Czy byliście kiedyś w długim związku w którym wszystko było idealne oprócz właśnie jednej kwestii - partner był "niezaradny życiowo" i przez to nie widzieliście go jako przyszłego partnera na całe życie? "Niezaradność" w można tutaj rozumieć w różnych aspektach:
a) ktoś kto nie jest ambitny i stoi w miejscu,
b) ktoś kogo należy prowadzić za rękę przez życie,
c) ktoś na kogo nie można liczyć finansowo,
d) ktoś kogo nie widzieliście w roli przyszłej "głowy rodziny".
Jeśli tak, to jak zakończył się taki związek? Czy zakończyło się to rozstaniem czy może jednak nie?
Podobne tematy
Kto jest tzw ''glowa rodziny'' jest kwestia umowana. Jezeli kobieta chce, umie, lubi i zarabia wystarczajaco, aby byc tzw filarem rodziny to w czym problem? Wydaje mi sie ze w tych czasach nie ma juz czegos takiego, ze facet MUSI swietnie zarabiac, o wszystkim decydowac. Wazne aby sie zgrac.
Kto jest tzw ''glowa rodziny'' jest kwestia umowana. Jezeli kobieta chce, umie, lubi i zarabia wystarczajaco, aby byc tzw filarem rodziny to w czym problem? Wydaje mi sie ze w tych czasach nie ma juz czegos takiego, ze facet MUSI swietnie zarabiac, o wszystkim decydowac. Wazne aby sie zgrac.
Prawda, tylko czasem facet nie akceptuje faktu, że kobieta zarabia więcej od niego.
I tu moze się narodzić mały problem.
Woman in Red jakego masz ślicznego kotka w avatarze ![]()
Byłam w takim związku. Ex doprowadził do kłopotów finansowych. Nie jest fajnie gdy do domu przychodzi komornik. Wyciągnęłam nas z kłopotów. Za jakiś czas powtórka. Oczywiście jego niepowodzeniom zawsze winni są inni - rząd, klienci, pogoda... Kompletna katastrofa gdy zaczęliśmy pracować w jednej branży (już nie było kogo obwiniać, gdy mnie szło dobrze). W końcu zachorował na depresję, ale sposobów działania nie zmienił, wolał tabletki. A potem zaczął mi podcinać skrzydła, krytykować, dokuczać dręczyć, złośliwić. Nie mógł się pogodzić z tym, że okazał się sierota obrzyganą, choć mu tego nie wypominałam i przyjmowałam, wychwalałam każdy jego pomysł. Niestety, wszystkie jego biznesowe pomysły były do niczego. A moje jak na złość działały (choć mówił, że są złe). Skończyło się rozwodem, gdy byłam krańcowo wyczerpana. Nie miałam sił walczyć o siebie i zostałam z długami. Oczywiście dałam radę. On sprzedał nieruchomość, która miała być dla dzieci i wydał na następne cudowne biznesy... Współczuję jego żonie, której zniszczył wieloletni układ biznesowy przez swoje rozdęte ego. Ale cieszę się, że ma inną żonę, bo nie zażąda ode mnie alimentów.
Drugi przykład - przyjaciółka. Dzieci małe, zadłużenia coraz większe, ostatnio powiedziała, że do końca życia nie spłaci.
Trzeci przykład. Nic nie wychodziło w Polsce, pojechali za granicę, tam wyszło - i on sobie poszukał innej.
Czwarty przykład - ona pracuje do 2-3 w nocy, od rana, chodzi do psychologa, nie radzi sobie, płacze. Finansowo jakoś wychodzą, ale on na marnym etacie i widzi TYLKO pieniądze, jej zdrowie ma gdzieś.
Piąty przykład. Dobry człowiek. W domu świetnie zorganizowany, kochający, ale dzieci nie dopilnował jak trzeba, gdy żona pracowała w dwóch miejscach. Musiała zrezygnować z drugiej pracy. Mąż wysłany do pracy daleko, rozchorował się. Renta. Kochają się, jest ciężko ale chyba dobrze.
Problem jest taki: jeśli ktoś jest niezaradny, to prawdopodobnie jest oderwany od rzeczywistości.
Nie widzi co się sprawdza a co nie, nie uczy się na błędach albo w ogóle nie podejmuje działania (co na jedno wychodzi).
Jedną z istotnych cech psychopatów jest brak zdolności uczenia się na błędach. Nie mówię, że każdy niezaradny to psychopata, ale coś z nim jest nie tak, coś jest nie tak z jego związkiem z rzeczywistością, umiejętnością logicznego myślenia, wyciągania wniosków, może nie działa system motywowania wewnętrznego.
Byłam dla exa oparciem. Entuzjastycznie witałam każdy jego pomysł i pomagałam ile mogłam. Ale nie mogłam nic mu doradzić, bo mnie nie słuchał. Wiedział swoje. I nie docierało do niego, że może jednak nie mieć racji, skoro rezultaty jego działań są inne niż się spodziewał.
I teraz: jeśli niezaradny się podporządkuje, może są jakieś szanse (jak w ostatnim przypadku). Ale jeśli on jest głupszy i chce, żeby go słuchać, to dokąd Żona za nim zajdzie? W maliny. Jeśli słuchasz głupiego, to ilu mamy głupców?
A mężczyźni, niestety, często nie zdają sobie sprawy ze swoich ograniczeń i chcą, żeby żony się im podporządkowały...
Nie da się oszukać natury.
Kobieta może zarabiać, robić karierę etc., ale oczekuje że partner da jej poczucie bezpieczeństwa i kropka.Zaradność to ogromnie ważna cecha, nawet jeśli on siedzi w domu z dziećmi to niech ogarnia swoje obowiązki i będzie wsparciem, nikt nie mówi,że chodzi tylko o kasę/karierę.
Niestety czując, że cała odpowiedzialność, wszystkie decyzje i etc. spada na jedną osobę zawsze dzieje się źle.
Znałam jeden taki związek-rozstali się, bo ona musiała wiecznie we WSZYSTKO się angażować.
Czy byliście kiedyś w długim związku w którym wszystko było idealne oprócz właśnie jednej kwestii - partner był "niezaradny życiowo" i przez to nie widzieliście go jako przyszłego partnera na całe życie? "Niezaradność" w można tutaj rozumieć w różnych aspektach:
a) ktoś kto nie jest ambitny i stoi w miejscu,
b) ktoś kogo należy prowadzić za rękę przez życie,
c) ktoś na kogo nie można liczyć finansowo,
d) ktoś kogo nie widzieliście w roli przyszłej "głowy rodziny".
Jeśli tak, to jak zakończył się taki związek? Czy zakończyło się to rozstaniem czy może jednak nie?
a) Co to na dobrą sprawę znaczy? Jeśli jest "mało ambitny", bo nie ma aspiracji dyrektorskich, a narzeka na niskie zarobki to faktycznie można uznać to za wadę. Jeśli jest np "mało ambitny", bo nie chce piąć się w szczeblach kariery, ani uzupełniać wykształcenia, a nie ma nawet matury, ale jest np rewelacyjnym spawaczem, robi dodatkowe kursy i uprawnienia, a jest przy tym szczęśliwym człowiekiem, to czy faktycznie jest to wada?
b) To jest twój wniosek. Pytanie czy prawdziwy. Rodzice też uwielbiają się wtrącać i sterować swoimi pociechami, bo "same nie potrafią". A tymczasem potrafią, ale skoro wiedzą, że nie muszą, to tego nie robią. To częsty problem. Robimy coś za kogoś nie dając mu szansy na wykazanie się, bo lubimy robić po swojemu i nie mamy cierpliwości. A obarczamy drugiego człowieka "winą" za to, że czegoś nie robi. Choć prawda jest taka, że po prostu problem leży w nas samych.
c) Pytanie czy jest to stała czy przejściowa sytuacja? I jak ważne są dla ciebie pieniądze? Czy poza finansami możesz na niego liczyć?
d) "głowa rodziny" ciekawe, ale puste sformułowanie. Co one na dobrą sprawę znaczy?
wychwalałam każdy jego pomysł. Niestety, wszystkie jego biznesowe pomysły były do niczego.
Nie ma to jak kłamać i mieć potem pretensje....
Piąty przykład. Dobry człowiek. W domu świetnie zorganizowany, kochający, ale dzieci nie dopilnował jak trzeba, gdy żona pracowała w dwóch miejscach. Musiała zrezygnować z drugiej pracy. Mąż wysłany do pracy daleko, rozchorował się. Renta. Kochają się, jest ciężko ale chyba dobrze.
A to jest przykład na co? I co znaczy "nie dopilnował jak trzeba" ?
Artemida- nie mieszaj pojec. Psychopatologia ma sie nijak to bycia niezdara zyciowa. Do opisu antysocjalnego zaburzenia osobowosci odsylam do DSM-IV.
Rowniez nie zgadzam sie, ze facet musi byc filarem swojej rodziny (finansowo mowiac). Jezeli partnerzy maja dobry uklad, to niewazne, kto wiecej pieniedzy do domu przynosi, kto sie dziecmi opiekuje czy kto jest odpowiedzialny za placenie rachunkow.
Inna sprawa, to ludzie, ktorzy wcale nie lubia za nic odpowiedzialnosci miec, i tak meandruja przez zycie jak Piotrusie Panowie, liczac na to, ze zona pieniadze przyniesie, dom ogarnie, o wszystkim zadecyduje i do tego jeszcze dziecmi sie zajmie. No, a jak cos sie nie uda, maja gotowego kozla ofiarnego. Jednak szczerze mowic, ten syndrom dotyczy zarowno mezczyzn jak i kobiet, i w obu przypadkach jest powodem rozpadu zwiazkow, bo nikt nie chce dzwigac na swoich plecach zycia za dwoje.
Wiec, nie, partner nie musi byc ambitny, zarabiajacy gory kasy i nieomylny w kazdej decyzji, pod warunkiem, ze jego parnerce to nie przeszkadza. Nie ma bardziej rozpaczliwego obrazka, gdy kobieta na sile stara sie faceta zmienic, zeby pasowal do jej wyobrazen. W koncu nie kupuje sie tostera w sklepie, zeby w domu go na telewizor przerabiac.
Ja spotkałam na swojej drodze takiego mężczyznę, rozstałam się z nim jakieś 2-3 tygodnie temu. Mimo, że jestem młoda i co ja mogę wiedzieć o prawdziwym życiu we dwoje, w małżeństwie to jednak zauważyłam że to nie jest ktoś z kim można być na stałe. Gdy mieli go wyrzucić ze studiów, to ja pisałam podanie o to aby pozostał bo on nie wiedział jak (mógł poczytać w internecie jest pełno wzorów), nie umiał. Gdy poszliśmy w góry i się zgubiliśmy, to ja szukałam grogi powrotnej na mapie, on w tym czasie obserwował ryby w rzece. Nigdy w życiu nie pracował mimo 25 lat!! Mimo, że go kochałam i nadal coś czuję to powiedziałam mu w oczy że chcę odejść, nie pytał dlaczego i dobrze.
Nie wyobrażałam sobie z nim życia w małżeństwie, jest kompletnie niezaradny, dosłownie życiowa kaleka.
a) Co to na dobrą sprawę znaczy? Jeśli jest "mało ambitny", bo nie ma aspiracji dyrektorskich, a narzeka na niskie zarobki to faktycznie można uznać to za wadę. Jeśli jest np "mało ambitny", bo nie chce piąć się w szczeblach kariery, ani uzupełniać wykształcenia, a nie ma nawet matury, ale jest np rewelacyjnym spawaczem, robi dodatkowe kursy i uprawnienia, a jest przy tym szczęśliwym człowiekiem, to czy faktycznie jest to wada?
Nie o to chodzi. Ważne, żeby miał jakiś pomysł na swoje życie. Nie liczył na to, że ktoś coś za niego zrobi itd. Dobry przykład ze spawaczem. Ja nie oceniam ludzi po wykształceniu tylko po tym co robią w życiu. Bardziej cenię właśnie tego spawacza niż osobę z mgr politologii, która nie pracuje i nie wie co robić ze sobą. Obecnie spotykam się ze strażakiem. On nie ukończył żadnych studiów, właśnie chciał zostać strażakiem i po kilku latach starań udało mu się. Ja kończę studia techniczne, ale to nie jest problemem między nami, bo każde z nas ma pomysł na siebie. Były studiował na siłę, powtarzał kilka lat i tak nie skończył studiów. W tym czasie nie pracował, jak dla mnie totalna porażka.
Kobieta może zarabiać, robić karierę etc., ale oczekuje że partner da jej poczucie bezpieczeństwa i kropka.Zaradność to ogromnie ważna cecha, nawet jeśli on siedzi w domu z dziećmi to niech ogarnia swoje obowiązki i będzie wsparciem, nikt nie mówi,że chodzi tylko o kasę/karierę.
Niestety czując, że cała odpowiedzialność, wszystkie decyzje i etc. spada na jedną osobę zawsze dzieje się źle.
Znałam jeden taki związek-rozstali się, bo ona musiała wiecznie we WSZYSTKO się angażować.
Świetnie to napisałaś w skrócie. Właśnie o to chodzi. W poprzednim związku musiałam ciągle podejmować decyzję, wiadomo że nie były to nie wiadomo jakie dylematy bo byliśmy studentami. Ale to ja decydowałam gdzie pójdziemy, jak dojedziemy, jak wrócimy, o której autobusy itd. On przychodził na umówione miejsce i to wszystko. Gdyby pojawiły się poważniejsze sprawy do załatwienia w naszym życiu to wszystko byłoby na mojej głowie, długo tak bym nie wytrzymała. Dlatego wolałam się rozstać teraz mimo, że go kochałam ale uczucia na bok czasami trzeba spojrzeć na związek tak bardziej praktycznie.
Ethics - ja mogę powiedzieć, że jestem w takim związku, jeśli chcesz więcej informacji na ten temat to odsyłam do wątku "Kochany, ale niezaradny".
Nie wiem dokładnie, co Ty masz na myśli, ale mój chłopak właśnie jak pisze Artemida nie wyciąga wniosków ze swoich błędów, w żaden sposób nie odwołuje się do rzeczywistości. To oderwanie powoduje - nic w tym chyba dziwnego - że uparcie chwyta się rzeczy, które zupełnie mu nie wychodzą. Podjąć dezycji jednak nie potrafi, bo boi się zmian, i działania na nieznanym terenie że tak powiem.
Małgorzatka, widzę, że jednak na dobre się rozstaliście... Mam nadzieję, że nowy związek dobrze się układa!!
Yoghurt, zdecydowanie zgadzam się z tym, co pisałeś o ambicji - mój chłopak studiuje chyba z 4 raz pierwszy rok prawa i niestety nie ma to nic wspólnego z ambicją, tylko z upartością, brakiem elastyczności i otwartości na zmiany. Bardziej ambitne byłoby, gdyby rzucił to w cholerę i zajął się np. samochodami, które są jego prawdziwą pasją, albo zaczął uczyć się jakiegoś nowego języka.
Tez jestem w zwiazku z takim chlopakiem (watek "Kto w waszym zwiazku tak naprawde jest mezczyzna"). Jest ciezko, chociaz przyzwyczailam sie do tego, ze to ja o wszystkim decyduje, mysle, zalatwiam. Byloby fajnie gdyby on czasem przejal ster.. ale kurcze, moze to moja wina, bo jestem zbyt dosadna, meska..? Sama nie wiem.
Musisz odpowiedziec sobie na pytanie co jest dla Ciebie wazne w zwiazku. Bo milosc, zaufanie, wiernosc na pewno przy nim masz. Jesli chodzi tylko o to, ze nie czujesz sie przy nim do konca kobieta, bo to w Twoich rekach lezy paleczka.. to wydaje mi sie, ze po prostu sie przyzwyczaj.
Artemida napisał/a:wychwalałam każdy jego pomysł. Niestety, wszystkie jego biznesowe pomysły były do niczego.
Nie ma to jak kłamać i mieć potem pretensje....
Słyszałeś o podejmowaniu prób? Słyszałeś o udzielaniu wsparcia? Gdy się nie jest jasnowidzem, nie wiadomo co się uda. Dopiero pełne zaangażowanie, a nie działanie połowiczne pokazuje jakość pomysłu. I ważne jest wycofanie się w porę - czego ex nie umiał. Pokazałam kontrast - ja pomagałam, udzielałam wsparcia. Za to moje pomysły musiałam realizować sama, przy akompaniamencie złośliwych uwag. Twoje uwagi są podobne w tonie.
Twoje zaczepki są niegrzeczne, agresywne. Nie widzisz tego? Forum staje się nieprzyjemne, gdy ktoś zachowuje się w ten sposób.
Artemida napisał/a:Piąty przykład. Dobry człowiek. W domu świetnie zorganizowany, kochający, ale dzieci nie dopilnował jak trzeba, gdy żona pracowała w dwóch miejscach. Musiała zrezygnować z drugiej pracy. Mąż wysłany do pracy daleko, rozchorował się. Renta. Kochają się, jest ciężko ale chyba dobrze.
A to jest przykład na co? I co znaczy "nie dopilnował jak trzeba" ?
A to jest przykład, o który prosiła Autorka wątku. Nie dopilnował jak trzeba - tak się wypowiedziała ta pani. Prawdopodobnie chodziło o odrabianie lekcji i rozmawianie o tym, co się wydarzyło w szkole.
Atakujesz mnie, bo jesteś biedny, ponieważ nieskuteczny. Jesteś agresywny bo ośmielam się uważać, że mężczyzna powinien być męski a kobieta kobieca, mężczyzna nie powinien się chować za spódnicę kobiety, bo to niemęskie, infantylne. To moja opinia. Możesz mieć swoją i na mnie nie napadać.
