Witam serdecznie, na wstepie bardzo wszystkich prosze o wyrozumialosc, zarejestrowalem sie na tym forum specjalnie po to, by opisac swoj przypadek i byc moze w koncu dostac jakas solidna rade, co robic... Niecierpliwym proponuje od razu odpuscic sobie czytanie, gdyz opowiesc bedzie dluga.
moj problem wyglada nastepujaco - niewiele ponad pol roku temu poznalem dziewczyne, z która wzajemnie zbudowalismy bardzo dziwna relacje trwajaca az do tej pory. W innym przypadku pewnie bym sobie dawno odpuscil, jednak jak to zwykle bywa z prawdziwym uczuciem, nie potrafie. Wspomniana dziewczyne poznalem zupelnie przez przypadek - nie szukalem jej, nie poderwalem, nic z tych rzeczy. Pewnego razu po prostu przyszla z moja znajoma do pubu, do ktorego czesto chodzilem z kolegami. Przechodzilem wtedy bardzo ciezki okres w zyciu (utrata ojca, bardzo ciezka choroba innego czlonka najblizszej rodziny, do tego miesiac wczesniej przyjaciel prawie zszedl mi na rekach w wyniku wypadku. dodac do tego mozna jeszcze cierpienie po nieudanym zwiazku z kobieta, ktora bezgranicznie kochalem), wiec ostatnia rzecza, o jakiej myslalem, bylo flirtowanie/szukanie potencjalnej partnerki. Jednak wystarczylo jedno spojrzenie w oczy i jej usmiech, bym nabral przekonania, ze z ta dziewczyna cos mnie polaczy. Od samego poczatku ona okazywala zainteresowanie moja osoba, ja jednak staralem sie trzymac bezpieczny dystans, gdyz okazalo sie, ze na dniach zakonczyla 6-letni zwiazek z dobrym kolega mojego przyjaciela (a sam fakt zakonczenia zwiazku nie byl pewnikiem, poniewaz chlopak wyjechal do pracy zagranice i mogl jeszcze nawet nie wiedziec o tym, ze juz nie ma dziewczyny - przepraszam z gory wszystkie panie za takie rozumowanie, lecz zycie nauczylo mnie, ze roznie to bywa w takich sytuacjach). Poczatkowo widywalismy sie tylko w soboty, jednak ona zlapala swietny kontakt z dziewczyna mojego przyjaciela, ktora - jako urodzona swatka - postanowila zaaranzowac spotkanie we czworke w tygodniu. Pamietam, ze samo spotkanie nie nalezalo do zbytnio udanych, jednak gdy rozdzielilismy sie na pary (obiecalem, ze odprowadze ja do domu, gdyz mieszkamy stosunkowo blisko siebie), przesiedzielismy wspolnie cala noc na lawce, spedzajac czas na zwyklej rozmowie, niczym wiecej. Pamietam, ze podczas tej rozmowy spytala sie, czy jestem prawdziwy, co ja odebralem wylacznie jako zwykly flirt i jednym uchem wpuscilem, drugim wypuscilem. Swoja droga, bylem tez przyzwyczajony do takich tekstow ze strony kobiet, gdyz podobno "dobry ze mnie chlopak" i nie wywieram na nich zadnej presji zwiazanej z flirtowaniem i checia zwyklego spicia i zaciagniecia do lozka, co podobno je do mnie przyciaga. Ponadto, jesli chodzi o zwiazki i uczucia, zycie mnie nie oszczedzalo, cale swoje zycie uczuciowe budowalem na wizerunku "wyrafinowanych suk", jakimi okazywaly sie kobiety, z ktorymi sie spotykalem. Sobotnie spotkania w pubie staly sie juz dla nas rutyna, a przy najblizszej sobocie uslyszalem od dziewczyny przyjaciela, ze ma juz dosc nieustannego wysluchiwania, jaki to ja nie jestem wspanialy wyjatkowy itp i zebym w koncu zabral sie za ta dziewczyne. Skonczylo sie to noca spedzona u niej (co prawda do niczego nie doszlo, poniewaz caly czas nie moglem pozbyc sie z glowy mysli, ktore