Moi rodzice rozwiedli się 4 lata temu, po prawie 14 latach małżeństwa. Nigdy nie byli zgraną parą, poza tym w tamtym czasie nastał cięższy okres dla ich związku i to było do przewidzenia, że prędzej czy później, skończy się to w sądzie. Generalnie moi rodzice to przedstawiciele z dwóch, zupełnie różnych grup społecznych. Mama jest, jak ja to nazywam "panienką z dobrego domu", rozpieszczaną przez swoich rodziców jedynaczką, obracającą się przez ćwiartkę swojego życia w towarzystwie ludzi na wysokim poziomie. A w domu Ojca było diametralnie inaczej. Dziadkowie nie stronili od alkoholu i imprez, dzieci były pozostawiane same sobie, ojciec musiał sam zarabiać na wakacje przy zbieraniu truskawek, często dziadek pod wpływem procentów bił babcię... I myślę, że ta różnica społeczna, wpłynęła ogromnie na to, jak związek moich rodziców funkcjonował. Wiadomo przecież, że dzieci są wizytówkami domów z których pochodzą. Ojciec od zawsze lubił sobie wypić, z roku na rok było coraz gorzej, aż w końcu zaczął wyjeżdżać w delegacje i rozpił się (wtedy tak mi się wydawało) maksymalnie.Nigdy nie interesował się mamą, mną, po powrocie z pracy do domu nie zapytał nawet jak nam minął dzień. Zawsze to on był mistrzem pierwszego planu, bo uważał, że skoro pracuje to jest panem i władcą, a mama wychowując mnie, dbając o dom i opiekując się chorymi dziadkami, siedzi w domu i nic nie robi. Ojciec nie potrafił spędzać ze mną wolnego czasu, bo był zawsze zmęczony i jedyną jego rozrywką była telewizja. A jeżeli chodzi o relacje z mamą to zauważyłam, że nie mieli nawet wspólnych tematów, bo on potrafił rozmawiać tylko o kumplach, o pracy i wędkarstwie, co mamę interesowało jak zeszłoroczny śnieg, bo ileż razy z rzędu można wysłuchiwać tą samą historię...
Na początku małżeństwa, rodzice mieszkali osobno, bez dziadków. Wynajmowali poddasze w domku jednorodzinnym. Wtedy zaczęła ujawniać się żyłka złodziejska ojca, która dzisiaj jest już jednym, wielkim żylakiem. Przysparzał wiele problemów i zastanawiałam się, dlaczego już wtedy nie podjęła decyzji o rozstaniu, tylko brnęła w to bagno dalej. Miłość? Najwidoczniej. Wzięli ślub cywilny dodatkowo i wprowadzili się do rodziców mojej mamy, gdyż nie stać ich już było na wynajmowanie tamtego poddasza. Następnie urodziłam się ja, był zawsze ciepły kąt, dziadkowie pomagali mamie nie tylko w opiece nade mną, ale też ojcu finansowo, gdy po raz wtóry z niewyjaśnionych przyczyn pensja nie trafiła w jego ręce do pierwszego. Rodzice mamy opłacili ojcu kursy, wykonanie uprawnień, dzięki którym obecnie może pracować w zawodzie. Z wygodnictwa, wolał się gnieździć razem z dwójką starszych ludzi na m3, niż mieć coś własnego. A rodzice ojca, gdy wyprowadził się z rodzinnego gniazdka, kompletnie zapomnieli, że istnieje ktoś taki jak ich syn. Dzieli nas odległość nie całych 30 km, są zmotoryzowani, a widziałam ich dwa, maksymalnie trzy razy do roku. Może to wina tego, że dziadkowie z obu stron nie przepadali za sobą, bo jak już wspomniałam to dwa, przeróżne inne światy.
