miałem... nie wiedziałem dlaczego tak się nagle stało, dlaczego mnie tak po prostu odstawiła po tym jak mówiła że mnie kocha i że muszę z nimi być już zawsze...
Co się okazało... po dwóch tygodniach napisała mi smsa żebym już sobie odpuścił, że jej już wcześniej 'przeszło', że stwierdziła że nie widzi ze mną przyszłości i że poznała kogoś innego... Poczucie winy mi wtedy trochę minęło, ale dalej nie mogłem zrozumieć dlaczego, przecież starałem się być dla niej najlepszym facetem na świecie i kochałem ją tak bardzo jak nigdy wcześniej. Cierpiałem strasznie, schudłem 12 kilo (chociaż gruby nie byłem) bo nie jadłem, nie mogłem spać nocami, zacząłem brać tabletki nasenne żeby chociaż 4-5 godzin w nocy pospać nie myśląc o niej. Dowiedziałem się po 3 tygodniach od rozstania że jest z facetem z którym widywała się na imprezach - miała z nim fotki na fejsie - jak jeszcze z nią byłem, jak zostawałem z jej synem żeby mogła tam iść... Prawdopodobnie zdradziła mnie z nim i dlatego nie chciała ze mną porozmawiać, ani spotkać się i zrobiła tę całą szopkę z olewaniem mnie żebym się wkurzył i z obrażeniem potem o smsa... wiem, mega dziecinne... ale to nie wszystko... Na koniec zorientowałem się że cały czas po rozstaniu gdy cierpiałem włamywała mi się na fejsa, bo logowałem się z jej kompa wcześniej i czytała to co pisałem moim znajomym szukając wsparcia... Kolejny raz mnie to załamało - jak mogła mi takie świństwo zrobić? Czytała moje wypociny które pisałem do znajomych o tym jak ją kocham i tęsknię za nią i jej młodym - patrzyła jak leżę i krwawię... Traktowałem ich jak rodzinę, pierwszy raz czułem spokój ducha i to że życie ma sens, że jest po co wstawać rano i walczyć z całym światem... Skasowałem konto na fejsie żeby nie wchodzić ciągle na jej profil i nie widzieć już jej uśmiechu na zdjęciu profilowym...
Minęły dwa miesiące odkąd się rozstaliśmy, a ja nadal codziennie myślę o niej i tęsknię... Pozbierałem się trochę, zacząłem 3 tygodnie temu chodzić na siłownie, staram się wypocić i wybiegać te negatywne myśli i nawet pomaga trochę, ale nie do końca. Wiem, że potrzeba mi czasu żeby przeszło zupełnie, ale nie wiem czy będę w stanie jeszcze kiedyś zaufać kobiecie na tyle żeby z nią być i ją pokochać po tym co ona mi zrobiła. Wystarczyło żeby mi po prostu powiedziała że nie chce ze mną być bo jej przeszło i tyle, zrozumiałbym bo sam wiele razy zrywałem z kobietami, ale zawsze potrafiłem rozmawiać i powiedzieć wprost co czuję i myślę... Ona nie umiała mi powiedzieć.
Zerwałem z nią wszelki kontakt, staram się już nie rozmawiać o niej ze znajomymi i nie myśleć o niej, ale nie zawsze mi to wychodzi. Czasem dopada mnie dół i wspomnienia o nich, o tym jak było fajnie i dobrze...
Powiedzcie mi czy będę w stanie jeszcze zaufać kobiecie i zakochać się? Boję się że nie będę chociaż mam w sobie tak wiele uczuć które chciałbym komuś dać, bardzo potrzebuję kogoś z kim mógłbym dzielić życie, potrzebuję rodziny, którą mógłbym się opiekować, zrozumiałem to dopiero będąc z nią, wcześniej tego nie widziałem...
Jeśli ktoś przebrnął przez całość moich wypocin to gratuluję ;-). Napiszcie czy macie podobne przeżycia i o tym co dalej, czy można jeszcze się przed kimś otworzyć i pokochać po takim dupiatym rozstaniu...