Pig-headed, czy on Ciebie nie słucha? Czy złości się, że mu nie wychodzi, a potem powtarza te same działania, które okazały się nieskuteczne? Czy jednak coś zmienia?
mój chłopak studiuje chyba z 4 raz pierwszy rok prawa i niestety nie ma to nic wspólnego z ambicją, tylko z upartością, brakiem elastyczności i otwartości na zmiany. Bardziej ambitne byłoby, gdyby rzucił to w cholerę i zajął się np. samochodami, które są jego prawdziwą pasją, albo zaczął uczyć się jakiegoś nowego języka.
To podobnie jak mój były. Powtarzał 2, 3 rok a potem już nie wiadomo było co powtarza. Do tego mówił, że jego kierunek jest trudniejszy niż mój (oboje studiujemy na politechnice), ja gdy widziałam jego notatki tylko to potwierdzałam bo nie chciałam go dołować. A prawda jest taka, że mój kolega z klasy z liceum, który miał średnie wyniki (powtarzał klasę) w lo dał sobie radę na jego kierunku. Zapytałam dlaczego poszedł na studia, odpowiedział bo nie wiedział co zrobić ze sobą po technikum i wszyscy szli na politechnikę to on też. Masakra jak dla mnie. Mógł zrezygnować i zająć się po prostu życiem a nie brnąc w coś, co jest bez sensu. Był w Anglii, wrócił i nie wiedział czy pobyt tam jemu odpowiada. Miał możliwość powrotu, ale nie wiem czy wróci bo jak twierdził podczas ostatniego naszego spotkania "nie wiem co chcę robić w życiu"- nadal mimo 25 lat.
Małgorzatka, widzę, że jednak na dobre się rozstaliście... Mam nadzieję, że nowy związek dobrze się układa!!
Dobrze jest tylko, że na odległość - prawie 300km
Pojechaliśmy razem w góry, było cudownie. Sam zaproponował, że mnie odwiezie bo chce poznać moich rodziców. A były nie zrobił tego przez dwa lata. Powiedział, że mam fajnego tatę, tacie też się spodobał. W grudniu kończę studia więc teraz nie możemy się spotkać, dużo nauki i praca dyplomowa. Byle tylko do grudnia.... Chociaż może jakiś weekend wygospodaruję, bo zaprosił mnie do siebie.
Musisz odpowiedziec sobie na pytanie co jest dla Ciebie wazne w zwiazku. Bo milosc, zaufanie, wiernosc na pewno przy nim masz. Jesli chodzi tylko o to, ze nie czujesz sie przy nim do konca kobieta, bo to w Twoich rekach lezy paleczka.. to wydaje mi sie, ze po prostu sie przyzwyczaj.
To nie o to chodzi czy czujesz się kobietą. Tylko związek to partnerstwo a w takim przypadku czujesz się odpowiedzialna za wszystko. Nie ma miejsca na Twoją słabość, bo wtedy masz wrażenie że wszystko przepadnie. Ja jestem dosyć dobrą organizatorką i lubię wszystko załatwiać, planować. Ale gdy na pytanie, "gdzie idziemy?", "co myślisz o tym żeby zrobić to i to?" "czy podobało ci się?" "czy lepiej byłoby zrobić to czy tamto?" on kolejny raz odpowiadał "nie wiem" to już nie mogłam tego wytrzymać.
Tak sobie pomyślałam, że nawet jak przyszłoby wybierać nam w przyszłości np panele do naszego mieszkania, to on nie byłby w stanie się w to zaangażować. Z radością obserwowałam moich rodziców, którzy właśnie wybudowali dom. Podczas urządzania, czy nawet na etapie budowy wszystko razem omawiali, dobierali kolory ścian, kafelki itd. Oczywiście były sprzeczki, ale potrafili razem współpracować. Wtedy tak sobie pomyślałam, że z moim byłym chłopakiem tak się nie da, bo ja musiałabym wszystko załatwić, zaplanować sama... Trzeba było to skończyć raz na zawsze.
Ja może dodam coś od siebie. Dla mnie facet nie zaradny życiowo, to także ktoś, kto pije, przepuszcza pieniądze w głupi sposób, jak jakiś student, który chce się wyszaleć.
To może opowiem jak to jest u mnie. Dziewczyna jest kompletnie niezaradna życiowo. Studia na prywatnej uczelni zawaliła, pracuje na 3/4 etatu jako kasjerka. Oboje zdecydowaliśmy, że jeśli chcemy myśleć o naszej wspólnej przyszłości to musi ona podjąć jakieś kroki w życiu a nie być ciągle taką ofiarą losu. Napisaliśmy razem CV, wydrukowałem je dla niej, mieliśmy chodzić razem i roznosić jej CV. Ona wolała siedzieć w domu i oglądać TV. Dopiero po wielkiej awanturze z mojej strony to zrobiła. Mieszkamy w jednym z największych miast a ona nie może znaleźć pracy za przysłowiowe minimum. Do tego mówi, że nie chce pełnego etatu bo nie wyrobi się godzinowo.
Nie pomyślcie o mnie, że ją zmuszam. To nasza wspólna decyzja i jak sama mówi "nie chce być kasjerką do końca życia" ale nie potrafi działać. Boję się przyszłości, że będzie wyglądać jak w "Kiepskich", że będę wracał do domu a ona na kanapie z odpowiedzią "nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem".
Słyszałeś o podejmowaniu prób? Słyszałeś o udzielaniu wsparcia? Gdy się nie jest jasnowidzem, nie wiadomo co się uda. Dopiero pełne zaangażowanie, a nie działanie połowiczne pokazuje jakość pomysłu. I ważne jest wycofanie się w porę - czego ex nie umiał. Pokazałam kontrast - ja pomagałam, udzielałam wsparcia. Za to moje pomysły musiałam realizować sama, przy akompaniamencie złośliwych uwag. Twoje uwagi są podobne w tonie.
To jakiś absurd. Masz do byłego pretensje, że miał nietrafione pomysły. Twoje oczywiście były ekstra i się sprawdzały (jakże by inaczej). On wpędzał was w długi, a ty je spłacała. Ale wspierałaś i chwaliłaś jego nietrafione pomysły. Sorry, ale dla mnie to się kupy nie trzyma. Po pierwsze - nie wierze, że próbując sił przez tyle lat ciągle nie trafiał. Po drugie nie wierzę, że można być tak zakłamanym, aby świadomie wspierać przez tyle lat nieudane pomysły i takie działanie. Wszak twoje się rzekomo sprawdzały, więc musiałaś wiedzieć (a przynajmniej mieć solidne przypuszczenia) czy jego się sprawdzą, czy też nie....
Zaczyna mi to powoli wyglądać na taki układ: co ze psute - to jego wina, a co dobre i skuteczne - to moje. I oczywiście wypracowane samodzielnie i bez niczyjej pomocy. Z tym, że ja już zbyt wiele takich opowieści słyszałem, aby wiedzieć, że są nieprawdziwe po prostu. Tak jak i pewien mój znajomy. On sam do wszystkiego doszedł. On sam wszystko osiągnął i bez niczyjej pomocy. Ale samochód kupili rodzice. Mieszkanie po zmarłych dziadkach. Pieniądze na założenie firmy też rodzice dali. No tak - on sam.
I to tak zawsze jest, że sukces lubimy przypisywać sobie samym (pomijając pomoc innych), a porażki zrzucamy na barki innych.
A to jest przykład, o który prosiła Autorka wątku. Nie dopilnował jak trzeba - tak się wypowiedziała ta pani. Prawdopodobnie chodziło o odrabianie lekcji i rozmawianie o tym, co się wydarzyło w szkole.
Wiesz, "nie zrobił jak trzeba" to na dobrą sprawę nic nie znaczące bzdury. Bo on najpierw wyczyścił kibel, a dopiero potem zmył podłogę, a powinien był zrobić odwrotnie, więc "nie zrobił jak trzeba". To takie sformułowanie mówiące, że ktoś jednak wykonał daną rzecz, ale inaczej niż osoba o tym mówiąca to sobie wyobrażała. I wciąż nie odpowiedziałaś na pytanie czego to ma niby być przykład, bo ani to przykład na jakąś zaradność, ani niezaradność. A swoje domysły to schowaj sobie w kieszeń.
Atakujesz mnie, bo jesteś biedny, ponieważ nieskuteczny. Jesteś agresywny bo ośmielam się uważać, że mężczyzna powinien być męski a kobieta kobieca, mężczyzna nie powinien się chować za spódnicę kobiety, bo to niemęskie, infantylne. To moja opinia. Możesz mieć swoją i na mnie nie napadać.
To nic osobistego. Po prostu w twoich tezach są potężne luki, a same tezy zbudowane na nieaktualnych założeniach rodem z wieku XIX jak nie wcześniejszych. Porównujesz osiągnięcia swoje/partnera (ludzi ok 50letnich) do osiągnięć ludzi o połowę młodszych. Bezpośrednio. Bez uwzględnienia różnicy w mentalności, różnicy w etapie kariery/nauki. Bo twój facet zarabia tyle, że ciebie utrzymuje, płaci za rachunki itp. to partnerzy takich dziewczyn też powinni. To takie odrealnione tezy jak mojej -samotnej- ciotki w podobnym wieku do ciebie. Lekarka, ale dzięki zmianom ustrojowym i spadkom po rodzinie ma kilka mieszkań (już sam ich wynajem sprawia, że nie musiałaby pracować). No i ona się dziwi, że lekarzom/studentom zaraz po studiach bardzo często brakuje na koniec miesiąca, albo że muszą pracować na kilku etatach. Przecież ona ma, to wszyscy powinni mieć co najmniej tyle samo. I podobnie jak jej, tak i tobie nie da się wytłumaczyć niektórych niuansów, które znacząco zmieniają sytuację. Z równym powodzeniem mógłbym tłumaczyć różnicę w koncepcji, według których powstawały czołgi zachodnie i czołgi wschodnie.
pig-headed napisał/a:mój chłopak studiuje chyba z 4 raz pierwszy rok prawa i niestety nie ma to nic wspólnego z ambicją, tylko z upartością, brakiem elastyczności i otwartości na zmiany. Bardziej ambitne byłoby, gdyby rzucił to w cholerę i zajął się np. samochodami, które są jego prawdziwą pasją, albo zaczął uczyć się jakiegoś nowego języka.
To podobnie jak mój były. Powtarzał 2, 3 rok a potem już nie wiadomo było co powtarza. Do tego mówił, że jego kierunek jest trudniejszy niż mój (oboje studiujemy na politechnice), ja gdy widziałam jego notatki tylko to potwierdzałam bo nie chciałam go dołować. A prawda jest taka, że mój kolega z klasy z liceum, który miał średnie wyniki (powtarzał klasę) w lo dał sobie radę na jego kierunku. Zapytałam dlaczego poszedł na studia, odpowiedział bo nie wiedział co zrobić ze sobą po technikum i wszyscy szli na politechnikę to on też. Masakra jak dla mnie. Mógł zrezygnować i zająć się po prostu życiem a nie brnąc w coś, co jest bez sensu. Był w Anglii, wrócił i nie wiedział czy pobyt tam jemu odpowiada. Miał możliwość powrotu, ale nie wiem czy wróci bo jak twierdził podczas ostatniego naszego spotkania "nie wiem co chcę robić w życiu"- nadal mimo 25 lat.
pig-headed napisał/a:Małgorzatka, widzę, że jednak na dobre się rozstaliście... Mam nadzieję, że nowy związek dobrze się układa!!
Dobrze jest tylko, że na odległość - prawie 300km
Pojechaliśmy razem w góry, było cudownie. Sam zaproponował, że mnie odwiezie bo chce poznać moich rodziców. A były nie zrobił tego przez dwa lata. Powiedział, że mam fajnego tatę, tacie też się spodobał. W grudniu kończę studia więc teraz nie możemy się spotkać, dużo nauki i praca dyplomowa. Byle tylko do grudnia.... Chociaż może jakiś weekend wygospodaruję, bo zaprosił mnie do siebie.
lovelaellie napisał/a:Musisz odpowiedziec sobie na pytanie co jest dla Ciebie wazne w zwiazku. Bo milosc, zaufanie, wiernosc na pewno przy nim masz. Jesli chodzi tylko o to, ze nie czujesz sie przy nim do konca kobieta, bo to w Twoich rekach lezy paleczka.. to wydaje mi sie, ze po prostu sie przyzwyczaj.
To nie o to chodzi czy czujesz się kobietą. Tylko związek to partnerstwo a w takim przypadku czujesz się odpowiedzialna za wszystko. Nie ma miejsca na Twoją słabość, bo wtedy masz wrażenie że wszystko przepadnie. Ja jestem dosyć dobrą organizatorką i lubię wszystko załatwiać, planować. Ale gdy na pytanie, "gdzie idziemy?", "co myślisz o tym żeby zrobić to i to?" "czy podobało ci się?" "czy lepiej byłoby zrobić to czy tamto?" on kolejny raz odpowiadał "nie wiem" to już nie mogłam tego wytrzymać.
Tak sobie pomyślałam, że nawet jak przyszłoby wybierać nam w przyszłości np panele do naszego mieszkania, to on nie byłby w stanie się w to zaangażować. Z radością obserwowałam moich rodziców, którzy właśnie wybudowali dom. Podczas urządzania, czy nawet na etapie budowy wszystko razem omawiali, dobierali kolory ścian, kafelki itd. Oczywiście były sprzeczki, ale potrafili razem współpracować. Wtedy tak sobie pomyślałam, że z moim byłym chłopakiem tak się nie da, bo ja musiałabym wszystko załatwić, zaplanować sama... Trzeba było to skończyć raz na zawsze.
Małgorzatka - Wrzucasz wszystko do jednego worka. Jeśli o mnie chodzi, to jestem bardzo dobrym organizatorem w sprawach tzw. przyziemnych. Niedawno kupiłem mieszkanie, sam załatwiłem kredyt wyłącznie na siebie. Wyremontowałem je za uskładane wcześniej pieniądze. Wszystkie formalności załatwiałem samodzielnie i absolutnie nikogo nie pytałem o radę. Tak samo w kwestii zawodowej wiem czego chcę w życiu i dodatkowo bardzo dobrze na tym zarabiam. Moim hobby jest gotowanie i pieczenie i bardzo dobrze mi to wychodzi. Jednak jeśli brać pod uwagę kwestie związane z organizowaniem wolnego czasu dla kobiety, to przyznaję szczerze że jestem w tym kiepski. Po prostu nie czuję tego. Czy to według Ciebie czyni mnie również niezaradnym ? Moi zdaniem odrobinę się zagalopowałaś...
To może opowiem jak to jest u mnie. Dziewczyna jest kompletnie niezaradna życiowo. Studia na prywatnej uczelni zawaliła, pracuje na 3/4 etatu jako kasjerka. Oboje zdecydowaliśmy, że jeśli chcemy myśleć o naszej wspólnej przyszłości to musi ona podjąć jakieś kroki w życiu a nie być ciągle taką ofiarą losu. Napisaliśmy razem CV, wydrukowałem je dla niej, mieliśmy chodzić razem i roznosić jej CV. Ona wolała siedzieć w domu i oglądać TV. Dopiero po wielkiej awanturze z mojej strony to zrobiła. Mieszkamy w jednym z największych miast a ona nie może znaleźć pracy za przysłowiowe minimum. Do tego mówi, że nie chce pełnego etatu bo nie wyrobi się godzinowo.
Nie pomyślcie o mnie, że ją zmuszam. To nasza wspólna decyzja i jak sama mówi "nie chce być kasjerką do końca życia" ale nie potrafi działać. Boję się przyszłości, że będzie wyglądać jak w "Kiepskich", że będę wracał do domu a ona na kanapie z odpowiedzią "nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem".
No i widzisz... Mój chłopak ma pracę załatwioną przez znajomych/rodzinę, jak szukał sam nie był w stanie niczego znaleźć. Pomagałam mu, przerabiałam CV, wysyłałam ogłoszenia, na które warto, by odpowiedział. Nie chodzi o to, że wypominam teraz ten czas, który poświęciłam na wspieranie go, po prostu te zachowania są symptomatyczne...
Wydaje mi się, że u Ciebie jest bardzo podobnie, jak u mnie - niby jak gadacie, ona zaczyna widzieć sensowność Twoich słów, ale jak przychodzi do realizacji, wycofuje się... Tak?
pig-headed napisał/a:mój chłopak studiuje chyba z 4 raz pierwszy rok prawa i niestety nie ma to nic wspólnego z ambicją, tylko z upartością, brakiem elastyczności i otwartości na zmiany. Bardziej ambitne byłoby, gdyby rzucił to w cholerę i zajął się np. samochodami, które są jego prawdziwą pasją, albo zaczął uczyć się jakiegoś nowego języka.
To podobnie jak mój były. Powtarzał 2, 3 rok a potem już nie wiadomo było co powtarza. Do tego mówił, że jego kierunek jest trudniejszy niż mój (oboje studiujemy na politechnice), ja gdy widziałam jego notatki tylko to potwierdzałam bo nie chciałam go dołować. A prawda jest taka, że mój kolega z klasy z liceum, który miał średnie wyniki (powtarzał klasę) w lo dał sobie radę na jego kierunku. Zapytałam dlaczego poszedł na studia, odpowiedział bo nie wiedział co zrobić ze sobą po technikum i wszyscy szli na politechnikę to on też. Masakra jak dla mnie. Mógł zrezygnować i zająć się po prostu życiem a nie brnąc w coś, co jest bez sensu. Był w Anglii, wrócił i nie wiedział czy pobyt tam jemu odpowiada. Miał możliwość powrotu, ale nie wiem czy wróci bo jak twierdził podczas ostatniego naszego spotkania "nie wiem co chcę robić w życiu"- nadal mimo 25 lat.
pig-headed napisał/a:Małgorzatka, widzę, że jednak na dobre się rozstaliście... Mam nadzieję, że nowy związek dobrze się układa!!
