Na początek chciałbym przywitać wszystkich użytkowników forum
Po czym przejdę do "użalania się nad sobą". Piszę tutaj, bo już nie mam do kogo się zwrócić... Zawsze miałem problem z precyzyjnym pisaniem o co konkretnie mi chodzi, bo zawsze wydaje mi się, że nieprecyzyjnie, lub nieszczerze wyrażam swój stan, a mam nadzieję (jeśli komuś będzie chciało się czytać
, życie jest piękne szkoda czasu na smutki, czyż nie?) na szczerą pomoc, a do tego trzeba szczerze napisać, do tej pory mam pewne wątpliwości, to wszak internet, jak tu coś napiszę już to nie zniknie. Jednak złapałem się na samolubnej potrzebie, żeby teraz mną się ktoś zainteresował, pomógł, wysłuchał, podpowiedział... Rzecz pospolita zakochać się w przyjaciółce prawda? Z całą pewnością rzeczą pospolitą jest zakochać się i nie być pewnym czy się zakochało, czy może to tylko złudzenie. Z jednej strony to silny przyciąganie, tęsknota, ból i oczekiwanie na spotkanie z drugiej pytanie... A może myślisz, że kochasz? W związku trzeba też dawać, nie tylko brać.
Zacznę od tego, że jestem raczej samotnikiem, regularnie nie spotykałem się z nikim, tylko z nią. Nie był to związek od początku, od poznaliśmy się i chcieliśmy to kontynuować, a to wybrać się razem na przechadzkę, na łyżwy, porozmawiać, wymienić swoje odkrycia, podzielić się przeżyciami. I tak z czasem narastała bliskość, od zawsze przechodziły mnie myśli, żebyśmy byli razem jednak, jako, że jest ode mnie dwa lata starsza i wyraźnie widziałem, że nie jest mną zainteresowana odtrącałem je. Trzeb też dawać nie tylko brać, prawda? Słucham ją, słyszałem "Mężczyzna winien kobiecie imponować" racje ma, te słowa rzucone były mimochodem ot taka luźna przyjacielska rozmowa. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo i jej na mnie zależy również pewien tego jestem i cieszy mnie myśl ta, że ja jej przyjacielem, ona moją przyjaciółką, że mogę na nią liczyć, spotkać się porozmawiać. No dobrze co do tego że mogę na nią liczyć, to może bardziej skomplikowane, ale tylko nieco... Wszak, każdy z nas jest w jakiś sposób szalony, wiem sam jak przychodzi mi rozmawiać z osobą, którą coś przytłacza, jak mi wtedy ciężko. Więc jej też może było? Chodzi mi o to, że kiedy ona potrzebuje mojej pomocy jest to pomoc konkretna mianowicie coś przynieść bo zajęta, rower odprowadzić bo podjeżdżała rowerem pod busa i by się spóźniła gdyby nie to. Lubię to
. Pomaganie jej sprawia mi radość, nie wymaga ode mnie wysiłku nawet gdy jestem zmęczony, w sensie fizycznego tak, ale mam silną potrzebę psychiczną. Natomiast gdy ja potrzebuje jej, to raczej zwierzyć się, opowiedzieć coś co może i jest błahe ale w jakiś sposób mi zaciążyło... czy przytulić mnie. (A ona przytula wtedy gdy zadowolona, szczęśliwa, jeszcze nie przytulała żeby wesprzeć... ucieka wtedy, śmieje, bagatelizuje problemy, może rzeczywiście są śmieszne i można je przekręcić niczym w komediach Woodego Allena, używając słów odpowiednich ona w tym mistrzem, ale w tamtym momencie to boli nie cieszy - tak było nie raz.) I tak żyłem i sobie radziłem... i było mi dobrze, czekałem po prostu do kolejnego spotkania wracałem do siebie, znowu czekałem... Poznawałem siebie, ją, nasze relacje, dojrzewałem, z pewnością podczas spotkań z nią często czułem że żyje pełną piersią, mimo, że po prostu robiliśmy banalne rzeczy, jak rozmowa, wspólna herbata i delektowanie się czekoladą mmm
, a gdy się kłóciliśmy wiedziałem, że mimo tego, że to kłótnia to trzeba przez nią przejść, nie żałowałem nigdy czasu jaki na nią poświeciłem, może sposobu jego spędzania tak nigdy czasu.