tak bardzo hamowaly mnie przed zabieganiem o nia). Od tej pory tak konczyla sie kazda sobota. Ktorejs nocy w koncu doszlo do zblizenia, jednak po jej zachowaniu przed, w trakcie i zaraz po wywnioskowalem, ze nie chciala tego i ze daje mi do zrozumienia, ze to sie nigdy nie wydarzylo. Z taka mysla zasnalem i gdy obudzilem sie rano po prostu ubralem sie, wypilem kawe i przyszykowalem do wyjscia. Wtedy to uslyszalem ze chce jej sie plakac, ze nie moze uwierzyc ze tak sie zachowalem, ze moglo byc pieknie a wyszlo beznadziejnie. zbity z tropu postanowilem wrocic do domu i umowilem sie z nia na rozmowe wieczorem. podczas tej rozmowy dowiedzialem sie, ze poczula sie jak szmata, ze nie moze na siebie patrzec itp. oczywiscie od razu powiedzialem jej czemu tak zareagowalem i zapewnilem, ze nigdy nie chcialem jej w taki sposob skrzywdzic (co bylo prawda, bo nigdy wczesniej w zyciu sie tak nie zachowalem i szczerze czulem sie jak smiec). Przez tydzien prawie w ogole nie rozmawialismy, w koncu udalo mi sie wyprosic ja o jeszcze jedna rozmowe, po ktorej najwidoczniejpostanowila dac mi jeszcze jedna szanse, gdyz znowu zaczelisym sie spotykac, ja goscilem u niej coraz czesciej, zaczalem ja rowniez zapraszac do siebie. Doszlo do kolejnego zblizenia. ona znowu - tak mi sie przynajmniej wydaje - chciala ode mnie jakiegos oswiadczenia w stylu "sprobujmy byc razem", jednak ja nie potrafilem tego z siebie wykrztusic i tak znowu zasnelismy z niewyjasniona sprawa. rano dowiedzialem sie, ze jej byly wraca do pl na swieta. od razu jej powiedzialem, ze mam nadzieje, ze nie okaze sie ze odbilem komus dziewczyne i ze nie mam zamiaru zrywac z nia znajomosci ale nie bede mial do niej pretensji, jesli ona zdecyduje sie na powrot do swojej bylej milosci. ku mojemu zdziwieniu bardzo ja to ucieszylo, przytulila mnie i podziekowala. jej byly przyjechal, lecz my nie zerwalismy kontaktu, dalej sie spotykalismy, spedzilismy razem sylwestra, w nowy rok znowu obudzilem sie u niej (chociaz do niczego nie doszlo, co dalo mi troche do myslenia). od tamtej pory zaczely sie problemy. ona nabierala coraz bardziej negatynego nastawienia do mnie, ktoregos wieczora powiedziala mi, ze powinnismy przestac sie widywac, ze ona nie szuka sobie zadnego chloptysia itp. ja niestety mam ta spora wade, ze rozmawiac potrafie dopiero po fakcie i dopiero wtedy postanowilem jej opowiedziec o swoich uczuciach i blokadach, hamulcach - w skrocie o tym, dlaczego nie pokazywalem jej bardziej, ze mi na niej zalezy. tego dnia powiedziala mi, ze chociaz dzisiaj nie chciala juz sie w ogole widywac, to jutro i tak by napisala, bo sie doe mnie uzaleznila. po tej rozmowie rowniez sie nie zeszlismy, bo nie potrafilem jej tego zaproponowac. trzy dni pozniej uslyszalem od niej "nie pomysl sobie, ze marnowalam twoj czas, albo ze bawilam sie toba czy chcialam wyleczyc sie toba z poprzedniego zwiazku, ale ja sie chyba nie nadaje do zwiazkow i chce byc sama". zdziwilo mnie to wyznanie, ktore wyroslo jak spod ziemi, z niczego. zareagowalem dosc drastycznie mowiac, ze ja przeciez nigdy jej nie dalem do zrozumienia, ze chce z nia byc, ze to ona zawsze sie zachowywala jakby chciala byc ze mna ale powiedzialem ze ok rozumiem to i szanuje, co ja troche zdenerwowalo. poklocilismy