Mama z kolei często skarżyła się, że czuje się jak samotna matka. Wszędzie byłyśmy we dwie. Zakupy robiłyśmy we dwie, do lekarza chodziłyśmy we dwie, na spacer również w duecie. Ojciec może trzy razy w życiu wybrał się z nami nad morze, czy też nad jezioro i gdyby nie zdjęcia z datą, to chyba bym nawet w to nie uwierzyła. W wychowywaniu pomagali Mamie dziadkowie do pewnego momentu. Jednakże kiedy dziadek zachorował na białaczkę, a następnie babcia na raka narządów rodnych, mama była zdana już tylko na siebie, a mi pozostało tylko dorosnąć w szybszym tempie. Role się odwróciły i to ja pomagałam mamie w opiece nad dziadkami. Do tego trzeba było zająć się mieszkaniem, a ojciec potrafił tylko komentować, że zupa za słona, a to, owamto zrobiłby lepiej. Jego obecność zaczęła nam (a przynajmniej mi) ciążyć, ponieważ zamiast starać się pomóc, wesprzeć, to sam czasem domagał się zainteresowania, kopcił fajki jak smog i pił dwusetki wódki.
To taki naprawdę wielki skrót jak mniej więcej funkcjonowało ich małżeństwo do przełomu, jakim były delegacje ojca. Wyjeżdżał czasem na tydzień, czasem na dwa tygodnie i było tak jakoś... lżej.Ale jak już wspomniałam, na tych delegacjach bardzo się rozpił. Pił po kilka piw dziennie, po kilka dwusetek wódki z gwinta i po takim weekendzie spędzonym z nim, obie z mamą byłyśmy wykończone, chociaż mama pewnie bardziej, bo musiała siedzieć z nim i wysłuchiwać na okrągło o grillach, ogniskach, imprezach, na których miał okazję przebywać po godzinach pracy. Na jednej właśnie z takich imprez, poznał pewną kobietę (będę ją oznaczała literką I.) I. była nic nie wyróżniającą się kobietą, nieco młodszą od mojej mamy, z czwórką dzieci i - jak ja to nazywam - parciem na pieniądze. Razem z dobrą koleżanką regularnie odwiedzała dyskotekę w tamtejszej miejscowości, gdzie przychodzili właśnie pracownicy będący w delegacji zrelaksować się po "ciężkim dniu", upatrywały sobie takich łośków i z mózgów robiły im mięso na kocią karmę. Mój Ojciec wraz z I. wdał się w romans. Nie wiadomo jak długo trwał i jak bardzo był intensywny, ale razem z mamą znalazłyśmy swego rodzaju dowody zdrady. Listy, sms-y. Wynikało z nich jasno, że opiekował się nią i jej dziećmi jak własną rodziną. Do tej pory mam o to do niego żal, bo obcym dzieciakom potrafił kupować ubrania i łakocie, a ja, jego rodzona córka, gdy miałam gorączkę, było mu ciężko wsiąść w taksówkę i pojechać do apteki całodobowej po syrop przeciwgorączkowy. Mamę jednak najbardziej ubodło to, że z nią sypiał i nie ma się co dziwić. Jest to jak policzek w twarz zadany mokrą ścierą. Gdy ten romans ujrzał światło dzienne, nie kryli się już z niczym. I. miała czelność zadzwonić na telefon stacjonarny, przedstawić się jako "nowa partnerka mojego taty" (połączenie odebrałam ja) i chciała rozmawiać z moją mamą. Wydało się też, że podarowała mu pierścionek - nie wiem czy to taki romantyczny gest, czy akt desperacji, bo jeszcze wiele razy wydzwaniała płacząc, jak to bardzo go kocha. Matka walczyła o to małżeństwo jak głupia lwica. Piszę głupia, bo co tu ukrywać - nie było kogo zatrzymywać i dla kogo. Myślę, że przemawiała tu przez nią swego rodzaju żądza wygranej, taki zwierzęcy instynkt. Mama zawsze była chorobliwie ambitna, przewrażliwiona na swoim punkcie, uważała się za "super laskę", więc fakt, że Ojciec mógłby zostawić ją dla innej, nie mieścił jej się w głowie. No i wywalczyła. Ojciec zakończył romans i został z nią.
Około rok później role odwróciły się.