Dobrze jest tylko, że na odległość - prawie 300km
Pojechaliśmy razem w góry, było cudownie. Sam zaproponował, że mnie odwiezie bo chce poznać moich rodziców. A były nie zrobił tego przez dwa lata. Powiedział, że mam fajnego tatę, tacie też się spodobał. W grudniu kończę studia więc teraz nie możemy się spotkać, dużo nauki i praca dyplomowa. Byle tylko do grudnia.... Chociaż może jakiś weekend wygospodaruję, bo zaprosił mnie do siebie.
lovelaellie napisał/a:Musisz odpowiedziec sobie na pytanie co jest dla Ciebie wazne w zwiazku. Bo milosc, zaufanie, wiernosc na pewno przy nim masz. Jesli chodzi tylko o to, ze nie czujesz sie przy nim do konca kobieta, bo to w Twoich rekach lezy paleczka.. to wydaje mi sie, ze po prostu sie przyzwyczaj.
To nie o to chodzi czy czujesz się kobietą. Tylko związek to partnerstwo a w takim przypadku czujesz się odpowiedzialna za wszystko. Nie ma miejsca na Twoją słabość, bo wtedy masz wrażenie że wszystko przepadnie. Ja jestem dosyć dobrą organizatorką i lubię wszystko załatwiać, planować. Ale gdy na pytanie, "gdzie idziemy?", "co myślisz o tym żeby zrobić to i to?" "czy podobało ci się?" "czy lepiej byłoby zrobić to czy tamto?" on kolejny raz odpowiadał "nie wiem" to już nie mogłam tego wytrzymać.
Tak sobie pomyślałam, że nawet jak przyszłoby wybierać nam w przyszłości np panele do naszego mieszkania, to on nie byłby w stanie się w to zaangażować. Z radością obserwowałam moich rodziców, którzy właśnie wybudowali dom. Podczas urządzania, czy nawet na etapie budowy wszystko razem omawiali, dobierali kolory ścian, kafelki itd. Oczywiście były sprzeczki, ale potrafili razem współpracować. Wtedy tak sobie pomyślałam, że z moim byłym chłopakiem tak się nie da, bo ja musiałabym wszystko załatwić, zaplanować sama... Trzeba było to skończyć raz na zawsze.
Ech... no widzisz, mój też studiuje żeby studiować, "bo nie chce być debilem bez wykształcenia", tak jak by papierek o czymś przesądzał... nie ma po prostu pomysłu na siebie i boi się zrezygnować, bo wtedy to się ujawni, i nie będzie już mógł uciekać przed prawdą...
I - dokładnie tak jak piszesz - nie ma po prostu miejsca na moją słabość!!! Ostatnio, pierwszy raz od początku naszego związku, o ile nie pierwszy raz w życiu, przechodziłam przez trudny dla siebie czas. I co się okazało? Że on nie potrafi mnie wesprzeć... że kiedy mnie jest ciężko, jemu też automatycznie włączają się jakieś jazdy, i kończy się na tym, że to ja muszę jeszczed pocieszać jego, a do tego radzić soobie sama ze sobą...
Tez jestem w zwiazku z takim chlopakiem (watek "Kto w waszym zwiazku tak naprawde jest mezczyzna"). Jest ciezko, chociaz przyzwyczailam sie do tego, ze to ja o wszystkim decyduje, mysle, zalatwiam. Byloby fajnie gdyby on czasem przejal ster.. ale kurcze, moze to moja wina, bo jestem zbyt dosadna, meska..? Sama nie wiem.
Musisz odpowiedziec sobie na pytanie co jest dla Ciebie wazne w zwiazku. Bo milosc, zaufanie, wiernosc na pewno przy nim masz. Jesli chodzi tylko o to, ze nie czujesz sie przy nim do konca kobieta, bo to w Twoich rekach lezy paleczka.. to wydaje mi sie, ze po prostu sie przyzwyczaj.
Tylko widzisz... gdyby to było tak proste - ja podejmuję decyzje za nas oboje, bo on ma z tym problem, on się zgadza, razem to realizujemy... ale nie jest! Bo on neguje wciaż moje pomysły, nie wychodząc w zamian z żadnymi od siebie! Podcina mi skrzydła, nie proponując w zamian spadochronu... rozumiesz? Sam nie ma żadnej wizji, planu, pomysłu, ale nie chce też realizować moich, nie wspiera ich.
Mam miłość, ale na ile to wystarczy...?
Pig-headed, bardzo proszę, żebyś nie pisała postów jeden pod drugim, a jeśli chcesz coś dopisać użyj opcji ,,edytuj", o czym mówi 12 punkt naszego regulaminu. Pozdrawiam, Mod. Olinka
Masz do byłego pretensje, że miał nietrafione pomysły. Twoje oczywiście były ekstra i się sprawdzały
Same się nie sprawdzały. Ja je sprawdzałam. I ja umiałam uczyć się na błędach, wyciągać wnioski, nie okopywać się na swoich pozycjach.
On wpędzał was w długi, a ty je spłacała.
Dokładnie tak.
Ale wspierałaś i chwaliłaś
Tak, uważałam, że na tym polega miłość i bycie razem
jego nietrafione pomysły.
Gdy się wchodzi na rynek nie mając budżetu na badania, wchodzi się na wyczucie - po postu się zaczyna i obserwuje. Co się sprawdza? Co się nie sprawdza? Co można zmienić? Co jest zależne od nas, co jest niezależne? Jak policzyć koszty? Ile potrzeba na inwestycje? Jestem ekonomistką. On nie. A żeby coś zrobić na wyczucie, trzeba czuć. Ty np. nie czujesz co jest stosowne a co nie. On nie czuł co zadziała. Nie lubił słuchać podpowiedzi. Nie uważał za potrzebne liczenie kosztów (takie prawdziwe, z kalkulacją). Nie uwzględniał np. amortyzacji.
Sorry, ale dla mnie to się kupy nie trzyma.
Możesz mieć opinię jaką chcesz. Ocenianie bez danych jest błędem, a kompletu danych nie dostaniesz, bo ja nie zrezygnuję z anonimowości.
Po pierwsze - nie wierze, że próbując sił przez tyle lat ciągle nie trafiał.
Ależ oczywiście że trafiał. Bywały okresy, gdy jego firma przynosiła dochód. Ale warunki się zmieniają i trzeba natychmiast się dostosować a nie uparcie powtarzać coś, co się kiedyś udało. Bo jeśli się tego nie robi firma musi upaść prędzej czy później. Każda. Gdybyś myślał logicznie, gdybyś kiedykolwiek prowadził działalność, to byś wiedział.
On nie umiał się dostosować. Niczego nie zakończył w porę. Nie wprowadzał koniecznych zmian. Na tym polega beznadziejność jego pomysłów. Na jego nieświadomości, że nie wymyślił biznesu ponadczasowego. Na oderwaniu od rzeczywistości. To ostatnie jest problemem partnera Autorki wątku. Jemu się wydaje, że można wszystko odkładać na potem
Po drugie nie wierzę, że można być tak zakłamanym, aby świadomie wspierać przez tyle lat nieudane pomysły i takie działanie. Wszak twoje się rzekomo sprawdzały, więc musiałaś wiedzieć (a przynajmniej mieć solidne przypuszczenia) czy jego się sprawdzą, czy też nie....
Czy naprawdę nic nie rozumiesz, czy udajesz? Zawsze zaczyna się po to, żeby odnieść sukces. Człowiek sukcesu to ten co się podniósł po ostatniej porażce. Było oczywiste, że trzeba próbować i nie ma nic złego w tym, że się nie udało - z tym, że zanim pójdzie się dalej, należy wyciągnąć wnioski. Jak się ma ukochanego męża, któremu coś nie wyszło, to się go pociesza, wspiera i mówi, że następnym razem będzie dobrze. Najpierw był wspólnik, który dziwnym trafem się wzbogacił, gdy myśmy zubożeli. Potem już bez wspólnika - więc pełna wiara, że teraz się uda. Potem inna branża. I jeszcze inna, bo ta jednak niedobra. Itd.
Młoda, zakochana żona wierzy, że ukochany człowiek postępuje dobrze (bo przecież się stara, ma dobre intencje, nie jest głupi). Oczywiście prosi go, żeby pozwolił sobie pomóc i policzyć. Ale on wie lepiej. I zawsze znajduje dobre wytłumaczenia dlaczego nie wyszło. A potem, gdy się pracuje od rana do nocy, już nie ma czasu się zastanawiać. Tylko biegiem, biegiem, biegiem, zadłużenia, komornik, dodatkowa praca, delegacja, spłacanie.
Przed tym chcę uchronić Autorkę i inne kobiety. Jeśli mężczyzna nie ma wizji, jedynym znanym mi sposobem na związek jest przejęcie steru przez kobietę. Ale on musiałby słuchać, a nie grymasić. Musiałby się zupełnie podporządkować (co nie ma miejsca). Nie ma sensu, żeby Autorka ponosiła odpowiedzialność, gdy on będzie podejmował decyzje. Bo wszystko się rozsypie, ona się umęczy, on się niczego nie nauczy i jeszcze będzie na Nią obrażony.
Zaczyna mi to powoli wyglądać na taki układ: co ze psute - to jego wina, a co dobre i skuteczne - to moje.
Tu akurat nie ma problemów z rozróżnieniem, bo moje uprawnienia, moja branża różniła się od jego branży zupełnie.
I oczywiście wypracowane samodzielnie i bez niczyjej pomocy.
Oczywiście, że z pomocą. Np. moja nauczycielka w I klasie podstawówki nauczyła mnie czytania, pisania i liczenia. Profesorowie na studiach kalkulacji kosztów. Mama mówienia i chodzenia. Szef w ostatniej pracy wysłał mnie na seminaria i kursy, i część sfinansował. Koledzy i szef z innej pracy nauczyli mnie sprzedaży. Bez wiedzy i umiejętności tam zdobytych nie wymyśliłabym swojego produktu, nie stworzyłabym ścieżki sprzedaży.
Z tym, że ja już zbyt wiele takich opowieści słyszałem, aby wiedzieć, że są nieprawdziwe po prostu.
Nie odpowiadam za to, że się zadajesz z kłamcami albo ludźmi oderwanymi od rzeczywistości. I mam wrażenie, że nie chcesz niczego się dowiedzieć tylko obrażać innych.
Tak jak i pewien mój znajomy. On sam do wszystkiego doszedł. On sam wszystko osiągnął i bez niczyjej pomocy. Ale samochód kupili rodzice. Mieszkanie po zmarłych dziadkach. Pieniądze na założenie firmy też rodzice dali. No tak - on sam.
Studia zafundowało mi państwo, utrzymanie w czasie nauki rodzice (trochę dorabiałam no i miałam stypendium za stopnie). Na firmę exa uzbieraliśmy z pensji. Na moją nie było - ex opłacał mi ZUS przez 3 miesiące, zanim zaczęłam zarabiać. W tym czasie (i wcześniej) zajeżdżał auto, które odziedziczyłam. Na biurko i ubranie dostałam od mamy. Przysłała mi pieniądze, bo się dowiedziała, że mamy roczne zaległości w czynszu. Myślała, że je spłacę, a ja wzięłam pieniądze, kupiłam buty, torebkę, płaszcz, biurko i szafkę na dokumenty, i poszłam do pracy. Maleńkie dzieci zostawiłam z opiekunką i zaczęłam odrabiać zaległości.
I to tak zawsze jest, że sukces lubimy przypisywać sobie samym (pomijając pomoc innych), a porażki zrzucamy na barki innych.
Tak robią nieudacznicy. Ja tak nie robię. Ludzie, którzy wiedzą, co zrobili dobrze, co mogliby zrobić lepiej, gdzie popełnili błąd, czego nie należało robić - rozwijają się.
Wiesz, "nie zrobił jak trzeba" to na dobrą sprawę nic nie znaczące bzdury. Bo on najpierw wyczyścił kibel, a dopiero potem zmył podłogę, a powinien był zrobić odwrotnie, więc "nie zrobił jak trzeba". To takie sformułowanie mówiące, że ktoś jednak wykonał daną rzecz, ale inaczej niż osoba o tym mówiąca to sobie wyobrażała. I wciąż nie odpowiedziałaś na pytanie czego to ma niby być przykład, bo ani to przykład na jakąś zaradność, ani niezaradność.
Nie przeczytałeś albo nie zrozumiałeś. Chodziło o dzieci. Pani nie miała zastrzeżeń do sprzątania. Pani uważała, że nie może zostawić mu wychowywania dzieci, bo lepiej było, gdy ona była w domu. O szczegółach nie mówiła, a ja nie dopytywałam.
A swoje domysły to schowaj sobie w kieszeń.
Wzajemnie.
To nic osobistego. Po prostu w twoich tezach są potężne luki, a same tezy zbudowane na nieaktualnych założeniach rodem z wieku XIX jak nie wcześniejszych.
Jakie tezy? Jakie nieaktualne założenia? Ja tu nie piszę pracy naukowej, nie zakładam niczego, nie wymyślam, piszę o faktach. Mówisz jak ex - uważał, że moje studia ekonomiczne są nieważne, bo kończyłam "za komuny". Ale nie ma matematyki komunistycznej i kapitalistycznej. Zero to zero. Dochód, strata, kalkulacja kosztów... Tego uczono i wtedy.
Porównujesz osiągnięcia swoje/partnera (ludzi ok 50letnich) do osiągnięć ludzi o połowę młodszych.
W ogóle nie porównuję do siebie. Widzę moje dzieci, dzieci moich znajomych, mam przyjaciół w różnym wieku.
twój facet zarabia tyle, że ciebie utrzymuje, płaci za rachunki itp.
Gdzie to wyczytałeś? Ja mam swoją firmę. Gdy cokolwiek biorę od mojego Kochanego, to nie dlatego że muszę, lecz dlatego, że On chce mi coś dać a ja umiem to wziąć. Każde z nas poradziłoby sobie samo. Jesteśmy razem nie ze strachu przed samotnością ani dla pieniędzy.
Problemem kobiet jest to, że nie umieją brać, nie umieją wymagać, zgadzają się na to, żeby Piotruś Pan na nich pasożytował, źle się czują gdy mężczyzna jest męski i traktuje je jak kobiety albo traktują mężczyzn jak niedorozwinięte dzieci. To jest problem Autorki wątku - na ile pozwolić, jak wiele pomagać.
Jeśli pozwalają mu na zachowania skrajnie nieodpowiedzialne i infantylne, to on nie ma motywacji, żeby się rozwijać. Chyba, że ma sam z siebie. Ale wtedy jest zaradny.
to partnerzy takich dziewczyn też powinni.
Oczywiście, że powinni. Jak chcą seksu, powinni umieć utrzymać kobietę i dziecko, które się pojawi. Jeśli tego nie umieją, nie dorośli do związku. To kwestia elementarnej odpowiedzialności. Poczytaj sobie Forum. U teściów strasznie. On ma na zabawki, a nie daje na życie. Nie szuka pracy, muszę pracować za granicą, dziecko w przedszkolu, on nawet nie sprząta. Nieszczęście - a dlaczego? Zgoda na nieodpowiedzialność. Brak wymagań. Albo niezdolność do wyegzekwowania tego, co należy. Z tym problemem boryka się Autorka.
To takie odrealnione tezy jak mojej -samotnej- ciotki w podobnym wieku do ciebie. Lekarka, ale dzięki zmianom ustrojowym i spadkom po rodzinie ma kilka mieszkań (już sam ich wynajem sprawia, że nie musiałaby pracować). No i ona się dziwi, że lekarzom/studentom zaraz po studiach bardzo często brakuje na koniec miesiąca, albo że muszą pracować na kilku etatach. Przecież ona ma, to wszyscy powinni mieć co najmniej tyle samo. I podobnie jak jej, tak i tobie nie da się wytłumaczyć niektórych niuansów, które znacząco zmieniają sytuację. Z równym powodzeniem mógłbym tłumaczyć różnicę w koncepcji, według których powstawały czołgi zachodnie i czołgi wschodnie.
Ja doskonale rozumiem co się dzieje. Ty zaś nie wiesz na jakim świecie żyjesz.
1. Jak się chce coś mieć, to trzeba coś z siebie dać.
2. Jak się chce mieć pieniądze, to trzeba dać coś na wymianę (albo wymusić, wyżebrać, ukraść, ale nie o tym jest wątek).
Co? To, co jest komuś potrzebne. To, za co ktoś inny chce zapłacić. Skąd wiedzieć? No właśnie! Trzeba widzieć coś więcej niż koniec własnego nosa. Trzeba interesować się innymi ludźmi i rozwiązywać ich problemy.
Codziennie ludzie kupują różne rzeczy, płacą za różne usługi. Czego pragną? Czego potrzebują? Jak mogę im pomóc? Jak mogę taniej albo szybciej, albo skuteczniej zapewnić im to, co do tej pory zapewniał im ktoś inny? A może potrzebują czegoś, czego nie dawał im nikt do tej pory?
Mam (wymyśliłam) produkt czy usługę i teraz: jak dotrzeć do zainteresowanych? Jak im to sprzedać? Czy opłaci im się zapłacić mi tyle, żeby mnie się opłacało tę usługę świadczyć (ten produkt sprzedawać)? Na ile poprawi się jakość ich życia? Ile to będzie dla nich warte?
Od zeszłego roku mam o 100m od domu mlekomat. Wcześniej nie było. Jestem wdzięczna temu, kto go postawił. Oprócz tego, że daję mu zarobić, myślę o nim ciepło - pomyślał o mnie, zrobił coś dla mnie. Mogę mieć mleko prosto od krowy i nie muszę w tym celu jechać na wieś. On zarabia. I super, należy mu się. W dodatku dostaje ode mnie duuużo dobrych myśli, dobrych życzeń.