Aż do pamiętnego dnia, gdy jakimś sposobem, nie wiem jak to się stało, zbliżyliśmy się do siebie, i powoli obydwoje reagując na reakcje drugiej osoby, powoli i jakoś naturalnie ciężko mi o tym pisać (czuję się nieco zawstydzony, zażenowany, a z drugiej strony, czegoś szukam...) tak czy siak, nie wierzyłem jak już pisałem, że możemy być razem. Jak już pisałem w związku trzeba być razem... pocałowaliśmy się. Chwilę potem usłyszałem, żebym o tym zapomniał, wracamy do normalności koniec... "tak się kończą przyjaźnie, a ja potrzebuje przyjaciela". Więc walczyłem, i wywalczyłem. Czekanie... wiadomo wątpliwości, sam je miałem, ale od czasu pierwszego pocałunku coś mnie gnało, nie zniknęły cienie wątpliwości, ale stały się zadziwiająco ciemne, przy blasku nadziei. Mogę poczekać, niech się ułoży, odpowie sobie na pytania, to normalne... Prawda? Aż w końcu otrzymałem jedną jednoznaczną odpowiedź. Przyjaźń. Widziałem po jej twarzy, jak bardzo jej zależy na tym tym. Znam ją, dlatego czasem sobie myślę po co tu piszę, skoro to trzeba ją znać prawda? Bo ta sprawa ściśle związana jest z nią... Jednak miło, by było i nieraz sobie myślę, że dobrze by było gdyby ktoś mnie posłuchał... Nie mam co szukać u ludzi na żywo wsparcia, poza tym boję się, że wyjdzie to na jaw to jest zbyt przerażająca myśl istnieje takie ryzyko i nie znam na tyle osób, którym mógłbym zaufać. Na pewno parę, mogłoby mnie wysłuchać, ale jakoś brak mi na to siły... I nie poddałem się dalej walczyłem, jednak widzę wyraźnie uparła się przyjaźń, i cieszę się bardzo z tej przyjaźni, jakość chwil nie spadła... chwil przyjaźni... i ciesze się, że mogę być przy niej i ona w pewnym sensie przy mnie. Ludzie zazwyczaj myślą, że szczęście jest tym czego nie mają... Jednak gdzieś we mnie jest jakiś ciężar, wiadomo ona ma obowiązki, i chciałbym ją wspierać, a czy nie najlepiej wspierają nas ludzie, którzy potrafią być weseli i otwarci kiedy trzeba? Pozytywni. Ona zawsze jest pozytywna. I nie jest tak źle bywało gorzej, te chwile kiedy jest gorzej to takie chwile w których nie byłbym wstanie napisać na forum, za nic nic nic! Po prostu idę i pilnuje się, żeby nie usiąść i nie poddać się, żeby iść. Choć czasem zadaje sobie pytania po co idę? I chcę się zatrzymać. Teraz jest nawet dobrze... ale ten ciężar... dziwne uczucie. Nawet nie wiem czy ją kocham, nie jestem pewny jej siebie, nikogo... mam wątpliwości... mam ich nieograniczoną ilość. A z drugiej strony cicha myśl, żebyśmy po prostu byli razem i diabli niech biorą resztę... po prostu. Bez żadnych ustaleń, myśli zobowiązań... tak po prostu, że opisać tego nie mogę. A mimo swojej prostoty stoi to wciąż w opozycji do tych wszystkich wątpliwości i złożoności uczuć... Wiem jedno, będę szukał w sobie siły do wspierania jej i bycia jej przyjacielem, bo tak jest lepiej niż samemu... tak jest w zgodzie ze mną i z całą pewnością realizuje tak również miłość własną, w pewnym sensie... bo chciałbym żeby ona mnie również wspierała tak psychicznie... tak, żeby nie szydziła. Ale i tak jestem bardzo rad, z jej obecności bardzo... Z drugiej ten ciężar, ja wiem doskonale, że są ludzie w gorszych sytuacjach, że każdemu się ułoży, że będzie dobrze... szukam czegoś innego, czy rada i słowa mogą pchnąć coś do przodu? Nawet jeśli to zaryzykuje, aczkolwiek nieco czuję się nagi odkrywając emocje w internecie... Ja się postaram żyć. A was drodzy forumowicze proszę o opinie, jeśli komukolwiek się chce przeczytać i odpisać... (opinie, jakieś słowa, diabli wiedzą, czego ja właściwie chce
z góry dziękuje za odpowiedzi)
1 2012-01-27 23:32:36 Ostatnio edytowany przez Tomekks (2012-01-28 00:08:56)
Podobne tematy
2 2012-01-27 23:43:51 Ostatnio edytowany przez Niezapominajka81 (2012-01-27 23:44:41)
Bardzo ladnie opisana smutna historia /prawdziwe zycie/.
Wiesz, ze jak zaryzykujesz to mozesz Ja calkowicie stracic?
Moze sie przestraszyc. Tym bardziej, ze jednoznacznie stwierdzila, ze potrzebuje tylko Przyjaciela...
A uwazam, ze powinna zalowac...
