Witam wszystkich.
Nazywam sie Paula i na samym pocztaku dodam, ze sama nie wierze w to co robie piszac tutaj, gdyz nigdy nie dzielilam sie swoimi problemami.. lecz cos mnie podkusilo, zapewne atmosfera tutaj:) Odrazu powiem, ze napisze dluugi post.
Jestem w zwiazku od 4,5 roku. Milosc od pierwszego wejrzenia, filmowa relacja. Moj mezczyzna cieply, kochajacy, wspierajacy. Wszystko zaczelo sie sypac po ok 2 latach. Rozterki mojego partnera na temat zycia, jego monotonii, poczucie beznadziejnosci -cios dla kobiety. Wiec wspieralam, rozmawialam, pomagalam. Lecz nie pomagalo. Rzadko kiedy dalo sie rozmawiac. Zamyka sie w sobie i milczy godzinami. Po dwoch latach nagle, z dnia na dzien koniec kontaktu. Na sile sie z nim spotkalam, uslyszalam ,,wypalilo sie''. Moje zycie spadlo na najnizszy level. Zalamalam sie. Zabolalo to, ze niby z dnia na dzien przestal kochac. Trwalo to pol roku. Nagle sie odezwal. Jak sie wszyscy domyslaja na kolanach. ,,Bylem glupi'',,wybacz mi'',,Jestes miloscia mojego zycia, pogubilem sie'',,daj mi szanse''. I dalam. Wielki powrot i lzy ze szczescia kiedy czulam znow jeg zapach. Bylo cudownie. Problem byl jedynie w mojej rodzinie, ktora po tym co zrobil nie akceptowala go.
Wazne jest abym napisala, ze ja i on pochodzimy z innych swiatow. Ja bardzo duzo przezylam w dziecinstwie, mam mnostwo doswiadczen, obrazow zwiazanych glownie z moim ojcem i cierpieniem matki, on zas od zawsze cudowny dom, pelen milosci i brak problemow. To budowalo ogromne roznice i nieporozumienia. Jestem z tych osob, ktore jak kochaja to raz, oczekuja wsparcia, od zawsze pragnelam zbudowac z nim rodzine, dac wszystko co mam. On mial wahania. Raz pragnal tego samego, potem mowil, ze chce abysmy korzystali z zycia. Chcial miec ze mna dziecko, a potem mowil, ze czuje presje. Zaczelam sie gubic. Wiem, ze jest dobrym czlowiekiem, znam go. Lecz nie wiem co mysli i to mnie dobija.
Popada w stany depresyjne, w ktorych mowi o rozstaniu i o tym, ze kocha mnie, ale wie, ze nie da mi szczescia, bo ja potrzebuje czegos innego, ale jednoczesnie nie chce odchodzic. Uwaza, ze wszyscy sie rozwijaja, a on stoi w miejscu, lecz kiedy staram sie go popchanac do przodu, mowi mi ze nie jest na to gotowy. Staralam sie zawsze dawac mu wszystko co mam, w koncu wie, ze dalam mu cala siebie i zrobilabym wszystko dla naszego szczescia.
Aktualnie jest problem od miesiaca, ktore staje sie coraz wiekszy i wiem, ze zaraz wybuchnie. Mielismy sie wyprowadzic, lecz stwierdzil, ze on narazie nie jest chyba na to wszystko gotowy. Zabolalo mnie bardzo, bo zna moja sytuacje i wie, ze musze odejsc z domu, aby bylo mi lepiej. Wiem rowniez, ze nie radzi sobie z moja rodzina, z tym jaki wplyw na mnie wywiera. Boi sie tego wszystkiego.
Teraz sie nie odzywa. Udaje ze jest chory, a jest w pracy i takie dziecinady. Jest niemily, chlodny i boje sie, ze to jest to samo co bylo 2 lata temu, czyli chce odejsc. Jak sie go zapytalam, czy tego chce powiedzial ,,nie''. Jeszcze dwa dni temu wynawal mi milosc, kochal nade wszystko, a dzis nie chce mnie widziec.
Wiem, ze byc moze czul presje, lecz trudno mi, bo on nie rozumie, ze ja nie chce go do niczego zmuszac, ale niech powie co mysli. Jest potwornie rozchwiany, sam nie wie czego chce, a ja wiem, ze chce tylko jego i okropnie mnie to wszystko boli.
Wszysy mi zawsze potwarzali, ze nie ma takiej pary jak my, ze kochamy sie nad zycie, dlatego nie sadze abym sobie wmawiala to.
Uwazacie, ze mozna udawac milosc?
Boje sie rozstania, bo wiem jak to jest bez niego. Nie chce cierpiec. Nie po to zaufalam w to, ze sie uda.
Nie wiem co mam robic...