Ludzie na tym zarabiają. Ci, którzy mlekomat zbudowali, ci, co go zainstalowali, co sprzedali, co obsługują. Ciebie w tej grupie nie ma. Tych wszystkich mądrusiów, którzy żony wypychają do pracy, dzieci do żłobka, też nie. Dlaczego? Dlaczego oni nie pomyśleli? Bo mieli nas gdzieś. Siedzieli na zasiłku i narzekali.
Zaradność ma wielki związek z empatią. Zbyt często niezaradny = infantylny, egoistyczny, niedorozwinięty emocjonalnie, roszczeniowy (przy czym żądać będzie od żony, od innych się nie odważy).
Uważam, że od niezaradnych należy uciekać gdzie pieprz rośnie. Jak dorosną, będą sobie radzić. I dopiero wtedy nadają się na partnerów.
Przeczytaj sobie sygnaturkę Wielokropka. Niezaradni są bardzo kreatywni w wymyślaniu tłumaczeń, dlaczego im się nie udaje.
W koncu nie kupuje sie tostera w sklepie, zeby w domu go na telewizor przerabiac.
Zlotymi zgloskami to wypisze na najwiekszej scianie w moim domu ![]()
A facet niezaradny zyciowo to jak dla mnie taki co to albo nie widzi okazji albo nie umie ich zlapac nawet jesli okazja pieprznie takiego w oczodol
Ewentualnie taki ktory lekkimi slowy wini wszystkich naokolo za swoje niepowodzenia i nie wyciaga nauk z wlasnych bledow i wypaczen.
I tak, zakonczylam taki jeden zwiazek.
Nie bardzo widzialam sie w roli pracowitej pszczolki znoszacej do domu owoce mojej ciezkiej pracy tylko po to by zlozyc je na kolanach faceta-nieroba.
Roznie w zyciu bywa...zdarzaja sie choroby i inne nagle wypadki...jesli zdarzyc sie moze ze bede musiala isc na zwolnienie to chce miec swiadomosc ze mezczyzna podola przez moment sam. A nie w przeciagu kilku tygodni zawali nam sie caly swiat bo on usiadzie i bedzie czekal az ja bede w stanie cos zrobic.
Nawet gdybym zarabiala miliony to w taka sytuacje sie dobrowolnie nie wladuje i nadal wymagalabym od faceta rownego wkladu we wspolne zycie.
Same się nie sprawdzały. Ja je sprawdzałam. I ja umiałam uczyć się na błędach, wyciągać wnioski, nie okopywać się na swoich pozycjach.
Ależ oczywiście że trafiał. Bywały okresy, gdy jego firma przynosiła dochód.
I to już zmienia całkowicie twoje początkowe tezy, bo nagle się okazuje, że zarówno ty miałaś lipne pomysły, jak i on dochodowe. Różnica polegała w wykształceniu - wszak ty jesteś ekonomistką, a on nie. A że ciebie nie słuchał? Cóż, również miałbym wątpliwości w twoje rady, bo nie miałbym pewności czy mówisz szczerze, czy jedynie mówisz coś, aby mi nie sprawić przykrości lub właśnie ową przykrość sprawić.
Młoda, zakochana żona wierzy, że ukochany człowiek postępuje dobrze
A i tu dochodzimy do sedna problemu, o którym mówiłem wcześniej. Masz niemal 50 lat. A swoje doświadczenie i obecny dorobek chcesz przełożyć wprost na ludzi o połowę młodszych.
Szef w ostatniej pracy wysłał mnie na seminaria i kursy, i część sfinansował. Koledzy i szef z innej pracy nauczyli mnie sprzedaży. Bez wiedzy i umiejętności tam zdobytych nie wymyśliłabym swojego produktu, nie stworzyłabym ścieżki sprzedaży.
Wiek i doświadczenie. To dwie rzeczy, które rozróżniają ciebie od ludzi, którzy mogliby być twoimi dziećmi.
Studia zafundowało mi państwo, utrzymanie w czasie nauki rodzice (trochę dorabiałam no i miałam stypendium za stopnie). Na firmę exa uzbieraliśmy z pensji
No widzisz - a ja musiałem przerwać studia, aby pójść do pracy i pomóc rodzicom. I wielu ludzi nie miało tak dobrego startu jak ty. Nie wypominaj zatem biedy innym, bo niby z czynszem przez rok zalegałaś, ale na wynajęcie niańki miałaś (lol).
Nie przeczytałeś albo nie zrozumiałeś. Chodziło o dzieci. Pani nie miała zastrzeżeń do sprzątania. Pani uważała, że nie może zostawić mu wychowywania dzieci, bo lepiej było, gdy ona była w domu. O szczegółach nie mówiła, a ja nie dopytywałam.
Zrozumiałem doskonale, tylko ty nie bardzo. Wychowanie jak i sprzątanie oraz gotowanie to takie domeny, w których zdecydowana większość kobiet uważa, że wie lepiej jak to zrobić. I co by facet nie robił to nie dobrze nie będzie. To był po prostu durny i pusty przykład.
Jakie tezy? Jakie nieaktualne założenia?
Odnośnie relacji między kobietą, a mężczyzną, które inne są teraz, a inne były 20 lat temu.
Problemem kobiet jest to, że nie umieją brać, nie umieją wymagać, zgadzają się na to, żeby Piotruś Pan na nich pasożytował, źle się czują gdy mężczyzna jest męski i traktuje je jak kobiety albo traktują mężczyzn jak niedorozwinięte dzieci.
Problemem jest to, że każdy układ partnerski, w którym oboje dokładają do rachunków widzisz jako zasłanianie się faceta kiecą kobiety i nieporadność życiową faceta. Tymczasem rynek pracy w Polsce jest bardzo trudny. Najtrudniejszy właśnie dla ludzi dopiero zaczynający karierę (25-30 lat). A oczekujesz tutaj finansowych cudów.
Nieszczęście - a dlaczego? Zgoda na nieodpowiedzialność. Brak wymagań. Albo niezdolność do wyegzekwowania tego, co należy.
Nie rozbrajaj mnie. Te wszystkie głupie dziewuszki widziały z kim się wiążą i świadomie rezygnowały z antykoncepcji. Przecież oni nie zmienili się z dnia na dzień. A ty przerzucasz teraz odpowiedzialność za czyny i konsekwencje własnej głupoty na ich facetów. Do tego tanga trzeba dwojga - nie zapominaj o tym. Poza tym, to jak facet się zachowuje to kwestia wychowania i wzorców wyniesionych z domu.
Ja doskonale rozumiem co się dzieje. Ty zaś nie wiesz na jakim świecie żyjesz.
Nie - w ogóle nie mam pojęcia. O moich sukcesach pisał nie będę. A mam ich niemało - niewielu ludzi w moim wieku może się pochwalić tym, co ja. Moje obecne problemy są spowodowane utratą zdrowia.....które poświęciłem służąc Ojczyźnie i nie pozwolę na insynuowanie mi, że jestem nieporadnym życiowo nieudacznikiem. Bo to obraża i mnie i innych młodych ludzi, którzy poświęcili zdrowie służbie temu pojebanemu krajowi i nic z tego nie mają. Ani wdzięczności Państwa, ani szacunku krajan.
A tak na koniec - mam wrażenie, że mylisz niezaradność ze zwykłym lenistwem i wygodnictwem. Bo niezaradności nie da się zarzucić temu, kto co całymi dniami nic nie robi, a mimo wszystko wszystko ma, bo mamusia/tatuś i/lub żoneczka/mężuś wszystko przynoszą i pod dziobek podkładają.
Nie rozumiesz, wyrywasz zdania z kontekstu i przeinaczasz.
Właśnie dlatego, że młodsze kobiety nie mogły zdobyć doświadczeń, radzę im. Żeby się uczyły na moich błędach. Tak im wyjdzie taniej.
I 20 lat temu, i dziś kobiety rodzą dzieci. Za 20 lat też raczej się to nie zmieni.
Kobiety ponoszą konsekwencje własnych złych wyborów ORAZ nieodpowiedzialnych zachowań mężczyzn. A ja im tłumaczę, jak wybierać mężczyzn i czego mają prawo wymagać. Żeby bezpotomnie zginęli nieodpowiedzialni nieudacznicy.
Nie rozumiesz, wyrywasz zdania z kontekstu i przeinaczasz.
Najwyraźniej nie zdajesz sobie sprawy z faktu jakie durnoty czasem wypisujesz. Być może problem polega na tym, że najzwyczajniej w świecie nie potrafisz ubrać w słowa tego, o czym myślisz. Nie wiem - nie siedzę w twojej głowie. Ja jedynie interpretuję twoje słowa. A co "autor miał na myśli" to już problem autora, że nie potrafił tego przekazać w sposób jasny, czytelny i przede wszystkim jednoznaczny.
A co do rodzenia to masz jeszcze jakieś inne banały w zanadrzu? Faceci mają penisy oraz jądra. Mieli je 20 lat temu, mają je dzisiaj i będą mieć za kolejne 20 lat. To są normalne różnice płci. Ale nie mniej jak facet różni się od kobiety, tak i jeden może się różnić od drugiego. Jeden będzie skrzyżowaniem MacGyvera i Gatesa, a drugi skrzyżowaniem Picassa i Mercurego. I w niczym jeden nie będzie lepszy od drugiego, co usilnie starasz się dowieść. Będą po prostu inni. I tyle. To, że ty popełniłaś jakieś błędy nie znaczy to, że inni nie mają prawa do swoich. Nie znaczy to także, że inni mają taki sam system wartości jak ty.
Kobiety ponoszą konsekwencje własnych złych wyborów ORAZ nieodpowiedzialnych zachowań mężczyzn.
Nie - one ponoszą konsekwencje jedynie swoich decyzji. Niczyich więcej.
To może opowiem jak to jest u mnie. Dziewczyna jest kompletnie niezaradna życiowo. Studia na prywatnej uczelni zawaliła, pracuje na 3/4 etatu jako kasjerka. (...)
Nie pomyślcie o mnie, że ją zmuszam. To nasza wspólna decyzja i jak sama mówi "nie chce być kasjerką do końca życia" ale nie potrafi działać. Boję się przyszłości, że będzie wyglądać jak w "Kiepskich", że będę wracał do domu a ona na kanapie z odpowiedzią "nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem".
Odnosząc się do tego co napisałeś - owszem rozumiem,że to pewne obciążenie dla Ciebie, niestety w zyciu raz jest się na górze raz na dole.Ty możesz tez być kiedyś na dole i ona powinna Cię wtedy wspierać. Tak jak Ty ją obecnie.
Może nie jest tak przebojowa i odważna,a może rodzice zawsze za nią wszystko robili -nie wiem - spróbuj tchnąć w nią wiarę we własne siły, rozpędź ją, jak zobaczysz że sama zaczyna hamować i znowu nic nie robi z sobą, no to nie ma co się dalej oszukiwać,że będzie lepiej.Może to typ któremu wiecznie zalatwia się prackę w biurze po znajomości mimo braku kompetencji...
Pomóż jej, postaraj się być cierpliwy, ale nikt nie mówi,że masz ją wiecznie na rękach nosić na rozmowy kwalifikacyjne.
27 2012-10-19 16:28:09 Ostatnio edytowany przez Merredithhh (2012-10-19 16:30:20)
yoghurt007 napisał/a:to partnerzy takich dziewczyn też powinni.
Oczywiście, że powinni. Jak chcą seksu, powinni umieć utrzymać kobietę i dziecko, które się pojawi. Jeśli tego nie umieją, nie dorośli do związku. To kwestia elementarnej odpowiedzialności. Poczytaj sobie Forum. U teściów strasznie. On ma na zabawki, a nie daje na życie(...)
To dotyczy w takim samym stopniu mężczyzn jak i kobiet. Jeśli uprawiają seks, to chyba chętne są obie strony? Dlaczego w takim razie odpowiedzialność ma brać na siebie tylko jedna? W chwili gdy na świecie pojawia się dziecko, odpowiedzialność za nie biorą w równym stopniu i matka i ojciec. Zarówno w kwestii opieki nad nim i wychowania, jak i w kwestii finansowej.
Idąc za Twoim tokiem myslenia, to w stytuacji gdy kobieta zachodzi w nieplanowaną ciążę i:
- zarabia tylko facet, kobieta nie pracuje (obojętnie z jakiego powodu), to jest wszystko ok, bo to on powinien utrzymywać rodzinę, wystarczy, że ona musi urodzić;
- zarabia tylko kobieta, facet nie pracuje (obojetnie z jakiego powodu), to kobieta jest stroną pokrzywdzoną, wszystkiemu winny jest facet, bo jest nieodpowiedzialny i sie dorósł do założenia rodziny.
Nie uważasz, że to trochę dziwne i bardzo niesprawiedliwe?
Problemy opisywane na forum, o których piszesz głownie biorą się z tego, że kobiety nie mają własnych pieniędzy. Są zależne finansowo od męża, albo teściów i stąd bierze się większość opisywanych nieszczęść. Jej u teściów strasznie, więc trzeba się wyprowadzić. Ale dokąd i za co, skoro ona nie zarabia? Zarabia tylko mąż, a sponsorami wydatków związanych z domem są teściowie.
Ale przecież winny wszystkiemu jest mąż, widocznie zarabia za mało, żeby spełnić marzenie żony o własnym mieszkaniu.
Co do tematu wątku, to niezaradność może mieć różne źródła.
Może temu komuś przez większość życia ktoś podkopywał pewność siebie, a nie każdy jest tak silny psychcznie, żeby to nie zostawiło żadnego śladu. Taka osoba jest przekonana, że i tak nic nie osiągnie, nic nie zmieni, nic jej się nie uda, więc nie ma sensu nawet próbować.
Albo może ten ktoś został wychowany w ten sposób, że nigdy nie musiał się wysilać, a wszystko miał podane na tacy i do tego się przyzwyczaił.
Ale tak jak ktoś pisał, jeśli jest potencjał i wsparcie to taka osoba potrafi rozwinąć skrzydła, nauczyć się wielu rzeczy i poradzić sobie w różnych sytuacjach.
A jeśli ktoś jest niezardny życiowo, nie chce nic z tym robić i wygodnie mu z tym, to raczej to się już nie zmieni.
Małgorzatka - Wrzucasz wszystko do jednego worka. Jeśli o mnie chodzi, to jestem bardzo dobrym organizatorem w sprawach tzw. przyziemnych. Niedawno kupiłem mieszkanie, sam załatwiłem kredyt wyłącznie na siebie. Wyremontowałem je za uskładane wcześniej pieniądze. Wszystkie formalności załatwiałem samodzielnie i absolutnie nikogo nie pytałem o radę. Tak samo w kwestii zawodowej wiem czego chcę w życiu i dodatkowo bardzo dobrze na tym zarabiam. Moim hobby jest gotowanie i pieczenie i bardzo dobrze mi to wychodzi. Jednak jeśli brać pod uwagę kwestie związane z organizowaniem wolnego czasu dla kobiety, to przyznaję szczerze że jestem w tym kiepski. Po prostu nie czuję tego. Czy to według Ciebie czyni mnie również niezaradnym ? Moi zdaniem odrobinę się zagalopowałaś...
Wybrałeś tylko jeden fragment mojej wypowiedzi. Pisałam też o tym, że ciągle studiuje mimo, że nie daje rady, mimo 25 lat jeszcze nie pracował, nie potrafił napisać podania na studia aby go nie wyrzucili, do tego nie robi prawa jazdy bo teraz mu niepotrzebne itd. i dodałam jeszcze to, że nie organizował naszego wspólnego czasu. To był tylko jeden aspekt, który nie świadczy o tym czy mężczyzna jest zaradny czy nie. Jak dla mnie te wszystkie jego cechy składają się na jego niezaradność, a nie to że ja zawsze planowałam nasz wspólny czas. Według mnie właśnie dużo ważniejsze jest to, aby umiał właśnie odnaleźć się w tych codziennych sprawach i żeby wszystko nie było na mojej głowie. Podejrzewałam, że w przyszłości tak mogłoby być skoro on nawet głupiej praktyki nie umiał sobie załatwić ![]()
Co do organizowania wolnego czasu to naprawdę nie trzeba wiele. Mi wystarczy czasami zwykły spacer plus ciekawa rozmowa. Byleby nie siedzieć ciągle w domu ![]()
Ech... no widzisz, mój też studiuje żeby studiować, "bo nie chce być debilem bez wykształcenia", tak jak by papierek o czymś przesądzał... nie ma po prostu pomysłu na siebie i boi się zrezygnować, bo wtedy to się ujawni, i nie będzie już mógł uciekać przed prawdą...
I - dokładnie tak jak piszesz - nie ma po prostu miejsca na moją słabość!!! Ostatnio, pierwszy raz od początku naszego związku, o ile nie pierwszy raz w życiu, przechodziłam przez trudny dla siebie czas. I co się okazało? Że on nie potrafi mnie wesprzeć... że kiedy mnie jest ciężko, jemu też automatycznie włączają się jakieś jazdy, i kończy się na tym, że to ja muszę jeszcze pocieszać jego, a do tego radzić sobie sama ze sobą...
Ja odniosłam wrażenie, że studia są dla niego taką jakby wymówką przed szukaniem pracy. Przecież studiuje tzn nie siedzi w domu. Szukanie pracy, a później praca jednak są bardziej wymagającymi zajęciami.
Jeżeli chodzi o słabsze momenty to dokładnie jest tak jak piszesz. Ja zdecydowanie częściej go pocieszałam niż on mnie. Momentami czułam się jakbym była w związku z drugą kobietą
Poza tym mam za sobą ciężką chorobę i tak się zastanawiałam co by było gdyby to wróciło. Mielibyśmy dzieci, ja w szpitalu a on by przepadł... Mimo, że jestem po tym wszystkim bardzo silna, ale wsparcie jest potrzebne.