Niezapominajka, wiem, że pisze nieco nieskładnie, ale w sumie to że doszło między nami do pocałunku, świadczy o tym że już zaryzykowałem. Poza tym wszystko jej wyznałem wtedy... I wróciło wszystko do normy, zadziwiająco łatwo... i cieszy mnie to, to ona się boi stracić przyjaciela, wiem że jest takie ryzyko... Ale wiesz czego boje się najbardziej, boje się, że pogubię się w miłości własnej, chyba łatwo przekroczyć tą granicę... granice kochania kogoś, a siebie prawda? Zastanawia mnie czy czasem jej nie przekraczam, ale biorąc pod uwagę, że ona uważa mnie za dobrego człowieka jestem z tego raczej rad. Mimo tego mam taki lęk, bo łatwo się zgubić bardzo... A odnośnie, tego drugiego to nie zapominaj (Niezapominajko
), że mnie dobrze nie znasz ![]()
Daj sobie i jej czas, nic na siłę. To trudna relacja, ale możliwa.
Być może jest jakiś inny powód dla którego ona boi się zbliżyć.
Kiedyś rzucił mnie facet, strasznie to przeżyłam bo wierzyłam że to ten jeden jedyny.
Nie mogłam się w tym wszystkim odnaleźć.
Wyjechałam na kilka dni z naszym wspólnym przyjacielem, oczywiście była umowa że nie będziemy próbowali tworzyć żadnego związku tworzyć czy też innych relacji niż dotychczas. On uważał, że mój facet popełnił błąd i zrobił mi okropne świństwo, ten wyjazd miał mi pomóc trochę o tym zapomnieć. Przegadaliśmy wiele godzin, bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Zostaliśmy parą, chociaż na początku obje zarzekaliśmy się że nie. Jednak po roku, oboje uznaliśmy że chociaż nic złego między nami się nie dzieje to jednak to nie jest to. Ja wciąż kochałam tamtego faceta a on tęsknił za szaloną miłością. Rozstaliśmy się ale przyjaźń przetrwała ponad 20 lat. Na dodatek mój eks wrócił, dzisiaj jest moim mężem:) Przyjaciel po studiach wyjechał z Polski, dzisiaj mieszka na końcu świata w Nowej Zelandii, ciągle jednak utrzymujemy kontakt, gdy jest w kraju odwiedza nas zawsze, znam jego rodzinę, lubię jego żonę. Tworzą bardzo szczęśliwe małżeństwo i to mnie ogromne cieszy:)
5 2012-01-28 00:03:04 Ostatnio edytowany przez Pamc (2012-01-28 00:06:19)
Dawne czasy, ale.. kiedyś też miałam znajomego/przyjaciela. Mogłam na nim polegać, wysłuchał mnie zawsze wtedy, kiedy potrzebowałam się wygadać. Zabierał mnie w różne miejsca, spędzaliśmy od czasu do czasu wspólnie kilka godzin w ciągu dnia. Ja - zupełnie nieświadoma, myślałam, że z jego strony to też tylko taka dobra znajomość Zaś z jego strony wyglądało to coraz to inaczej. Po pewnym czasie zaczęło mu zależeć na mnie bardziej niżeli tylko na koleżance. Zauważyłam to po pewnym czasie, dawałam mu sygnały, że nie chcę między nami niczego zmieniać. Niestety, był uparty. A teraz jak sobie pomyślę... to nawet nie pamiętam kiedy odsunęliśmy się od siebie na tyle, że aktualnie nie mam z nim całkowicie żadnego kontaktu. Widzisz... przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest trudna. Bo albo jedno się zakocha, wtedy drugie odejdzie, bo nie oczekiwało niczego więcej, czy też nie chciało. Albo w końcu jedno spotka kogoś na swej drodze, a przyjaźń pomału będzie odchodzić w niepamięć, bo przecież miłość ważniejsza. To może być złudne, bo może faktycznie taka przyjaźń może przetrwać jednak dla mnie jest to mało prawdopodobne w dalekiej przyszłości. Zdarza się też tak, że dwie osoby się zakochują w sobie. Znam kogoś, kto związał się ze swoją przyjaciółką. Oj starał się, starał.. no i oczywiście wciąż to robi. Ale wiadomo co miałam na myśli. Po prostu ona też nie dopuszczała do siebie myśli bycia ze swoim przyjacielem. Nie wiem na ile może się to udać w Twoim przypadku. Możesz być aktualnie przy niej - bądź. A czas sam pokaże, jak być miało.
Tez sie nad tym zastanowilam:) /druga czesc mojej wiadomosci/- emocje:)
Milosc wlasna...jest troche egoistyczna.
Ale ten kto nie kocha siebie, nie pokocha innych.
