no ja się zastanawiam, jakiego zadośćuczynienia potrzebuję
wiem.. powinnam skopac mu zycie i wypłakać się jego matce..
do końca zycia by mu nie wybaczyła.. złamalaby jej ta informacja serce...
czy to byłoby wystarczające zadośćuczynienie??
albo powiem mu, że ma mnie zawieśc pod dom suczy i poczekać w samochodzie, bo ja muszę z nia porozmnawiać....
to by było takie wrzucenie mu ogienka do bucików i obserwowanie jak mu piętki płoną..
tylko że to by oznaczało, że zechciałabym emocjami, które mną targają obrzucić innych - a niech płoną
ale to nie jest zadośćuczynienie
'to jest zemsta
ja nie wyobrażam sobie, jakiego zadośćuczynienia potrzebowałabym..
jesli to, że jest przy mnie, że akceptuje moje emocje, moje żale, bóle, że o mnie dba, że spaja nasza rodzinę, że przetrzymuje okresy, w których się oddalam i wtedy zastępuje naszemu synowi i matkę i ojca, jesli akceptuje moje wszelakie metody ucieczkowe, strachy na lachy i ciągłe ładowanie mojego własnego worka korzyści, troski i egoizmu - tylko dla mnie ...
to co jeszcze mógłby zrobić??
może powinnam iśc z kimś do łozka i powiedzieć mu - to nic nie znaczyło, nie jest warte żadnych twoich emocji, nic mu nie obiecywałam, to ciebie nie dotyczyło, nie musisz się tym przejmować - i JESTEŚMY KWITA??
nie może zadośćuczynić mi żadnym uczynkiem i działaniem tego, że nie potrafię kochać, że brakuje mi mojej własnej miłości, że przeszkadza mi mój egoizm, że żałuję, że jestem taka jaka jestem, że mój cynizm, racjonalizm i brak wiary wcale nie są niczym dobrym, że to, czego sie nauczyłam przez tę zdradę nie jest tym, czego się chciałam nauczyć,...
\że moja pogarda dla mężczyzn, partnerów moich koleżanek jest tak naprawdę dokładnie tym, co odczuwam do mojego męża- wierząc teraz, że żaden facet nie jest warty wiary, miłości i zaufania,
że moja wiara w kobiety, w solidarność jajników legła w gruzach i jestem oburzona, że kobiety (co najmniej jedna sucz) okazały się tak samo głupie i tępe jak faceci...
że z ta pogardą nie umiem sobie poradzić, bo to też pogarda dla moich uczuć i mojej wiary i miłości - wyrażona przez mojego męża w akcie zdrady,, i wyrażona przeze mnie w akcie kompromisu i zgody na to, aby ochłap, jaki zechciał rzucić mi mój mąz okazując skruche i żal, ma mi wystarczyć za wiarę i zaufanie, które kiedyś miałam..
że mnie nie zrani.. bo mnie kocha
i to wewnętrzne przekonanie, że jak kocha, to nie rani, istnieje u podnóża wszystkich moich ,życiowych wyborów
więc cokolwiek zrobi, powie, uczyni, zadeklaruje mój mąż.. to ja pozostaję z wewnętrznym, głębokim, mocnym, podświadomym przekonaniem - zranił.. a więc mnie nie kocha..
bo przeciez zrobił to świadomie, pomny konsekwencji i faktów
wiedział co robi, wiedział dlaczego
ON WYBRAŁ
i ja nad tym nie potrafie przejśc do porzadku dziennego i tego mi nie zadośćuczyni...