Jeśli uprawiają seks, to chyba chętne są obie strony? Dlaczego w takim razie odpowiedzialność ma brać na siebie tylko jedna?
No właśnie! O to pytam! Całą ciążę ona, całe karmienie piersią ona. I wiesz, chyba nic się z tym nie da zrobić. Dlatego, jeśli on jest nieudacznikiem, lepiej mu dziecka nie rodzić. Lepiej się z nim nie seksować, bo skutkiem seksu bywa ciąża.
W chwili gdy na świecie pojawia się dziecko, odpowiedzialność za nie biorą w równym stopniu i matka i ojciec. Zarówno w kwestii opieki nad nim i wychowania, jak i w kwestii finansowej.
Teoretycznie. W praktyce większość samców ma gdzieś swoje potomstwo. Niektórzy się wykłócają, że tyyyle dzieci przyznaje się matkom. To prawda, są sytuacje, gdy ojciec jest pokrzywdzony, dziecko traci, bo matka wcale nie jest cacana. Ale w wielu przypadkach sąd nie ma innej możliwości, bo ojciec dziecka NIE JEST ZAINTERESOWANY opieką i wcale nie świadczy na dziecko (chyba że pod przymusem).
Przestrzegam kobiety przed popełnianiem błędów.
Błędem jest wiązanie się z nieudacznikiem. Bo gdy się urodzi dziecko, powierzanie go komuś innemu jest przykre i szkodliwe - zamiast przeżywania radości macierzyństwa są rozstania bolesne i dla matki i dla dziecka. Poczytaj co się ostatnio działo w żłobku we Wrocławiu.
Błędem jest zakładanie, że się będzie pracować po urodzeniu dziecka. A co, jeśli urodzi się chore, będzie wymagać specjalnej opieki?
Błędem jest zakładanie, że skoro można dziecka nie karmić piersią i ono przeżyje, można je po prostu zostawić z kimś innym i nie ma to znaczenia.
Błędem jest wiązanie się z kimś, kto nie dorósł do roli męża i ojca. Bo trzeba będzie mu matkować i męczyć się z nim. Bo nie będzie rozumiał najprostszych wyjaśnień. Będzie się okopywał na swoich pozycjach i nie zrozumie, że dopóki jest zamknięty, nie uczy się niczego. Znamy takich...
Potem, gdy już jest się związaną - bo dzieci kochają tatusia - jest się w sytuacji praktycznie bez wyjścia. Trzeba nieudacznika przez życie holować, żeby dzieciom serce nie krwawiło. I w ten sposób robi się krzywdę i dzieciom (wzorce), i jemu (niczego się nie nauczy).
yoghurt daj już Artemidzie spokój, bo im dłużej czytam Twoje wydumane i wysilone "riposty" na jej posty, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu jak bardzo u Ciebie kuleje czytanie ze zrozumieniem i w ogóle jakiekolwiek rozumienie poza swoim własnym "przeświętym" zdaniem, które zostało zbudowane na jakże "wielkich" doświadczeniach życiowych...
Partner niezaradny życiowo jest dla osób, które świetnie same sobie radzą i organizują, które tak robiły od urodzeni i będą nawet robić w późnej starość. Partner niezaradny życiowo jest dla osób, które doskonale mogą zostać same z 3 dzieci i sobie poradzić bez problemów. Partner niezaradny życiowo jest dużym dzieckiem, które nigdy nie dorośnie i jest tylko dodatkiem, stałym towarzystwem, rozrywką dla osoby, która doskonale radzi sobie sama.
Merredithhh napisał/a:Jeśli uprawiają seks, to chyba chętne są obie strony? Dlaczego w takim razie odpowiedzialność ma brać na siebie tylko jedna?
No właśnie! O to pytam! Całą ciążę ona, całe karmienie piersią ona. I wiesz, chyba nic się z tym nie da zrobić. Dlatego, jeśli on jest nieudacznikiem, lepiej mu dziecka nie rodzić. Lepiej się z nim nie seksować, bo skutkiem seksu bywa ciąża.
Chodziło mi o coś innego :) Dlaczego całą odpowiedzialność finansową ma brać na siebie facet? Decyzja zapada w porozumieniu obu stron, obie strony są świadome mozliwych konsekwencji, obie biorą na siebie odpowiedzialność.
Planując dziecko (albo i nie planując) jestem świadoma tego, że to ja będę w ciąży i ja urodzę dziecko, a nie partner. Poza tym nie ma obowiązku rodzenia, jeśli ktoś rodzić nie chce, to zadba o to wcześniej. Albo i później, są różne możliwości.
I tu już nie chodzi o nieudacznictwo, czy "udacznictwo", tylko o takie podejście: pójdę z nim do łóżka, w razie czego on musi utrzymać mnie i dziecko. To jest dopiero nieodpowiedzialne.
Merredithhh napisał/a:W chwili gdy na świecie pojawia się dziecko, odpowiedzialność za nie biorą w równym stopniu i matka i ojciec. Zarówno w kwestii opieki nad nim i wychowania, jak i w kwestii finansowej.
Teoretycznie. W praktyce większość samców ma gdzieś swoje potomstwo. Niektórzy się wykłócają, że tyyyle dzieci przyznaje się matkom. To prawda, są sytuacje, gdy ojciec jest pokrzywdzony, dziecko traci, bo matka wcale nie jest cacana. Ale w wielu przypadkach sąd nie ma innej możliwości, bo ojciec dziecka NIE JEST ZAINTERESOWANY opieką i wcale nie świadczy na dziecko (chyba że pod przymusem).
Generalizujesz. Są różni ludzie, różni rodzice, ale nie ma to żadnego związku z płcią.
Przestrzegam kobiety przed popełnianiem błędów.
Błędem jest wiązanie się z nieudacznikiem. Bo gdy się urodzi dziecko, powierzanie go komuś innemu jest przykre i szkodliwe - zamiast przeżywania radości macierzyństwa są rozstania bolesne i dla matki i dla dziecka. Poczytaj co się ostatnio działo w żłobku we Wrocławiu.
Błędem jest zakładanie, że się będzie pracować po urodzeniu dziecka. A co, jeśli urodzi się chore, będzie wymagać specjalnej opieki?
Błędem jest zakładanie, że skoro można dziecka nie karmić piersią i ono przeżyje, można je po prostu zostawić z kimś innym i nie ma to znaczenia.
Błędem jest wiązanie się z kimś, kto nie dorósł do roli męża i ojca. Bo trzeba będzie mu matkować i męczyć się z nim. Bo nie będzie rozumiał najprostszych wyjaśnień. Będzie się okopywał na swoich pozycjach i nie zrozumie, że dopóki jest zamknięty, nie uczy się niczego. Znamy takich...
Potem, gdy już jest się związaną - bo dzieci kochają tatusia - jest się w sytuacji praktycznie bez wyjścia. Trzeba nieudacznika przez życie holować, żeby dzieciom serce nie krwawiło. I w ten sposób robi się krzywdę i dzieciom (wzorce), i jemu (niczego się nie nauczy).
Tu jeszcze dodam od siebie:
Błędem jest bycie zależną finansowo od mężczyzny i poleganie w tej kwestii tylko na nim. Założenie, że zawsze będzie pięknie i kolorowo. Nigdy nic nie wiadomo i w takim wypadku bardzo łatwo zostać z niczym. Bez domu, bez pieniędzy, pracy, doświadczenia zawodowego, bez perspektyw.
Poza tym zawsze warto się rozwijać, zarabiać i być niezależną finansowo.
Tu jeszcze dodam od siebie:
Błędem jest bycie zależną finansowo od mężczyzny i poleganie w tej kwestii tylko na nim. Założenie, że zawsze będzie pięknie i kolorowo. Nigdy nic nie wiadomo i w takim wypadku bardzo łatwo zostać z niczym. Bez domu, bez pieniędzy, pracy, doświadczenia zawodowego, bez perspektyw.
Poza tym zawsze warto się rozwijać, zarabiać i być niezależną finansowo.
Tu nie chodzi by być zależnym finansowo od mężczyzny. Tu chodzi o to, że w razie problemu mieć w nim oparcie i jeżeli przyjdzie taka potrzeba to żeby był w stanie utrzymać 2-3 osoby. Oczywiście równość, partnerstwo itp itd, ale jest większe prawdopodobieństwo, że to kobieta tego wsparcia będzie potrzebować niż mężczyzna.
Merredithhh jeśli chodzi o finanse czy szeroko pojętą "zaradność życiową" to nie przegadasz ani Artemidy, ani Teo. One wiedzą lepiej i koniec. Podobna dyskusja się kiedyś nawinęła w przypadku posiadania prawa jazdy jako składowej "męskości". Szczerze mówiąc to dość żenujące. Facet ma być, facet ma zarabiać, facet ma mieć. W ich mniemaniu dla kobiety to jedynie prawo. Nie obowiązek.
Poza tym zauważ jak zmieniła się dyskusja. Najpierw: facet ma zarabiać na rachunki i utrzymanie, a kobieta jeśli pracuje to na swoje przyjemności. A w ogóle kobieta pracująca w zawodzie to pomyłka, bo tak nie powinno być. Nie minęło trochę czasu, a już ton wypowiedzi się zmienił - niezależność finansowa obu partnerów, partnerstwo finansowe itp. To już dawno przestało być zabawne...
Merredithhh napisał/a:Tu jeszcze dodam od siebie:
Błędem jest bycie zależną finansowo od mężczyzny i poleganie w tej kwestii tylko na nim. Założenie, że zawsze będzie pięknie i kolorowo. Nigdy nic nie wiadomo i w takim wypadku bardzo łatwo zostać z niczym. Bez domu, bez pieniędzy, pracy, doświadczenia zawodowego, bez perspektyw.
Poza tym zawsze warto się rozwijać, zarabiać i być niezależną finansowo.Tu nie chodzi by być zależnym finansowo od mężczyzny. Tu chodzi o to, że w razie problemu mieć w nim oparcie i jeżeli przyjdzie taka potrzeba to żeby był w stanie utrzymać 2-3 osoby. Oczywiście równość, partnerstwo itp itd, ale jest większe prawdopodobieństwo, że to kobieta tego wsparcia będzie potrzebować niż mężczyzna.
A jeśli nie będzie w stanie? To, że facet nie zarabia wystarczająco dużo, żeby utrzymać samodzielnie rodzinę czyni go złym kandydatem na męża i ojca i lepiej się z nim nie wiązać?
Życie i zarobki młodych ludzi zaczynających od zera nie wyglądają kolorowo, ale przecież przez to nie są mniej odpowiedzialni.
Wszystko może się zdarzyć, w każdej chwili można stracić pracę, czy zachorować i trzeba mieć tego świadomość, ale gdyby ludzie kierowali się tylko tym, to większość pewnie nigdy by się nie usamodzielniła i nie założyła rodziny. Albo zrobiliby to w późnym wieku.
Po prostu nie podoba mi się takie myślenie: "Jak chcą seksu, powinni umieć utrzymać kobietę i dziecko, które się pojawi. Jeśli tego nie umieją, nie dorośli do związku." Wynika z tego, że jeśli facet nie zarabia kilku tysięcy, to nie dorósł do związku.
35 2012-10-20 22:31:41 Ostatnio edytowany przez Artemida (2012-10-20 22:32:44)
takie podejście: pójdę z nim do łóżka, w razie czego on musi utrzymać mnie i dziecko. To jest dopiero nieodpowiedzialne.
A czy ja tak powiedziałam? Ja uważam, że jak facet ma być kolejnym dzieckiem, to niech spada. Lepiej znaleźć odpowiedzialnego, zaradnego, żeby w razie W mieć na kogo liczyć. Bo dopóki kobieta jest sama, poradzi sobie. A spróbuj sobie poradzić, gdy musisz (i chcesz!) opiekować się noworodkiem, niemowlęciem.
Ja w ogóle nie rozumiem o co ten spór. Mówię tylko, że lepiej być bogatym o zdrowym niż biednym i chorym.
Są różni ludzie, różni rodzice, ale nie ma to żadnego związku z płcią.
Poczytaj, proszę, wątek Igi, która chce oddać dziecko do adopcji. Ojciec dziecka po prostu się wypiął. Słyszałam, że istnieją matki, które się wypinają. Ale jeszcze żadnej nie spotkałam. A tatusiów wypiętych mrowie.
Artemida napisał/a:Przestrzegam kobiety przed popełnianiem błędów.
Błędem jest wiązanie się z nieudacznikiem. Bo gdy się urodzi dziecko, powierzanie go komuś innemu jest przykre i szkodliwe - zamiast przeżywania radości macierzyństwa są rozstania bolesne i dla matki i dla dziecka. Poczytaj co się ostatnio działo w żłobku we Wrocławiu.
Błędem jest zakładanie, że się będzie pracować po urodzeniu dziecka. A co, jeśli urodzi się chore, będzie wymagać specjalnej opieki?
Błędem jest zakładanie, że skoro można dziecka nie karmić piersią i ono przeżyje, można je po prostu zostawić z kimś innym i nie ma to znaczenia.
Błędem jest wiązanie się z kimś, kto nie dorósł do roli męża i ojca. Bo trzeba będzie mu matkować i męczyć się z nim. Bo nie będzie rozumiał najprostszych wyjaśnień. Będzie się okopywał na swoich pozycjach i nie zrozumie, że dopóki jest zamknięty, nie uczy się niczego. Znamy takich...
Potem, gdy już jest się związaną - bo dzieci kochają tatusia - jest się w sytuacji praktycznie bez wyjścia. Trzeba nieudacznika przez życie holować, żeby dzieciom serce nie krwawiło. I w ten sposób robi się krzywdę i dzieciom (wzorce), i jemu (niczego się nie nauczy).
Tu jeszcze dodam od siebie:
Błędem jest bycie zależną finansowo od mężczyzny i poleganie w tej kwestii tylko na nim. Założenie, że zawsze będzie pięknie i kolorowo. Nigdy nic nie wiadomo i w takim wypadku bardzo łatwo zostać z niczym. Bez domu, bez pieniędzy, pracy, doświadczenia zawodowego, bez perspektyw.
Poza tym zawsze warto się rozwijać, zarabiać i być niezależną finansowo.
Jak najbardziej lepiej być niezależną finansowo. Nigdzie nie piszę, żeby nie być. Zaznaczam jedynie, żeby nie brać sobie garba w postaci nygusa, obiboka, sieroty obrzyganej. Bo to się źle kończy. Dodaję, że jeśli facet jest zaradny ale przy tym skąpy, też lepiej go sobie odpuścić.
I jeszcze jedna obserwacja: ciekawe, że gdy ktoś od kobiet żąda, by pracowały, nie zauważa, że dla nich rynek jest trudny. Tylko nad facetami należy się użalać...
Merredithhh napisał/a:takie podejście: pójdę z nim do łóżka, w razie czego on musi utrzymać mnie i dziecko. To jest dopiero nieodpowiedzialne.
A czy ja tak powiedziałam? Ja uważam, że jak facet ma być kolejnym dzieckiem, to niech spada. Lepiej znaleźć odpowiedzialnego, zaradnego, żeby w razie W mieć na kogo liczyć. Bo dopóki kobieta jest sama, poradzi sobie. A spróbuj sobie poradzić, gdy musisz (i chcesz!) opiekować się noworodkiem, niemowlęciem.
Napisałaś, że jeśli facet chce seksu to musi umieć utrzymać kobietę i dziecko, które może się pojawić. Jeśli nie umie, to nie dorósł do związku.
Merredithhh napisał/a:Są różni ludzie, różni rodzice, ale nie ma to żadnego związku z płcią.
Poczytaj, proszę, wątek Igi, która chce oddać dziecko do adopcji. Ojciec dziecka po prostu się wypiął. Słyszałam, że istnieją matki, które się wypinają. Ale jeszcze żadnej nie spotkałam. A tatusiów wypiętych mrowie.
To, że nie spotkałaś, nie znaczy, że są w aż takiej mniejszości. Powtarzam - bycie dobrym, kochającym rodzicem nie zależy od płci.
I jeszcze jedna obserwacja: ciekawe, że gdy ktoś od kobiet żąda, by pracowały, nie zauważa, że dla nich rynek jest trudny. Tylko nad facetami należy się użalać...
Rynek pracy obecnie ogólnie jest trudny. Szczególnie dla młodych ludzi, bez żadnego, albo z niewielkim doświadczeniem.
Zauważ, że jest różnica pomiedzy kobietą, która nie ma pracy, bo nie może jej znaleźć i jest na utrzymaniu partnera, a kobietą, która nie pracuje, nie szuka pracy, bo jej się nie chce i żąda od partnera, żeby ją utrzymywał. Ewentualnie zarabia, ale tylko na swoje przyjemności.
Merredithhh jeśli chodzi o finanse czy szeroko pojętą "zaradność życiową" to nie przegadasz ani Artemidy, ani Teo. One wiedzą lepiej i koniec. Podobna dyskusja się kiedyś nawinęła w przypadku posiadania prawa jazdy jako składowej "męskości". Szczerze mówiąc to dość żenujące. Facet ma być, facet ma zarabiać, facet ma mieć. W ich mniemaniu dla kobiety to jedynie prawo. Nie obowiązek.
O, tego nie widziałam. Czyli facet, który nie ma prawa jazdy jest mniej męski od tego, który ma? Ciekawe. Ja bym to widziała inaczej: nie potrzebuję - nie mam. Proste ![]()
Pewnie, że nie mam obowiązku zarabiać. Tylko wtedy muszę liczyć się z tym, że mogę sypiać w noclegowni dla bezdomnych. Ale jeśli chcę żyć na określonym poziomie, to muszę na to zarobić. A nie czekać, aż ktoś to zrobi za mnie.
