Rayla napisał/a:Które polecacie? Które dadzą największe możliwości pracy po studiach? Jaki jest poziom nauczania?
Mam w dalszej rodzinie tłumaczkę po filologii poznańskiej (UAM), ale więcej info mam od kuzynki w rodzinie mojej narzeczonej, która kończy dwie filologie (romańską i angielską, obie dziennie), co prawda na UJ, ale wciąż filologie. Zatem trochę się orientuję.
No więc ona dość mocno wyraża swoje niezadowolenie, nie tylko z niskiego poziomu studiów, ale i z tragicznych perspektyw pracy po tych kierunkach. Bardzo tragicznych. Kiedy zaczynała te kilka lat temu, to aż tak źle nie było, a teraz jest jak jest i nic nie zmierza ku lepszemu - wręcz przeciwnie. Nawet w tym roku pisała maturę z matematyki, chemii i biologii, z myślą o rynkowo lepszych studiach.
To nie są lata 90-te i dwa języki, nawet biegle opanowane nie dają dobrych możliwości na rynku pracy. Języki to tylko dodatek. Zwłaszcza teraz, kiedy szkoły zwalniają tysiące już pracujących nauczycieli, upadają prywatne szkoły językowe, miasta wysyłają obecnych pedagogów na kursy zawodowe (germanistę na fryzjera...), biura tłumaczeń są na każdym kroku i zarobki w nich są gorsze niż studentek udzielających korepetycje (przy dodatkowo malejącym popycie na usługi translatorskie).
Niby są jeszcze "korporacje", call centery, ousourcing itd. itp, ale to jest bardzo niestabilna i niepewna ścieżka kariery. Dziś jest praca i zarobki całkiem OK, a jutro w ogóle tej pracy nie będzie. Trudnym wyzwaniem może okazać się, tak w średnim wieku, nagle zostać zmuszonym do przekwalifikowywania się i szukania dla siebie nowego miejsca na rynku pracy.
Wciąż jest moda na filologie, bo maturzyści nie biorą na poważne sygnałów rynku pracy i ostrzeżeń studentów ostatnich lat lub świeżo upieczonych absolwentów. No i w ogóle nauka języków to fajna sprawa, sama przyjemność, więc to przyciąga kandydatów. Tylko że coraz trudniej z tego zamiłowania zrobić źródło zarobku, utrzymania.
Starzy wyjadacze (nauczyciele, tłumacze) dobrze zakorzenieni w swojej branży
jeszcze w miarę przędą, ale i im się ukróciło. Dla młodych tych miejsc pracy jest tyle co kot napłakał i pula stanowisk kurczy się systematycznie. Wiem, że gdzie indziej też nie jest kolorowo, ale to różnica między "jest źle", a "jest bardzo źle". Studia takie jak filologia i pedagogika to dziś i jutro świadomy wybór bezrobocia i to te "jest bardzo źle".
Jeśli ktoś myśli, że dorzuci do swojej edukacji jakiś "egzotyczny" język też się srogo rozczarowuje. Duński, fiński, czy chiński jeśli komuś jest potrzebny do przetłumaczenia, to zapłaci więcej i skorzysta z tłumaczeń native speakera. Przy czym rodzimych użytkowników tych języków w polskich biurach tłumaczeń jest zaskakująco bardzo wielu (w sumie mały popyt, to i więcej nie potrzeba). Logiczne więc, że dla absolwentów skandynawistyki, sinologii i innych mniej popularnych kierunków, pracy po prostu nie ma.
Warto czasami zrobić sobie "gap year", zdać maturę z innego przedmiotu lub poprawić wynik i wybrać trudniejsze, ale pewniejsze studia - (w miarę) niezależne od trendów rynku pracy. Studia dla studiów nie mają najmniejszego sensu i już lepiej od razu iść na tego fryzjera i zarabiać na siebie, a nie przedłużać sobie liceum...
Moja narzeczona dwa lata temu zdawała maturę i nie dostała się z pierwszych list (lipiec, sierpień), więc też myślała o filologii jako o "zapchajdziurze" - głównie żeby sobie postudiować dla funu, ale żeby jednocześnie mieć czas na naukę do poprawy w maju za rok. Kiedy szanse na dostanie się na wymarzony kierunek spadły do niemal zera, po namyśle zrezygnowała z anglistyki i zdecydowała się na "gap year" (i tak rok wcześniej rozpoczęła edukację), ale ostatecznie dostała się z wrześniowej listy rezerwowej:)