sie, wyprosilem ja z domu, dostalem pozniej smsa, ze przykro jej, ze tak wyszlo, na co odpisalem, ze mam nadzieje, ze znajdzie sobie kogos, z kim bedzie szczesliwa. potraktowalem to jako koniec znajomosci, lecz na drugi dzien napisala do mnie i zaproponowala pomoc w jednym z problemow, o ktorych mowilem jej kilka dni wczesniej. oczywiscie skorzystalem z pomocy, gdyz znow obudzila sie we mnie nadzieja. nagle przestalismy sie klocic, znowu milo spedzalismy czas (chociaz seks sie skonczyl, na co ja nie naciskalem). z kazdym udanym spotkaniem, godzinna rozmowa przez telefon, moje hamulce zaczynaly puszczac, zaczalem okazywac jej wiecej uczucia, prawic komplementy (wywazone i nie za czeste, zawsze prawdziwe i szczere). Jednak jej nastawienie do mnie zmienilo sie. zaczela mowic do mnie "bracie", "kumplu", "przyjacielu" itp, juz nie zaprasza mnie do siebie, coraz czesciej nie ma czasu sie spotkac, chociaz ostatnio spedzilismy wspolny weekend. jednak gdy nie odezwe sie przez caly dzien, ona dzwoni, pyta czy wszystko ok, caly czas utrzymuje ze mna staly kontakt. ja tez staram sie codziennie pisac i dzwonic i pokazywac jej, ze zawsze moze na mnie liczyc. mniej wiecej miesiac temu w jednej z rozmow powiedziala, ze kiedys myslala o tym, ze moglaby ze mna byc, ale przetlumaczyla sobie, ze jestesmy kolegami i ze nie ma do mnie o nic zalu. jednak co jakis czas wysyla do mnie zastanawiajace sygnaly, ktore moga swiadczyc o tym, ze dalej ma nadzieje, np ostatnio spytala mnie, czy obronilbym ja gdybym widzial, ze dzieje jej sie krzywda, po czym przytulila sie do mojej reki. a, wlasnie, przytulanie. to tez staly element naszych spotkan. gdy np. przychodzi do mnie, zawsze siada obok i sie przytula. lecz gdy ja zazartuje np. ze dobrana bylaby z nas para, ona od razu gasi mnie, mowiac ze kolegom to nie przystoi, chociaz, gdy zaprosilem ja na wesele znajomych, ktore bedzie na poczatku czerwca, strasznie sie ucieszyla i bardzo czesto mowila o poszukiwaniach sukienki itp itd.
Z innym podejsciem, niz moje obecne, pewnie potrafilbym sobie bez problemu przetlumaczyc, czemu ona sie tak zachowuje i czego tak naprawde chce, lecz przez wszystkie zle doswiadczenia, o ktorych wczesniej pisalem, a zwlaszcza przez ta nieudana milosc, gdzie dalem z siebie wszystko to, co powinien dac z siebie facet, a zostalem potraktowany w najgorszy mozliwy sposob, latwo sie poddaje, patrze na siebie strasznie krytycznie, nie potrafie juz uwierzyc w bezinteresowne uczucia, a wszystkie kobiety, ktore poznaje, przepuszczam przez ten gleboko zakodowany pryzmat "wyrafinowanej suki" ktorego nie potrafie sie pozbyc.
Wszystkim wytrwalym dziekuje, ze doszli do tego momentu, chcialbym teraz poznac kobiece spojrzenie na cala ta historie, gdyz sam sobie nie potrafie wytlumaczyc tej dziwnej relacji. stad kilka pytan: czy wpadlem juz na dobre w szufladke "przyjaciel"? czy jest szansa na to, zeby to zmienic? czy jesli w koncu zachowam sie jak facet, powiem jej o swoich uczuciach i zaczne o nia zabiegac, nie bedzie za pozno? do tej pory sam sie na to nie odwazylem, poniewaz boje sie, ze jesli teraz bede probowal zmienic ta relacje, strace ja na dobre, a tego bym bardzo nie chcial, bo nawet jako zwykla kolezanka jest mi strasznie bliska i bardzo wazna.