Merredithhh jeśli chodzi o finanse czy szeroko pojętą "zaradność życiową" to nie przegadasz ani Artemidy, ani Teo. One wiedzą lepiej i koniec. Podobna dyskusja się kiedyś nawinęła w przypadku posiadania prawa jazdy jako składowej "męskości". Szczerze mówiąc to dość żenujące. Facet ma być, facet ma zarabiać, facet ma mieć. W ich mniemaniu dla kobiety to jedynie prawo. Nie obowiązek.
Poza tym zauważ jak zmieniła się dyskusja. Najpierw: facet ma zarabiać na rachunki i utrzymanie, a kobieta jeśli pracuje to na swoje przyjemności. A w ogóle kobieta pracująca w zawodzie to pomyłka, bo tak nie powinno być. Nie minęło trochę czasu, a już ton wypowiedzi się zmienił - niezależność finansowa obu partnerów, partnerstwo finansowe itp. To już dawno przestało być zabawne...
Jak ty te farmazony wyczytales w tym watku? Gdzie? To sa tylko twoje wlasne fobie projetkowane na innych.
Ja jestem zdecydowanie przeciw wiazaniu sie z niezaradnymi, nieudacznikami - jak tam ich nazwac. Dodatkowo, absolutnie nie zgadzam sie, ze zdaniem, ze niezaradni sa dla kobiet, ktore same w zyciu ze wszystkim sobie radza. Facet mi nie jest potrzebny, bym sie poczula bezpiecznie czy zeby mnie utrzymywal, ale balastu w postaci nieudacznika nigdy bym sobie na plecy nie wziela, choc na pewno dalabym rade go niesc.
39 2012-10-21 09:46:36 Ostatnio edytowany przez yoghurt007 (2012-10-21 10:21:43)
Swanen - nie w tym, ale i w innych wątkach. Prześledź posty Artemidy to się przekonasz.
Poza tym - jak już to mówiłem - nie można zarzucić nieporadności osobie, która nic nie robi, a wszystko ma i nie narzeka. To jest lenistwo i wygodnictwo, bo taka osoba otacza się ludxmi, którzy wszystko wykonają za nią. To są bardzo zaradni i sprytni ludzie wbrew pozorom. Niezaradni to jedynie tacy, którzy nic nie mają, są niezadowoleni, a nie potrafią/nie chcą tego zmienić. A takich to jest jedynie garstka.
Jak yoghurt nie ma już argumentów to zbiera wszystko co pamięta z innych wątków i łączy w jedną, średnio udaną całość.
Ustalmy jedno, niezaradnym życiowo ludziom mówimy nie.
To, że facet nie zarabia wystarczająco dużo, żeby utrzymać samodzielnie rodzinę czyni go złym kandydatem na męża i ojca i lepiej się z nim nie wiązać?
Tak. Dokładnie tak myślę. Wiążąc się z kimś takim same robimy sobie kuku.
Wyjaśnię. Jeśli ktoś umie uczciwie zarabiać pieniądze, to znaczy, że ma związek z rzeczywistością. Tylko 7% bezrobotnych aktywnie poszukuje pracy. I ci znajdują. Załatwiłyśmy temat bezrobotnych? Czy mam dalej pisać o takich, którzy plaszczą tyłki przed komputerem i uważają, że jak wysłali cv to już poszukiwali pracy?
Teraz ci, co marnie zarabiają. Nie powiesz mi chyba, że wielu jest ludzi, którzy chcą pracować cały dzień za grosze? Jeśli to jednak robią, to znaczy że nie umieją niczego, co by było cenne dla innych. [Młody stomatolog na dzień dobry dostaje powyżej 4000 (z umową i wszelkimi świadczeniami). A dumny absolwent gimnazjum może liczyć na 5zł za godzinę przy roznoszeniu ulotek. Bez świadczeń.] Jeśli ktoś nic nie umie i nie uczy się, to po jakiego grzyba się z nim wiązać? Jeśli wszystkim co umie jest jęczenie i narzekanie, co może dać dzieciom? Jaki wzór ojca?
Życie i zarobki młodych ludzi zaczynających od zera nie wyglądają kolorowo,
Właśnie!
ale przecież przez to nie są mniej odpowiedzialni.
Jeśli są odpowiedzialni, nie będą sobie robić dziecka, gdy w sumie mają 2200 a wynajęcie kawalerki kosztuje 1300.
Wszystko może się zdarzyć, w każdej chwili można stracić pracę, czy zachorować i trzeba mieć tego świadomość,
Właśnie dlatego, że wszystko może się zdarzyć, nie należy mieć dziecka z kimś, kto sobie nie radzi. Bo jeśli sobie nie radzi, a jest cały i zdrowy, jak sobie poradzi, gdy zachoruje? Z czego utrzyma dziecko? Pośle żonę do pracy i pomocy społecznej? Dziecko podrzuci babci, czy każe oddać do żłobka tygodniowego albo domu dziecka? Dzięki wielkie! Pan domu, głowa rodziny, kurczę.
ale gdyby ludzie kierowali się tylko tym, to większość pewnie nigdy by się nie usamodzielniła i nie założyła rodziny.
I bardzo dobrze. Jest przeludnienie.
Po prostu nie podoba mi się takie myślenie: "Jak chcą seksu, powinni umieć utrzymać kobietę i dziecko, które się pojawi. Jeśli tego nie umieją, nie dorośli do związku." Wynika z tego, że jeśli facet nie zarabia kilku tysięcy, to nie dorósł do związku.
W rzeczy samej. Jest niedojrzały. Nie podoba Ci się takie myślenie? A mnie się nie podoba brak myślenia. Czy masz pojęcie ile nas kosztują porzucone dzieci? To dokładnie te same pieniądze, za które można by było kupić helikopter, żeby uratował ofiary wypadku. Albo wyposażyć OIOM. Małe dziecko w domu dziecka to koszt około 5000zł miesięcznie. Później około 3-4 tysięcy. Plus szkoła - około 3000. I wychodzi człowiek nieszczęśliwy, niepozbierany, potrzebujący terapii.
Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego muszę udowadniać oczywistości.
Jak yoghurt nie ma już argumentów to zbiera wszystko co pamięta z innych wątków i łączy w jedną, średnio udaną całość.
Ustalmy jedno, niezaradnym życiowo ludziom mówimy nie.
A co za różnica, który to wątek, skoro dyskusje tyczą dokładnie tego samego? Niezaradnym mamejom mówimy "nie" - niezależnie od płci. Ale nie ma nic niezaradnego w dzieleniu się kosztami utrzymania. W dzisiejszych czasach, przy obecnej sytuacji rynku pracy i sytuacji gospodarczej to niewiele osób może pozwolić sobie na samodzielne wynajmowanie (lub kupno) mieszkania i życie na poziomie (a nie wegetowanie). A mówimy o osobach dopiero zaczynających samodzielne życie i swoją karierę zawodową, a nie o osobach o ugruntowanej pozycji i doświadczeniu w okolicy 40-50 lat.
Młodzik po studiach zarabiający 4tyś ? Buahahaha. Weź choćby kurde pierwszy wynik z google: CZYTAJ (praca.wp.pl)
Tak mógłbym jeszcze długo...ale po co? Przecież to ja wypisuję farmazony....
Małe dziecko w domu dziecka to koszt około 5000zł miesięcznie. Później około 3-4 tysięcy. Plus szkoła - około 3000. I wychodzi człowiek nieszczęśliwy, niepozbierany, potrzebujący terapii.
Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego muszę udowadniać oczywistości.
Ja tylko na chwilę bo nie zdzierżę jako były pracownik DD itp placówek.
Te z kosmosu wzięte 5k to Ci wyszło chyba z łącznego kosztu utrzymania domu, pensji dyrektorki, zastępcy, sekretarki, kucharek, wychowawców, pana złotej rączki, samochodu, kosztów jedzenia i innych produktów podzielonego przez liczbę dzieci. Problem w tym, że jeśli nie było by takich placówek jak DD czy więzienie to tym samym było by większe bezrobocie a więc błędne koło. Wypominanie tego typu kosztów na osobę dzięki której cały sztab ludzi ma pracę, jest delikatnie mówiąc nierozsądne ![]()
"Teraz ci, co marnie zarabiają. Nie powiesz mi chyba, że wielu jest ludzi, którzy chcą pracować cały dzień za grosze? Jeśli to jednak robią, to znaczy że nie umieją niczego, co by było cenne dla innych. [Młody stomatolog na dzień dobry dostaje powyżej 4000 (z umową i wszelkimi świadczeniami). A dumny absolwent gimnazjum może liczyć na 5zł za godzinę przy roznoszeniu ulotek. Bez świadczeń.]"
Artemida, masz blisko 50 lat a takie głupoty wypisujesz.... Mamy kobieto kryzys gospodarczy to raz. Dwa żaden człowiek świeżo po studiach nie będzie tyle zarabiał w życiu, chyba, ze będzie jeszcze pracował na drugi etat czy w inny sposób dorabiał....
Kolejna sprawa w dzisiejszych czasach ciężko jest znaleźć pracę i to nie jest tak, że osoby bezrobotne nie szukają pracy i tylko siedzą na dupie i marudzą, owszem są takie przypadki, ale nie generalizuj. Mamy kryzys gospodarczy, mało tego - dużo osób idzie teraz na studia. Dzisiejsi studenci to nie Ci sami co sprzed 20 lat. Nie ma egzaminów wstępnych na studia, przez co dostaje się każdy i kończy uczciwie albo przy pomocy ściąg też każdy. Papierek ukończenia studiów ma każdy i nie zawsze pokrywa się to z wiedzą...Teraz każdy ma magistra i rynek jest nimi przesycony. Brakuje osób z zawodowym wykształceniem.
I jeszcze odnośnie Twoich słów, że utrzymanie dziecka wynosi MIESIĘCZNIE 5000zł - chyba upadłaś na głowę, tyle miesięcznie nikt nigdy nie wyda na dziecko.
Artemida, masz blisko 50 lat a takie głupoty wypisujesz.... Mamy kobieto kryzys gospodarczy to raz. Dwa żaden człowiek świeżo po studiach nie będzie tyle zarabiał w życiu, chyba, ze będzie jeszcze pracował na drugi etat czy w inny sposób dorabiał....
Och tak... kryzys gospodarczy, jakie to wygodne wytłumaczenie. I o jakim młodym człowieku zaraz po studiach mówisz? 25600 absolwent socjologii pewnie, że nie będzie, ale lekarz, dentysta, prawnik, dobry specjalista po politechnice za kilka lat, a nie kilkadziesiąt będzie miał się całkiem dobrze.
Kolejna sprawa w dzisiejszych czasach ciężko jest znaleźć pracę i to nie jest tak, że osoby bezrobotne nie szukają pracy i tylko siedzą na dupie i marudzą, owszem są takie przypadki, ale nie generalizuj. Mamy kryzys gospodarczy, mało tego - dużo osób idzie teraz na studia. Dzisiejsi studenci to nie Ci sami co sprzed 20 lat. Nie ma egzaminów wstępnych na studia, przez co dostaje się każdy i kończy uczciwie albo przy pomocy ściąg też każdy. Papierek ukończenia studiów ma każdy i nie zawsze pokrywa się to z wiedzą...Teraz każdy ma magistra i rynek jest nimi przesycony. Brakuje osób z zawodowym wykształceniem.
Nie ma pracy tutaj, jest gdzie indziej, trzeba tylko poszukać. To Ty teraz generalizujesz, że nikt nie może pracy znaleźć mimo, że szuka. A co się martwisz o dzisiejszych studentów i o brak egzaminów? Rynek szybko zweryfikuje i już weryfikuje przydatność magistrów. Natomiast jak się idzie na dobre studia i na dobry kierunek to z pracą raczej problemów nie ma. A skoro jest ktoś marnym magistrem, a rynek cierpi na brak zawodowego wykształcenia to sobie taki magister zrobi to zawodowe wykształcenie bardzo szybko. Znaczy zrobi ten co jest zaradny.
I jeszcze odnośnie Twoich słów, że utrzymanie dziecka wynosi MIESIĘCZNIE 5000zł - chyba upadłaś na głowę, tyle miesięcznie nikt nigdy nie wyda na dziecko.
Mówiąc generalnie, masz chyba nikłe pojęcie o utrzymaniu dziecka.
46 2012-10-21 22:01:18 Ostatnio edytowany przez mysza93 (2012-10-21 22:02:52)
mysza93 napisał/a:Artemida, masz blisko 50 lat a takie głupoty wypisujesz.... Mamy kobieto kryzys gospodarczy to raz. Dwa żaden człowiek świeżo po studiach nie będzie tyle zarabiał w życiu, chyba, ze będzie jeszcze pracował na drugi etat czy w inny sposób dorabiał....
Och tak... kryzys gospodarczy, jakie to wygodne wytłumaczenie. I o jakim młodym człowieku zaraz po studiach mówisz? 25600 absolwent socjologii pewnie, że nie będzie, ale lekarz, dentysta, prawnik, dobry specjalista po politechnice za kilka lat, a nie kilkadziesiąt będzie miał się całkiem dobrze.
mysza93 napisał/a:Kolejna sprawa w dzisiejszych czasach ciężko jest znaleźć pracę i to nie jest tak, że osoby bezrobotne nie szukają pracy i tylko siedzą na dupie i marudzą, owszem są takie przypadki, ale nie generalizuj. Mamy kryzys gospodarczy, mało tego - dużo osób idzie teraz na studia. Dzisiejsi studenci to nie Ci sami co sprzed 20 lat. Nie ma egzaminów wstępnych na studia, przez co dostaje się każdy i kończy uczciwie albo przy pomocy ściąg też każdy. Papierek ukończenia studiów ma każdy i nie zawsze pokrywa się to z wiedzą...Teraz każdy ma magistra i rynek jest nimi przesycony. Brakuje osób z zawodowym wykształceniem.
Nie ma pracy tutaj, jest gdzie indziej, trzeba tylko poszukać. To Ty teraz generalizujesz, że nikt nie może pracy znaleźć mimo, że szuka. A co się martwisz o dzisiejszych studentów i o brak egzaminów? Rynek szybko zweryfikuje i już weryfikuje przydatność magistrów. Natomiast jak się idzie na dobre studia i na dobry kierunek to z pracą raczej problemów nie ma. A skoro jest ktoś marnym magistrem, a rynek cierpi na brak zawodowego wykształcenia to sobie taki magister zrobi to zawodowe wykształcenie bardzo szybko. Znaczy zrobi ten co jest zaradny.
mysza93 napisał/a:I jeszcze odnośnie Twoich słów, że utrzymanie dziecka wynosi MIESIĘCZNIE 5000zł - chyba upadłaś na głowę, tyle miesięcznie nikt nigdy nie wyda na dziecko.
Mówiąc generalnie, masz chyba nikłe pojęcie o utrzymaniu dziecka.
Teo - nawet ludzie po tego typu studiach na dzień dobry tyle nie zarabiają - najpierw wyrabiają doświadczenie i z miarę doświadczenia rosną im zarobki. Lekarz, czy prawnik to samo zanim zacznie zarabiać kokosy, najpierw musi udowodnić że jest dobry, wyrobić renomę, jakieś dobre zdanie o sobie, a co do zarobków stomatologów, którzy wg Cb też nie wiadomo ile zarabiają Jogurt już podesłał link.
Inny przykład
Dobry kierunek studiów to też farmacja, czyż nie? A na chwilę obecną sytuacja wygląda tak, że apteki wolą zatrudnić techników farmaceutycznych, bo to "tania siła robocza" niż magistra, bo drożej on wychodzi i dlatego też wbrew pozorom ludzie po farmacji mają ciężko ze znalezieniem pracy w takiej aptece, choć też pracują, bo muszą, gdyż nie wszystkie leki moze wydawać technik, jednak coraz mniej się ich zatrudnia. Można powiedzieć ok, ale są jeszcze firmy farmaceutyczne - a tu sprawa wygląda następująco - w Polsce cała branża farmaceutyczna przeżywa głęboki kryzys, a nie tylko apteki więc do firmy tym bardziej nie wezmą świeżaka po studiach (jeśli już są jakieś ogłoszenia, to z 2letnim doświadczeniem). Badania kliniczne przenoszą się powoli do Bułgarii i Rumunii!!!
I to już obala Twoją teorię o tym, że dobry kierunek studiów gwarantuje świetnie płatną pracę czy w ogóle pracę....
I wracając do tych 5000 tysięcy zł za utrzymanie miesięczne dziecka. Owszem nie mam dziecka i nie mam pojęcia ile może wynosić, jak dla mnie wynosi GÓRA 1000zł miesięcznie, ale dla formalności spytałam się taty o zdanie (bo w końcu tata ma pojęcie, gdyż ma córkę) - po pierwsze powiedział, że ten kto pisze że utrzymanie dziecka może wynosić 5000zł jest niepoważny i dodał jeszcze, ze dla niego to tak 750zł miesięcznie, no góra te 1000zł NIE WIĘCEJ!
Teo - nawet ludzie po tego typu studiach na dzień dobry tyle nie zarabiają - najpierw wyrabiają doświadczenie i z miarę doświadczenia rosną im zarobki. Lekarz, czy prawnik to samo zanim zacznie zarabiać kokosy, najpierw musi udowodnić że jest dobry, wyrobić renomę, jakieś dobre zdanie o sobie, a co do zarobków stomatologów, którzy wg Cb też nie wiadomo ile zarabiają Jogurt już podesłał link.
Tak, doświadczenie, musi być dobry, tak, wiem, ale cały ten proces zajmuje dobrym ludziom w swym fachu rok, dwa, trzy lata, a nie 10 i 20. Znam mnóstwo stomatologów, którzy zarabiają kupę kasy i nie są specjalnie wybitni w swoim fachu i staży też nie są także linki yoghurta mnie nie interesują.
