Wczoraj podczas kolejnej klotni, ktora jak zwykle prowadzila do "rozstania" (pisze w cudzyslowie, bo to juz chyba piaty, albo szosty raz, kiedy wstaje, pakuje swoje rzeczy i stwierdzamy, ze to koniec, bo do siebie nie pasujemy) powiedzial, ze nie jest i nigdy nie byl ze mna szczesliwy. Ze ciagle go krytykuje, ze sprawiam, ze czuje sie jak gowno, ze jak byl sam, bylo mu lepiej. Ze w ostanim miesiacu zaznaczal sobie w telefonie za kazdym razem, kiedy sprawialam, ze czul sie zle.. i wyszlo 46 dni. Czyli wiecej, niz maj ma dni.
Po tym wszystkim, starajac sie zachowac zimna krew, stwierdzilam, ze faktycznie. Najlepiej sie rozstac. Zlosc zloscia, klotnie klotniami, ale nie ma sensu ciagnac zwiazku, jesli on jest nieszczesliwy. Ze zasluguje na kogos lepszego.
I tak siedzielismy ze trzy godziny, on ze spakowana reklamowka, ja probujac zachowac spokoj, emocje odlozyc na bok i po prostu podjac madra decyzje. Nie sluchac serca, a rozumu.
Skonczylo sie tak, ze stwierdzil, ze jednak nie chce sie rozstawac, bo mnie kocha. Probowalam byc obiektywna - kiedys bylismy przyjaciolmi, wiec wczoraj probowalam znowu wcielic sie w przyjaciela : co bym mu doradzila, gdyby opowiedzial mi o problemach z dziewczyna. Tlumaczylam mu, ze milosc to nie wszystko, ze zwiazek powinien opierac sie na partnerstwie, bezpieczenstwie, zaufaniu. On pytal, czemu probuje go zniechecic, ze on nie chce sie rozstawac i juz.
Moja pierwsza mysl - WIEC PO KIEGO GRZYBA TO WSZYSTKO? Sceny co kilka tygodni?
Moja druga mysl - to ze on sie nie chce rozstac (chociaz mysle, ze chce ale sie po prostu boi) to jedno. Ale czy nie powinnismy? Jak ja mam teraz zachowywac sie normalnie, byc soba, przytulac sie do niego i usmiechac, po tym wszystkim co wczoraj uslyszalam? Boli.
Dodam, ze ja ze swojej strony nie chce sie rozstawac; jest to trudny zwiazek, duzo sie klocimy, ale jeszcze bardziej kochamy i nie wyobrazam sobie bez niego zycia. Mysle teraz tylko o nim, czy nie powinnam go "puscic" i pozwolic byc szczesliwym z kims innym?