Witajcie kochane. Nie do końca wiedziałam gdzie powinnam napisać, ale chyba to miejsce jest najbardziej adekwatne.
Nie potrafię z nikim rozmawiać o moich problemach wiec postanowiłam napisać tu. Mam, właściwie to prawie od zawsze miałam, ogromny problem z niskim poczuciem wartości. Zawsze uważałam ze jestem gorsza od innych, mniej zdolna i pracowita od mojej siostry, nie tak grzeczna i kulturalna jak mój brat, nie tak ładna jak kolezanki, etc. Prawie całe swoje dorosłe życie spędziłam ukrywając się przed ludźmi. W liceum nie zaprzyjaźniłam się z nikim, rozmawiałam z 2 osobami w tym jedną dziewczyną, która była z mojej podstawowi. Na studiach to samo, nie potrafiłam się przełamać i do kogoś zagadać choćbyśmy siedzieli obok siebie godzinami. Zawsze uważałam, że nikt z kimś takim jak ja nie będzie chciał rozmawiać nie mówiąc o przyjaźni. Nigdy nie byłam wystarczająco dobra.
Potem wyjechałam na kolejne studia za granice. Wyjeżdżałam pełna nadziei, że to inny kraj, inna kultura, różni ludzie na pewno znajdę swoje miejsce na ziemi. Tak się jednak nie stało. Przez kilka lat nie poznałam praktycznie nikogo, panicznie bałam się rozmawiać z ludźmi, chociaż językiem posługiwałam się lepiej niż inni imigranci, na zajęciach zupełnie się nie odzywałam, bo mówienie na forum było dla mnie katorgą, jeśli byłam o coś pytana to wolałam powiedzieć, że nie wiem, albo, że się nie przygotowałam, niż odpowiadać bo to wymagalo długiego wypowiadania się i rozwijania zagadnień. Bezpiecznie czułam się tylko wtedy jak byłam niewidzialna dla innych, ignorowana, mimo że tego nie chciałam.
Tęskniłam za przyjaźnią, za kimś obok, z kim można by zwyczajnie pójść do kina czy obgadać przechodniów siedząc na ławce w parku. Ale za nic nie umiałam się przełamać, nawet jeśli poznawałam nową osobę i z entuzjazmem rozmawiałam (choć kosztowało mnie to wiele) to nie potrafiłam potem podtrzymać tej znajomości. Nigdy pierwsza nie wysłałam smsa, nie zapytałam nowo poznanej dziewczyny na zajęciach czy nie poszłaby, na kawe, nie zaoferowałam nowemu studentowi pokazania camapusu choć po ilku latach zanalm go doskonale, nigdy nie szlam z całą grupą wieczorem do pubu wykręcając się jakąś głupią wymówką.
No, ale stało się. Poznałam swojego obecnego chłopaka. To on się uparł i mnie wszędzie wyciągał, to on czekał i był cierpliwy, bo widział, jakim jestem asocjalnym przypadkiem. Z jakiegoś dziwnego powodu mu to nie przeszkadzało. A ja im bardziej się w nim zakochiwałam tym bardziej docierał do mnie fakt, że nie jestem dla niego wystarczająco dobra, że zasługuje na kogoś mądrzejszego, ładniejszego, inteligentniejszego, etc. Kocham go całym moim sercem, ale nie potrafię być z nim szczęśliwa, bo wiem, że nie będę w stanie uszczęśliwić jego. Nigdy mu o tym nie powiedziałam, nie mam odwagi, boje się go zawieść.
Nie umiem być w związku, mam wrażenie, że szczęśliwa byłabym tylko wtedy gdybym żyła z dala od ludzi bo wtedy nie mogłabym nikogo skrzywdzić, nikogo bym nie zawiodła. Zawsze taka myśli siedziała mi w głowie i zawsze zakładałam, że w życiu będę sama, bo tylko w taki sposób nikt nie będzie cierpiał.
I teraz nie wiem co robić? Mój chłopak coraz częściej wspomina o wspólnym zamieszkaniu, o przyszłości, a ja coraz częściej płaczę, bo boję się, że go zawiodę. Jesteśmy razem prawie dwa lata, jeszcze nigdy się nie kłóciliśmy, każdy problem rozwiązujemy spokojną rozmową, wszyscy znajomi (glownie jego, bo ja wielu nie mam) widzą w nas zgodną i świetnie dobrana parę. Kocham go całym moim sercem i chce jego szczęścia, ale jednocześnie wiem że ja nie będę w stanie mu tego dać.
Nie wiem co robić, czasem myślę że powinnam odejść, że on sobie znajdzie kogoś z kim będzie szczęsliwy a ja zostanę sama i już nikogo w życiu nie zawiodę.