Inny przykład
Dobry kierunek studiów to też farmacja, czyż nie? A na chwilę obecną sytuacja wygląda tak, że apteki wolą zatrudnić techników farmaceutycznych, bo to "tania siła robocza" niż magistra, bo drożej on wychodzi i dlatego też wbrew pozorom ludzie po farmacji mają ciężko ze znalezieniem pracy w takiej aptece, choć też pracują, bo muszą, gdyż nie wszystkie leki moze wydawać technik, jednak coraz mniej się ich zatrudnia. Można powiedzieć ok, ale są jeszcze firmy farmaceutyczne - a tu sprawa wygląda następująco - w Polsce cała branża farmaceutyczna przeżywa głęboki kryzys, a nie tylko apteki więc do firmy tym bardziej nie wezmą świeżaka po studiach (jeśli już są jakieś ogłoszenia, to z 2letnim doświadczeniem). Badania kliniczne przenoszą się powoli do Bułgarii i Rumunii!!!I to już obala Twoją teorię o tym, że dobry kierunek studiów gwarantuje świetnie płatną pracę czy w ogóle pracę....
Ale co obala moją teorię? To, że w lokalnej aptece farmaceuta pracy nie dostanie? To niech jedzie do większego miasta, jak w mieście nie ma, to niech zmieni kraj, unia jest, nie ma granic, wszystko można. Moja koleżanka jest po farmacji, od ręki dostała pracę w tym strasznym, kryzysowym systemie. Sama, bez znajomości.
O utrzymaniu dziecka już pisać nie będę, bo to każdy indywidualnie wykłada ile tam sobie chce.
Nie zasłaniajmy nieudacznictwa, lenistwa i nieporadności życiowej kryzysem i ciężką sytuacją ekonomiczną, bo to jest śmieszne. Kto umie sobie poradzić to sobie poradzi, a kto nie będzie siedział i jęczał, że kryzys.
48 2012-10-21 23:08:46 Ostatnio edytowany przez yoghurt007 (2012-10-21 23:10:16)
Ale co obala moją teorię? To, że w lokalnej aptece farmaceuta pracy nie dostanie? To niech jedzie do większego miasta, jak w mieście nie ma, to niech zmieni kraj, unia jest, nie ma granic, wszystko można. Moja koleżanka jest po farmacji, od ręki dostała pracę w tym strasznym, kryzysowym systemie. Sama, bez znajomości.
Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Mam kilku znajomych po renomowanych kierunkach z renomowanych uczelni. Jeden kończy się doktoryzować, bo nie mógł znaleźć pracy. Drugi pracuje na dwa etaty (jeden w zawodzie). Z obu wyciąga ok średniej krajowej. Trzecia osoba za pracą wyjechała na drugi koniec Polski. Zarabia ok 1,6 tyś na rękę. Mimo, że firma prowadzi badania laboratoryjne zlecane przez firmy z całego świata. Pracodawcy się wycwanili i rzucają jakże popularnym tekstem: "Jak nie pasuje, to tam są drzwi. Na twoje miejsce czeka 10 innych osób". I niestety taka jest prawda bardzo często. Młodzi ludzie godzą się pracować za stawki, które nawet nie pokrywają kosztów utrzymania. Na krótkoterminowych zleceniach. I stąd określenie "umowy śmieciowe". Ale wyjścia za specjalnie nie ma.
Paradoksalnie lepszy stosunek zarobków do kosztów utrzymania jest w mniejszych miastach.
Ale nawet nie licząc tego, w wielu branżach stawki poleciały kosmicznie w dół. Jakieś 8-10 lat temu pracując na umowę zlecenie dostawałem ok 10zł na rękę za jeden, krótki (1-1.5 tyś znaków) tekst na jakiś tam portal www. Dziś, o ile w ogóle płacą to ok 2,5-3zł za tysiąc znaków i jest to kwota brutto. I to też najczęściej autor musi wystawić fakturę lub rachunek. Realnie zostaje jakaś połowa tego. Kiedyś dostawałem i 100-200zł za artykuł wraz ze zdjęciami (wersja do druku). Ostatnim razem to mi nawet gazety z moim artem nie przysłali. W kilku innych branżach widzę podobne spadki jakości płacy i spadek szacunku. Natomiast nie słyszałem o zawodzie w tym czasie, który w sposób proporcjonalny zyskałby na szacunku.
Nie znam nikogo, kto przed 30stką zarabiałby (legalnie) więcej jak średnia krajowa.
Artemida napisał/a:Małe dziecko w domu dziecka to koszt około 5000zł miesięcznie. Później około 3-4 tysięcy. Plus szkoła - około 3000. I wychodzi człowiek nieszczęśliwy, niepozbierany, potrzebujący terapii.
Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego muszę udowadniać oczywistości.
Ja tylko na chwilę bo nie zdzierżę jako były pracownik DD itp placówek.
Te z kosmosu wzięte 5k to Ci wyszło chyba z łącznego kosztu utrzymania domu, pensji dyrektorki, zastępcy, sekretarki, kucharek, wychowawców, pana złotej rączki, samochodu, kosztów jedzenia i innych produktów podzielonego przez liczbę dzieci. Problem w tym, że jeśli nie było by takich placówek jak DD czy więzienie to tym samym było by większe bezrobocie a więc błędne koło. Wypominanie tego typu kosztów na osobę dzięki której cały sztab ludzi ma pracę, jest delikatnie mówiąc nierozsądne
Tak, dokładnie z tego wyszło. Gdyby dzieckiem zajmowała się matka, tych kosztów by nie było. Ona zajmuje się swoim dzieckiem za darmo, 24h na dobę. Gotuje, więc wyżywienie rodzina ma za wsad do kotła, wodę i energię.
[Mysza, zacznij czytać ze zrozumieniem.]
Gdy zaś chodzi o miejsca pracy... No cóż, szkoda, że ekonomia nie jest obowiązkowa.
Jeśli jakaś praca jest potrzebna, jeśli ktoś korzysta z jej owoców, ok. Ale tworzenie miejsc pracy tylko po to, żeby ktoś miał pracę, jest największą brednią o jakiej w życiu słyszałam. Może jeszcze powiesz, że starsi ludzie nie idąc na emeryturę zabierają pracę młodym? Obudź się.
Jeśli nie ma potrzeby zajmowania się porzuconymi dziećmi, to osoby, które nie muszą wykonywać tej pracy mogą załatać dziury w jezdniach, wyprodukować tanie auto, wynaleźć lekarstwo na raka, wykonać zbrojenia kontynentów przeciwko trzęsieniom ziemi, wymyślić sposób bezodpadowej produkcji czegoś-tam i super pomysł na recykling czegoś-tam-innego... Poprawić jakość życia innych ludzi.
Tworzenie miejsc pracy niepotrzebnych jest niepotrzebne. Jak mam Ci to wytłumaczyć? Pomówmy o skali mikro. W domu są do zrobienia różne rzeczy. Jeśli matka uwinie się szybko z wszystkim, przychodzi ojciec i mówi: ojej, jesteś bezrobotna, może byś tak powybierała mak z popiołu? Zaraz Ci pomieszam. Dzieci bezrobotne moje - tu dla was groch z kukurydzą, przebierajcie. Będzie nam od tego lepiej i będziemy bogatsi. Nonsens? Pewnie że tak. Praca bez sensu, praca, z której owoców nikt nie korzysta, jest niepotrzebnym męczeniem się. Praca opiekunów w DD jest potrzebna, bo w DD są dzieci potrzebujące opieki. Ale nie powinno ich tam być. Powinni się nimi zajmować kochający rodzice. I sami powinni je utrzymać.
Bardzo proszę, poczytaj Lema "Pożytek ze smoka". Lem był geniuszem. Ja tak pięknie nie wyjaśnię.
A może przemówi do Ciebie taki przykład: gdybyśmy zrezygnowali z telefonów, byłoby bardzo dużo miejsc pracy dla posłańców. I szewców, bo butów by posłańcy więcej zdzierali. Nikt przy zdrowych zmysłach nie radzi jednak pozbyć się komórek. Nie ma miejsc pracy dla posłańców, ale są dla tych, co budują maszty, produkują komórki i zasilacze, sprzedają te cuda, siedzą w infoliniach, kładą kable do stacjonarnych itp. itd. Są miejsca pracy dla ludzi w każdej większej firmie pracujących na infolinii.
Dopóki każdy człowiek na Ziemi nie ma: extra domu z wyposażeniem, super auta, sprzętów domowych, odzieży... Itd. nie ma mowy o tym, że dla kogoś nie ma pracy. Może być kłopot z wynagrodzeniem za tę pracę. Skąd kłopot? Człowiek nie dysponuje większością pieniędzy, które wypracował. Zagarniają je urzędnicy i dzielą "po uważaniu". Uważają, że potrzebny jest most w miejscowości A, tam powstaje most (ha, nawet jest napisane, że to za unijne środki). Za podatki zabrane także z miejscowości B, C i D. Uważają, że potrzebna przychodnia w miejscowości C, powstaje w miejscowości C, za podatki zabrane... itd. A może ludzie z miejscowości B, C i D zamiast fundować most w A woleliby mieć u siebie szkołę? Przychodnię? Kino? Może w A wystarczy kładka dla pieszych, a most się nie opłaca? Nie wiemy. Nie wiedzą tego urzędnicy. Wiedzą przedsiębiorcy. Liczą i wiedzą. Jeśli źle trafiają, bankrutują. A to ich szybko uczy. Wiesz, jakie jest najwrażliwsze miejsce na ciele człowieka? Portfel. Urzędnicy nie mają szansy nauczyć się niczego, BO NIGDY NIE PONOSZĄ KONSEKWENCJI SWOICH BŁĘDNYCH DECYZJI. Doprowadzą firmę do bankructwa, zrujnują komuś życie, on umrze i koniec. Albo przeżyje, odwoła się i zapłacimy my wszyscy, wszyscy podatnicy. Urzędnik, który go zniszczył, żyje spokojnie dalej.
Rynek uregulowałby te wszystkie sprawy momentalnie. Ale wtedy urzędnicy nie mieliby swojej ukochanej władzy i kasy...
No i w tym momencie zaprzeczasz samej sobie i niepotrzebnie się produkujesz. Nie ma miejsc pracy całkowicie niepotrzebnych i zawsze jest tak, że moje zyski są zyskami kogoś innego. Jak ja będę zarabiał za mało albo prawie wcale to przestanę np jeść czasem na mieście, chodzić do kina, wydawać pieniądze na rzeczy bez których przeżyję, tym samym zyski w miejscach pracy tych potrzebnych wg Ciebie zmaleją. Do czego to doprowadzi jeśli takich osób na danym obszarze będzie za dużo to chyba wiesz. Na tej samej zasadzie możemy sobie mówić, że np Policja jest niepotrzebna bo ludzie nie powinni popełniać przestępstw albo powinni sami umieć się obronić. Z posłańcami też nietrafiony przykład, o ile mi wiadomo Poczta nadal jeszcze jakoś funkcjonuje w tym kraju, są też drożsi i szybsi kurierzy, nikt nie broni korzystać. Szefców nie potrzeba bo buty już nie takie, żeby chcieć je naprawiać i nie kosztują tyle co kiedyś, jest ich też za dużo do wyboru żeby chcieć w jednych parę lat biegać
Pieniądze z miejsc pracy nawet tych tworzonych Twoim zdaniem na siłę i tak trafiają spowrotem do Państwa, przejmuj się raczej bardziej koncernami czy marketami z zagranicy o których już wyżej napisano, i które to płacą szeregowym polskim pracownikom grosze a to co zaoszczędzą na polskim murzynie, wyprowadzają poza nasz kraj.
Nie ma miejsc pracy całkowicie niepotrzebnych
Owszem, są. Gdyby był całkowicie wolny rynek, to byśmy wiedzieli co jest potrzebne a co nie. Ale są ograniczenia. I ten, kto robi coś ZA CO LUDZIE CHCĄ PŁACIĆ, płaci wielkie podatki, z których utrzymuje się tego, co nie robi nic (bezrobotny) albo przeszkadza w pracy (znaczna część urzędników).
Jak ja będę zarabiał za mało albo prawie wcale to przestanę np jeść czasem na mieście, chodzić do kina, wydawać pieniądze na rzeczy bez których przeżyję, tym samym zyski w miejscach pracy tych potrzebnych wg Ciebie zmaleją.
Jak mnie nikt nie będzie zmuszał do kupowania czegoś, czego nie chcę, to kupię sobie to, co chcę. Za te same pieniądze. I wtedy utrzymam innych, bez Twojego "pośrednictwa". Bo to ja sobie pójdę do kina, nie Ty. A jeśli MUSZĘ kupować coś, czego nie chcę... Jeśli robisz coś, czego nie chcę, a ja muszę za to płacić, to jakość mojego życia jest niższa. A jakość Twojego wyższa, choć robisz coś zupełnie niepotrzebnego.
Zaradność to związek z rzeczywistością. To tworzenie czegoś, czego inni pragną.
W warunkach wolnego rynku kto produkuje niedobry chleb, brzydkie ubrania, śpiwory z papieru i trocin, inne rzeczy, których nikt nie chce - ten bankrutuje. Jego zasoby (budynki, maszyny) są sprzedane temu, kto produkuje dobry chleb, ładne ubrania i w ogóle rzeczy potrzebne. A ten, co zbankrutował, ma szansę się nauczyć, zacząć od nowa i robić to, co potrzebne innym.
Czy tak trudno zrozumieć, że zasoby (czas, surowce) SĄ OGRANICZONE? Czy tak trudno zrozumieć, że robienie z nich czegoś zbędnego jest ich MARNOWANIEM? Czy tak trudno zrozumieć, że im więcej marnujemy, tym mniej mamy?
Przykład:
Gdy w domu jest tylko 1 kg mąki i 1 kg soli i odrobina oleju, można zrobić różne rzeczy. Można rozbełtać mąkę z wodą, lekko osolić i usmażyć coś w rodzaju naleśników. Można zrobić solne ciasto, ulepić z niego coś (serduszka na Walentynki, Aniołki na choinkę) i sprzedać, za otrzymane pieniądze kupić jedzenie, można ugotować zupę albo kluski (bardzo biedne to i postne, ale gorsze rzeczy ludzie jedli). Nieważne, nie o tym chciałam.
Nie wiadomo co wybierze biedna kobieta. Jeśli święta blisko, to może faktycznie ciasto solne i wyroby z niego. Zwłaszcza, gdy rodzinę już nakarmiła, umie sprzedawać i wie, że jest zbyt na drobiazgi. Ale jeśli wszyscy są sakramencko głodni, nikt nie umie ulepić ładnych figurek, nie ma czasu na lepienie i sprzedawanie, jest pora kolacji, a jutro będzie pensja - jasne, że zrobi jakieś jedzenie. Ale nie wysypie mąki przez okno ani nie spuści jej w klozecie. Nie będzie też marnowała czasu, bo trzeba szybko mąkę wykorzystać.
Ekonomia zajmuje się właśnie wykorzystaniem zasobów. Okazuje się, że trzeba mieć wyobraźnię. Wyobrazić sobie różne warianty i o nich pamiętać decydując. Bo realizujemy jeden, a tym samym NIE REALIZUJEMY ŻADNEGO ZE 100 CZY Z 1000 INNYCH.
Dlaczego wolny rynek jest skuteczny? Dlaczego ludziom żyje się lepiej niż przy ograniczeniach? Bo każdy jest inny. Każdy realizuje swoje pomysły a są ich tysiące. Rząd, urzędnicy, nie mają takiej wyobraźni jak 38 milionów ludzi. Kto chce zarobić musi się zainteresować innymi, ich potrzebami i znaleźć sposób zaspokajania tych potrzeb lepszy niż konkurenci. A oni nie śpią. Jest rozwój, z czego korzysta klient, konsument. Wszyscy jesteśmy konsumentami. Produkujemy jedną rzecz, konsumujemy tysiące. Co jest dla nas lepsze? Gdy rynek zabiega o konsumentów.
52 2012-10-22 02:36:13 Ostatnio edytowany przez yoghurt007 (2012-10-22 02:45:30)
Ale tworzenie miejsc pracy tylko po to, żeby ktoś miał pracę, jest największą brednią o jakiej w życiu słyszałam. Może jeszcze powiesz, że starsi ludzie nie idąc na emeryturę zabierają pracę młodym? Obudź się.
Te, pani "ekonomistko" sama się obudź. To normalna praktyka na świecie. Myślisz dlaczego tylu urzędników nam się w kraju zrobiło? Myślisz, że dlaczego choćby takie NSR ruszyło akurat w czasie kryzysu (a jeszcze 2-3 lata przed utworzeniem nikt o tym cudzie nie myślał). Zredukowano ilość wojska, a zwiększono biurokrację, bo gospodarka nie poradziłaby sobie z taką ilością ludzi. I tak jest problem z dużym bezrobociem - nawet w czasach prosperity. Takie pozorne ruchy to najprostszy sposób na ukrywanie realnego bezrobocia.
I tak - nie idąc na emeryturę starzy ludzie blokują możliwość awansu młodym. Tu akurat znam kilka przykładów z życia - i nie z firm państwowych, ale właśnie prywatnych. Liczba miejsc pracy jest ograniczona i mniejsza niż ilość osób zdolnych do pracy. Nie odwrotnie.
Rynek uregulowałby te wszystkie sprawy momentalnie. Ale wtedy urzędnicy nie mieliby swojej ukochanej władzy i kasy...
