Witajcie!
Czytam już od dłuższego czasu wątki na tym forum i przyznam że jesteście dziewczyny wspaniałe, potraficie każdemu otworzyc szeroko oczy i zmienic czyjeś podejście na świat. Najbardziej podziwiam wypowiedzi Vinngi, Mareny, Wielokropka, Ollinki, Atinasarz, i na pewno kogoś pominęłam ale Wasze wypowiedzi są konkretne i szczere. Zresztą wszyscy tu udzielający się zawsze dodadzą coś mądrego od siebie.
Ale przejdę do tematu.
Mam 23 lata, mój facet, Paweł ma 22. Jesteśmy razem już prawie 5 lat. Poznaliśmy się jako nastolatkowie, od razu coś zaiskrzyło między nami, nigdy wcześniej nie byłam w poważniejszym związku, on też nie. Więc można uznac że jesteśmy swoimi pierwszymi miłościami. Z początku było pięknie i fajnie, jak to zazwyczaj bywa. Byłam szczęśliwa że znalazłam sobie tak cudownego chłopaka.
Ale teraz, po tylu latach, czasem zastanawiam się czy to jest rzeczywiście miłosc?? Czy tak miłośc w ogóle wygląda??
Mieszkamy razem, u niego. Właściwie nie mamy swojego własnego kątka. Jego rodzice zaproponowali nam abyśmy zamieszkali razem, nie tłukli się wiecznie do siebie tyle kilometrów.Ja mam mieszkanie ale wspólne z dorosłym już bratem i jego rodziną.
Wcześniej było między nami super. Ale kilka dni temu, no może z tydzień, pokłóciliśmy się. I od tamtej pory wszystko się zmieniło!
Nie uwierzycie o co poszło.
Przyjechał po mnie od razu z pracy do szkoły. Zanim dojechaliśmy do domu, zatrzymał się przy sklepie, chciał coś do picia, mówi idz kup. Ja go poprosiłam żeby on szedł bo nie chce mi się. A ten na mnie z krzykiem że mam isc. Wkońcu poszłam.
Ale od tamtej pory nie odzywał się do mnie kilka dni!
Kiedy mnie widział w domu, chciał przejsc to pchał się na chama, nie potrafił powiedziec nawet słowa przepraszam, tak strasznie był urażony. I wiecie o co mu chodziło?? Ze ciągle wszystko dla mnie robi, zabiera mnie ze szkoły (ma po drodze), wszystko mi kupuje, i że był tak bardzo zmęczony a ja jeszcze kazałam isc mu do sklepu.
I że za to już nie będzie dla mnie taki dobry jaki był. Dosłownie jego słowa brzmiały: "Skończyło się dobre, teraz zobaczysz" i jeszcze nazwał mnie sknerą. Nie wiem o co mu chodzi. Ja mam swoje własne pieniądze, rachunki płacimy wspólnie. Właściwie od tamtej pory rzeczywiście jest źle między nami.
Kiedy do niego dzwonię w ciągu dnia to jest zimny i oschły. W domu jest to samo. Czuję że on podchodzi do mnie z dystansem. Odzywa się tylko kiedy naprawdę musi. Nie tuli się do mnie, nie całuje. A ja w środku ogromnie cierpię! Idę do łazienki i beczę jak małe dziecko. Bo już nie mam sił. Nie wiem o co tak naprawdę mu chodzi! Nie mogę z nim porozmawiac bo on milczy!
Ciągle jest dla mnie nie miły! Czuje się taka samotna! Mam wrażenie że ten związek już długo nie pociągnie.... Wczoraj usłyszałam od niego że ma mnie już dosc.
A ja czuje się jakbym była w jakimś zawieszeniu, nie wiem czym zawiniłam, nie wiem czy ja mam to ratowac czy nie robic nic??? Błagam pomóżcie mi! Tak bardzo potrzebuje Waszej obiektywnej oceny! Jak To widzicie, czy mamy szansę dalej byc razem?