Parą byliśmy rok czasu... Był to bardzo intensywny związek, wiele spięć, różnice charakterów i poglądów, jednak zależało nam na sobie. Była między nami silna chemia. Wspólne plany na przyszłość, w przyszłym roku zaręczyny, potem ślub, dzieci.
Zapewniał, ze jestem najlepszym co go spotkało w życiu.
W kwietniu, mój chłopak postanowił wyjechać w wakacje za granicę ( zarobić trochę pieniędzy, spłacić długi). Miał to być wyjazd na góra 3-4 miesiące. Twierdził, ze musi wracać do PL, ze względu na mnie, studia itd. Nie było to dla mnie przeszkodą, 3 miesiące rozłąki to niewiele a nawet planowałam pojechać do niego na 2-tygodniowy urlop.
Od czerwca zaczęło się coś psuć, czułam, że zaczyna mnie odtrącać i ochładzać relacje (tłumaczył to przepracowaniem, sesją, egzaminami), aby pod koniec czerwca oznajmić mi ze zrywa, bo nie kocha, nie chce ze mną być i wyjeżdża na dłużej(przynajmniej rok), a wcześniej tylko oszukiwał mnie, że wyjazd będzie krótki, abym nie miała żalu i pretensji.
Nie mogłam zrozumieć jak to możliwe, ze tydzień wcześniej zapewniał o swojej miłości, a nagle wszystkiemu zaprzeczył. Próbowałam przekonać go, żeby nie niszczył naszego związku, że jestem nawet gotowa za jakiś czas dojechać do niego, ale on nie chciał o tym słyszeć. Mówił, ze nie wyobraża sobie związku na odległość, ze w PL już coś osiągnęłam, a tam musiałabym zaczynać od zera, żebym się nie martwiła i na pewno kogoś sobie znajdę i ułożę życie ?.
Od wspólnego znajomego dowiedziałam się, że na miejscu ktoś na niego czeka. Poznał kobietę, która ma mu tam załatwić pracę (podejrzewam, ze to znajomość internetowa).
Zapewne planuje nawiązać z nią jakąś relację, dlatego mój przyjazd jest mu nie na rękę. A gdy zobaczył mój upór i zdecydowanie musiał ze mną zerwać.
Nie rozumiem jak można być takim podłym egoistą?.
Proszę przemówcie mi do rozumu, bo zamiast zapomnieć o tym człowieku, to ja myślę, płaczę i łudzę się.