Wszystko jej wyznales. Wszystko wrocilo do normy.
Tyle, ze te uczucie ciagle jest w Tobie i nie wierze, ze Ona o tym zapomniala.
Takie udawanie, ze nic sie nie wydarzylo.
Właśnie to jest we mnie, Niezapominajko. Nie wiem jak sobie z tym poradzić bo mam takie dni, że o tym cały czas myślę... Dzisiaj również mnie to złapało. I postanowiłem tutaj co nieco dopisać.
Chciałbym z nią porozmawiać, żeby było powiedziane coś co by mnie jednoznacznie ukierunkowało w jedną stronę... wszak te parę chwil przysiągłbym była między nami chemia, z jej strony również. Ale nie ma co tracić przyjaciela... tak jest dobrze. Czy związek nie powinien opierać się na przyjaźni?
Jak próbuje zacząć rozmowę to słyszę, że nie ma o czym rozmawiać... że już zdążyła zapomnieć. (To drugie to raczej nieprawda, raczej zdążyła się z tym pogodzić i potraktować to jako jednorazowy "wyskok).
Rozsądne byłoby do niej po prostu zadzwonić i spróbować dziś porozmawiać... ale kiedy rozmawiamy to gotów jestem mówić o wszystkim innym, nie wiem jak zacząć i odkładam to odkładam, aż w końcu nie mówię nic...
Nie wiem dokładnie co chce usłyszeć, jednak zbyt szybko i zbyt ostro wydaje mi się zostało to wszystko przecięte. Z drugiej strony dla Niej szybko zostało zawiązane. Decyzje podjęła jak zostawiłem ją samej sobie, żeby sobie wszystko przemyśleć...
Niestety, często również gdy próbuje coś na ten temat powiedzieć to albo obraca to w żart, albo ignoruje, albo przerywa mi i zmienia temat... Jest bardzo skryta. Ciężko mi z tym. Jak sobie radzić?
Dziękuje za poprzednie odpowiedzi, historie które przytaczacie są bardzo życiowe, ale i prawdziwe.
kobieta-zawiedziona staram się dać jej czas, staram się nie naciskać. To jednak po tym wszystkim trudne, gdyż bardzo szybko to przecięliśmy... dla mnie to wyznanie bardzo wiele znaczyło, ciężko mi się podnieść... być cierpliwym... nie rozmawiać o tym. Czy to zły pomysł, że chce dalej to drążyć?
Czas. Owszem, ale czuję, że muszę coś ułożyć... trudno o tym nie myśleć.
8 2012-01-30 20:22:22 Ostatnio edytowany przez kobieta-zawiedziona (2012-01-30 20:24:42)
Niestety niczego nie jesteś sobie w stanie ułożyć bez niej. Banalne, ale do tanga trzeba dwojga.
Jeśli bardzo Ci na niej zależy to masz jedno wyjście czekać i być w pobliżu. Tylko, że to może Cię wiele kosztować.
Drugie wyjście - odsunąć się, pogodzić się z sytuacją. I zerwać kontakt.
Mnie było łatwiej, szybko uświadomiłam sobie że to nie miłość a zauroczenie. On też. Dlatego udało nam się utrzymać znajomość. Ale nigdy już potem nie było tak jak dawniej.
Kiedyś wierzyłam, że przyjaźń kobiety i mężczyzny jest możliwa, dzisiaj wydaje mi się że nie. Zawsze jakieś napięcie będzie wisieć w powietrzu, jak nie z jednej to z drugiej strony.
Kiedyś wierzyłam, że przyjaźń kobiety i mężczyzny jest możliwa, dzisiaj wydaje mi się że nie. Zawsze jakieś napięcie będzie wisieć w powietrzu, jak nie z jednej to z drugiej strony.
Też kiedyś w to wierzyłam, ale z czasem moja wiara była coraz mniejsza. Jest coś w tym, co napisałaś.
Nie ma czgos takiego jak przyjazn damsko-meska.
NA poczatku moze i owszem. Jednak z czasem zawsze jedna ze stron oczekuje na cos wiecej.
Drugiej osobie czesto to nie odpowiada.
Moze boi sie, ze nie bedzie juz tak jak jest teraz?
Nie wiem czy dobrym wyjsciem jest czekanie.
Ilez mozna czekac i cierpiec w skrytosci?
A jezeli nic sie nie zmieni? Bedzie tak jak jest. Czysto platonicznie.
Co wtedy?
Czy lepiej sie "duchowo"/emocjonalnie/ katowac?
Nikt nie jest w stanie wytrzymać takiego 'katowania'. Prędzej czy później dajemy sobie spokój, gdy widzimy... albo może inaczej - gdy po prostu tracimy nadzieję.