Długie lata Amerykanie byli wielbicielami teorii, że wolny rynek najlepiej sobie poradzi i w ogóle jego kontrolowanie to jakiś nonsens. Wszystko fajnie cacy, ale jak się okazało, że prowadzi to ich gospodarkę w przepaść, to szybko wprowadzili regulacje o jakich nam się nie śniło. Ale jednocześnie to właśnie ci sami biurokraci ową gospodarkę stymulują najlepiej. Po pierwsze zamówieniami rządowymi dla wszelkiego rodzaju służb (a to są grube miliardy - nawet w biednej Polsce w przypadku samego jedynie wojska to ok 100 miliardów zł w ciągu 10 lat), a po drugie glejtami dla ludzi, którzy otwierają firmy, że jak im biznes nie wypali to rząd USA spłaci kredyt.
Podobnie u nas dotacje unijne - czy to dla przedsiębiorców, czy rolników. Pięknie nam się dzięki temu wschód Polski rozwija.
W warunkach wolnego rynku kto produkuje niedobry chleb, brzydkie ubrania, śpiwory z papieru i trocin, inne rzeczy, których nikt nie chce - ten bankrutuje. Jego zasoby (budynki, maszyny) są sprzedane temu, kto produkuje dobry chleb, ładne ubrania i w ogóle rzeczy potrzebne. A ten, co zbankrutował, ma szansę się nauczyć, zacząć od nowa i robić to, co potrzebne innym.
Gdyby tak było to nikt by nie produkował w Chinach tej badziewnej tandety. Ale produkują. I teraz się głowią w każdym kraju jakie by dać ograniczenia, aby w Chinach jednak nie produkować. Jak myślisz - czemu? Bo nie rządzi jakość, ale cena. Stąd przekręty, stąd oszustwa i stąd niska jakość (a często połączona ze szkodliwością). I gdyby nie ci urzędnicy i ich regulacje, to dalej jeździłabyś samochodem bez pasów bezpieczeństwa z klockami hamulcowymi z azbestu....
Atemida, masz rację źle przeczytałam te zdanie o tych 5000zł, ale jestem chora i mam temperaturę...
A co do całej reszty chciałam się rozpisać, ale widzę, że Jogurt i Pua84 mnie uprzedzili i w pełni się z nimi zgadzam.
Ludzie, może załóżcie osobny wątek o sytuacji ekonomicznej młodego pokolenia i możliwościach zakładania przez nich rodziny lub ich braku...? Dawno już zboczyliście poza temat, który poruszył ethics, nie mówiąc już o tym, że rozmawiacie w totalnym oderwaniu od jego partykularnej sytuacji...
Ja już przestałem czytać ten wątek od kiedy zboczył na jakiś inny temat i jest konwersacją 2-3 osób ze sobą.
Jestem zmuszona upomnieć offtopowiczów, by przenieśli swoją dyskusję na drogę mailową. Kolejne posty niezwiązane bezpośrednio z tematem wątku będą usuwane.
Ja już przestałem czytać ten wątek od kiedy zboczył na jakiś inny temat i jest konwersacją 2-3 osób ze sobą.
A co u Ciebie? Jakieś zmiany... choćby małe? ![]()
58 2012-10-22 14:36:55 Ostatnio edytowany przez mortisha (2012-10-22 14:46:49)
a) ktoś kto nie jest ambitny i stoi w miejscu,
b) ktoś kogo należy prowadzić za rękę przez życie,
c) ktoś na kogo nie można liczyć finansowo,
d) ktoś kogo nie widzieliście w roli przyszłej "głowy rodziny".
a- czlowiek ktory sie nie rozwija,inie idzie na przód,tylko stoi w miejscu bo mu tak wygodniej jest tchórzem,lub leniem patentowym
b- nie jestem jego mamusią aby nianczyc ciamajde.Musze miec wsparcie i oparcie,a nie jeszcze dodatkowe dziecko mi na glowie.Facet nie przystosowany do zycia musi jak najszybciej sie zmienić, bo nikt z nim cackać sie nie bedzie
c- nie mam zamiaru byc sponsorką i miec na glowie utrzymanka ,cenie sobie zaradność i niezalezność
d- głowa rodziny to za duizo powiedziane, bo nie jestem za tym aby tylko facet podejmowal kluczowe decyzje i mial ostatnie zdanie,ale musi byc moim partnerem który równiez cos daje od siebie,wnosi do zycia rodzinnego i wraz ze mną konsultuje sie w jakis sprawach i nawzajem.
Musi byc zgranie, wspólpraca aby zgodnie zyc pod jednym dachem.Zespół to podstawa a wszystkow pojedynke załatwiać
Wiec wszystkie cechy ktore autorko wymieniłaś, jawnie skreslają takiego faceta z moich podstawowych wymogów jakimi sie kieruje
Mysle ze te cechy ktore wymieniłas autorko jest to kwestia wychowania co teraz odbijają sie w doroslym zyciu w postaci niezaradnosci życiowej
Wygodnictwo,od dziecka wyreczanie we wszystkim, efekt szklarniowego dziecka i i mamy efekty
A co u Ciebie? Jakieś zmiany... choćby małe?
O zmianach tutaj mówić nie można. Rozmawialiśmy dużo (dużo emocji) i zgadzamy się w każdej kwestii. Nie wiem tylko czy ona to mówi szczerze czy może mówi to co chcę usłyszeć. Może i mówi szczerze ale nie potrafi nic w swoim życiu zmienić. Myślę, że czas tutaj gra decydującą rolę. Pozostaje mi jedynie oczekiwać. Jeśli jednak nic się nie zmieni za jakiś czas w tej kwestii to już czwarta rozmowa się nie odbędzie na ten temat.
Uprzejma prośba do Moderatorek a właściwie pytanie; czy ja muszę na Forum Kobiet znosić chamstwo w rodzaju: te, obudź się. To już naprawdę przesada. Jeśli w poście nie ma wulgaryzmów, ale jest elementarny brak kultury, ktoś odnosi się do mnie niegrzecznie, to w porządku?
Bezspornie w dyskusjach nie ma miejsca na obraźliwe wypowiedzi i atakowanie rozmówców, więc proszę wszystkich o zachowanie kultury i - ponownie - nieodbieganie od tematu.
Przeczytałem ten wątek i widzę tylko jedno rozwiązanie tego problemu. Patrząc na nasze społeczeństwo jest nas tak mniej więcej 50/50 więc proponuje, żeby kobiety przydzielić do pracy w miejscu gdzie sprawdzają się najlepiej czyli DOM, wprowadzić totalny zakaz zatrudniania kobiet w urzędach, kierowniczych stanowiskach, marketach, po prostu wszędzie. Tym samym kobiety nie będą musiały się przejmować o "niezaradnych facetów" bo każdy znajdzie pracę i będzie zarabiał, a podejrzewam, że nawet będzie więcej miejsc pracy niż facetów
- faceci się nie rozpraszają w pracy jak nie ma kobiet
- nie będzie romansów (chyba że gejowskie)
- zdobywania stanowisk przez łóżko (chyba że geje)
- histeryzowania z byle powodu
- niedomówień dzięki temu, faceci nie mają z zmysłu "domyślam się tego czego nie ma"
- brak urlopu macierzyńskiego cóż nie my rodzimy
To tak trochę żartem, ale od zawsze facet utrzymywał rodzinę w dzisiejszych czasach "równouprawnienia" zabiera się nam tą rolę mało tego coraz częściej jesteśmy spychani do stricte fizycznej/wyrobniczej roboty gdzie po prostu nie ma miejsca dla kobiet z powodu warunków, które panują w takiej pracy. Za to nie rozumiem co kobieta robi w straży czy wojsku jak dla mnie to wielkie NO NO i powinno się jak najszybciej to wyprostować. Ale odbiegając już od tego proponuje spojrzeć na ten temat z innej strony skoro kiedyś facet utrzymywał rodzinę i było OK to czemu skoro mamy równouprawnienie nie może być odwrotnie skoro kobieta zarabia lepiej i jest w stanie utrzymać rodzinę to niech pracuje i nie nazywa faceta niezdarnym czy niezaradnym. My nie nazywaliśmy nigdy kobiet darmozjadami mimo, że to do tej pory i nadal w większości na nas spoczywał ten obowiązek. Jak trafi się już jakiś i powie, że dziewczyna nie ma ambicji i nic nie robi to objechany jak pies z dopiskiem "utrzymanie domu to też ciężka praca".
Więc w czym problem oburzacie się panie, że zarabiacie lepiej od faceta i pracujecie na niego my przez ładnych naście wieków to robimy i nikt nie narzeka, a wam raptem niecałe 100lat wystarczyło żeby zacząć marudzić, może jednak zrezygnujcie z tego równouprawnienia i niech będzie po staremu co?
63 2012-10-23 12:45:35 Ostatnio edytowany przez mortisha (2012-10-23 13:01:11)
wiesniakKiedy kiedys tylko facet utrzymywal rodzine dla jednych bylo ok, dla drugich nie bylo ok.Wiesniaku nie wiem z jakiego rocznika jestes ale śmiem stwierdzić że nie wychowales sie w latach 60-czy 70
Moj ojciec jak i matka równo pracowali, zajmowali wysokie powazane stanowiska,bez użalania sie nad sobą,a nie że któres z nich latami siedzialo w domu przy garach i plodząc ile sie da,i nie rozwijając sie zawodowo,tylko w polu i przy dzieciach.
To nie bylo ok, dla ciebie może i tak, dla mnie jak i dla mojej rodziny nie, wiec mimo że wczesniej panowal taki model polityki rodzinnej, nasza rodzina odbiegala od tego i ojciec jak i matka zawodowo sie rozwijali,przez to do dnia dzisiejszego mają wysokie osiagniecia i kwalifikacje.W atpie aby mama po 20 latach siedzenia w domu zaszla tak daleko
I tak,dla mnie czy to facet czy kobieta ktora zalicza sie do powyzszych kryteriów autorki jest nie zaradna/ny czy niezdarna/ny, darmnozjadem ,utrzymankiem czy tez fajtłapa zyciową.Nie mam tu na mysli,kiedy matka jakis okres czasu z malym dzieckiem sie opiekuje.I nie zaprzeczaj, bo rowniez faceci pracujący nazywali swoje kobiety darmozjadami,juz nie celebruj tamtych czasow.Utrzymanie domu to obowiązek dwóch stron,nie tylko jednej,tak samo jak dbanie o dom
Świat jest brutalny i nikt nikogo nie bedzie rozpieszczal czy sie cackal jak z dzieckiem, i taka prawda. Funkcjonowanie w spoleczenstwie, utrzymanie sie aby nie siedziec na czyjes glowie polega na metodzie kija a nie marchewki, nie ma litosci.
Witaj w doroslym zyciu, etap szklarniowego dziecka sie skonczył
W czaach "równouprawnienia" zabiera wam sie ta role utrzymania rodziny jako jedyny zywiciel? oj ojj jooj, nie buchnij placzem,bo ja sie akurat z tego bardzo cieze i zdecydowanie wole aby rodzina byla na utrzymaniu z dwoch zywicieli rodziny niz jednego ,co w prawdzie jedyny zywiciel rodziny zwłaszcza w dzisiejszych czasach nie jest wstanie odpowiednio utrzymac domu jesli zarabia tą minimalną albo przecietna, i nie szerzmy patologi, gdzie do zapomogi z opieki ustawiają sie kilometrowe kolejki,wlasnie poprzez system gdzie tylko jedna os. pracuje lub zadna.
I w gwoli scislosci,nie zabardzo chyba wiesz na czym polega rownouprawnienie bo calkowicie twoj tok mysleni odbiega od rzeczywistego schematu.Opiera sie na podziale a nie na zamianie ,tak aby nie bylo wszystkiego tylko na jednej glowie
Aktualnie wyżycie z jednej pensji to jest za mało,a tym bardziej jak jeszcze są dzieci i to szkolne to tym bardziej,no chyba ze dla ciebie to normalka latac co miesiąc do mopsu o zapomoge , bo dla mnie nie, i wolalabym aby druga strona ruszyla swoj szanowny tylek i zmiast prosic sie panstwa ,poszla gdzies do roboty.
I mówie w tym wypadku o księciu ,ktory woli byc utrzymankiem swojej kobiety,bo tak go mamunia nauczyła będąc słuzebnicą swojego meżula
Kiedyś facet utrzymywał rodzinę i "powiedzmy że było ok", nikt nie pytał kobiet o zdanie
Ale niech tak będzie, faceci utrzymywali dom to dlaczego teraz nie może być odwrotnie?? Może jasne, tylko niech będzie na serio odwrotnie. Ja kobieta idę zarabiać pieniądze a ty mężczyzno w tym czasie; zajmij się wszystkimi domowymi obowiązkami, dziećmi, ładnie wyglądaj, kiedy przyjdę z pracy podaj obiadek zapytaj jak było, wspieraj...
Problem w tym, że dzisiejsze równouprawnieni nie polega na zamianie ról, ale na dzieleniu wszelkich obowiązków: oboje pracujemy, oboje zajmujemy się domem, oboje wychowujemy dzieci...
Jest jeszcze jedna kwestia, facet nigdy nie urodzi dziecka, kiedy kobieta zachodzi w ciąże,później poród i wychowawczy, tu jest potrzebny zaradny partner, który w tym okresie zarobić na rodzinę.
Przeczytałem ten wątek i widzę tylko jedno rozwiązanie tego problemu. Patrząc na nasze społeczeństwo jest nas tak mniej więcej 50/50 więc proponuje, żeby kobiety przydzielić do pracy w miejscu gdzie sprawdzają się najlepiej czyli DOM, wprowadzić totalny zakaz zatrudniania kobiet w urzędach, kierowniczych stanowiskach, marketach, po prostu wszędzie. Tym samym kobiety nie będą musiały się przejmować o "niezaradnych facetów" bo każdy znajdzie pracę i będzie zarabiał, a podejrzewam, że nawet będzie więcej miejsc pracy niż facetów
- faceci się nie rozpraszają w pracy jak nie ma kobiet
- nie będzie romansów (chyba że gejowskie)
- zdobywania stanowisk przez łóżko (chyba że geje)
- histeryzowania z byle powodu
- niedomówień dzięki temu, faceci nie mają z zmysłu "domyślam się tego czego nie ma"
- brak urlopu macierzyńskiego cóż nie my rodzimyTo tak trochę żartem, ale od zawsze facet utrzymywał rodzinę w dzisiejszych czasach "równouprawnienia" zabiera się nam tą rolę mało tego coraz częściej jesteśmy spychani do stricte fizycznej/wyrobniczej roboty gdzie po prostu nie ma miejsca dla kobiet z powodu warunków, które panują w takiej pracy. Za to nie rozumiem co kobieta robi w straży czy wojsku jak dla mnie to wielkie NO NO i powinno się jak najszybciej to wyprostować. Ale odbiegając już od tego proponuje spojrzeć na ten temat z innej strony skoro kiedyś facet utrzymywał rodzinę i było OK to czemu skoro mamy równouprawnienie nie może być odwrotnie skoro kobieta zarabia lepiej i jest w stanie utrzymać rodzinę to niech pracuje i nie nazywa faceta niezdarnym czy niezaradnym. My nie nazywaliśmy nigdy kobiet darmozjadami mimo, że to do tej pory i nadal w większości na nas spoczywał ten obowiązek. Jak trafi się już jakiś i powie, że dziewczyna nie ma ambicji i nic nie robi to objechany jak pies z dopiskiem "utrzymanie domu to też ciężka praca".
Więc w czym problem oburzacie się panie, że zarabiacie lepiej od faceta i pracujecie na niego my przez ładnych naście wieków to robimy i nikt nie narzeka, a wam raptem niecałe 100lat wystarczyło żeby zacząć marudzić, może jednak zrezygnujcie z tego równouprawnienia i niech będzie po staremu co?
Swanen - nie w tym, ale i w innych wątkach. Prześledź posty Artemidy to się przekonasz.
Poza tym - jak już to mówiłem - nie można zarzucić nieporadności osobie, która nic nie robi, a wszystko ma i nie narzeka. To jest lenistwo i wygodnictwo, bo taka osoba otacza się ludxmi, którzy wszystko wykonają za nią. To są bardzo zaradni i sprytni ludzie wbrew pozorom. Niezaradni to jedynie tacy, którzy nic nie mają, są niezadowoleni, a nie potrafią/nie chcą tego zmienić. A takich to jest jedynie garstka.
To znaczy, ze jak taki niezaradny zdazy sie ozenic i potem owa zona bedzie ponosic koszty i trudy zycia to ow niezaradny stanie sie sprytny i zaradny zyciowo, bo ma oplacone mieszkanie, jedzenie, itp.?
Mam w rodzinie takiego typa, jak maz opisany przez Artemide. Zgadza sie wszystko, lacznie z podcinaniem skrzydel ludziom dookola, krytykowaniem wszystkiego i wszystkich. On zawsze wie co kto powinien zrobic, zawsze zdazy skrytykowac to, co ktos zrobi ale sam nie robi nic, kiedys robil 'wspaniale' biznesy, ktore przynosily jedynie dlugi, ale to przez innych ludzi, niesolidnych wspolnikow, et. Teraz juz ich nie robi, bo jest stary, ale nie madrzejszy. Nie mozna na nim polegac w najmniejszej sprawie, ale jesli te sprawe zalatwi ktos inny, to na pewno skrytykuje sposob jej zalatwienia. No i nie mozna wyrazic chocby cienia krytyki, bo dostaje szalu - takie monstrualnie rozdete ego, odwrotnie proporcjonalne to osiagniec w zyciu. Ale zyje, bo zona jest inna i ona ponosi od dawna glowny ciezar utrzymania domui radzenia sobie ze wszystkim .
Czyli co, facet jest zaradny zyciowo, choct a sytuacja nie wynikla z jego oportunizmu tylko z jego nieudacznictwa?.