Poszłam z koleżankami do pub-u, rozsiadłyśmy się przy jednym ze stolików, ale nikt z obsługi nie nadchodził, więc postanowiłam pofatygować się do baru. I tam poznałam B. Zagadał do mnie, porozmawialiśmy na zupełnie nic nie znaczący temat i zaproponowałam, że jeżeli ma ochotę, może przysiąść się do naszego stolika. Z zaproszenia skorzystał. Sympatycznie spędziłam owy wieczór, B. odprowadził mnie na przystanek, na którym wymieniłam się z nim numerami telefonów i zaprosiłam na spaghetti do siebie (wcześniej koleżanki zachwaliły, że spaghetti mojej roboty świetnie komponuje się z komediami romantycznymi :P). B. zaprosiłam do siebie tydzień po spotkaniu w pubie, w mieszkaniu była również moja Mama. Ja kończyłam sos, wstawiłam makaron, a oni zaczęli ze sobą rozmawiać. Na początku nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Ba, przez pierwsze 3 tygodnie nie miałam zielonego pojęcia, że moja matka, może kokietować mojego NOWO poznanego kumpla ! Ale jak już się dowiedziałam, to ręce mi opadły. Pierwsza przyczyna która przyszła mi do głowy to rewanż za romans ojca. Coś w rodzaju "Ty mogłeś, to ja też mogę, sprawdź jak się osoba zdradzana czuje". Jednak po głębszej dyskusji okazało się, że się w sobie zakochali... Uznałam, że to kryzys wieku średniego i nie ma innej opcji, po prostu nie ma i czekałam, aż to się skończy. B. w między czasie wyjechał do Niemiec, ale ich "uczucie", fascynacja, sama nie wiem jak to nazwać, tylko przybierała na sile. W tamtym czasie zmarła babcia (3 lata po tym, jak odszedł z tego świata dziadek), ja już byłam na tyle "duża", że radziłam sobie sama, dlatego mamie odbiła "hulaj dupa", że tak to nazwę, poczuła pełną swobodę i potraciła resztki zdrowego rozsądku. W spadku po babci otrzymała mieszkanie i pewną sumę pieniędzy. Kupiła komputer, aparat fotograficzny, oraz wpłaciła opłatę sądową za rozwód - i te trzy wydatki popieram, resztę pieniędzy (moim skromnym zdaniem) przetrawiła. Głównie rozbijała się po drogich hotelach ze SPA, restauracjach, kino i teatr stały się dla niej chlebkiem powszednim. I ten romans dopełnił decyzję o rozwodzie. B. uświadomił matce co w jej małżeństwie jest nie tak i pokazał jak powinno być - chociaż sam miał mikre pojęcie w temacie, gdyż miał dopiero 19 lat (a moja mama 41). I w ten oto sposób rodzice stanęli na wokandzie, po dwóch stronach barykady.
Na pierwszej rozprawie sąd zarządził 3 miesięczny (bodajże, coś koło tego) okres separacji. Ojciec miał się wyprowadzić z mieszkania i owszem, wyprowadził się, ale do piwnicy. Uwił tam sobie gniazdko na miarę XXI wieku. Rozłożył materac, na stole stolarskim położył walizkę, która służyła za szafkę, a ponieważ ojciec nigdy nie należał do grona zagorzałych pedantów, mała piwniczka 3x4 m2, już po tygodniu stała się miejscem - nazwijmy to delikatnie - burdelu i graciarni. Ojciec zrobił sobie wychodek w słoiczku, który stawiał na korytarzu w piwnicy, poza tym kiepy były porozrzucane po całej piwnicy i sprawą zainteresował się zarząd Wspólnoty Mieszkaniowej. Szybko zorientowali się co w trawie piszczy. Najpierw mama dostała pouczenie, była rozmowa z ojcem i obietnica poprawy. Potem już przedstawiciele wspólnoty przyszli z policją i wyprowadzili ojca siłą. Wstyd! Do tej pory jak sobie o tym pomyślę, to mam wypieki na policzkach i mam ochotę zapaść się pod ziemię. Gdy go wyprowadzali był kompletnie pijany, przesiąknięty smrodem fajek, brudny... Potem dzwonił do mamy , czy może go przenocować jedną noc, ale odmówiła (Chyba jedyna dobra decyzja, którą podjęła), więc zatrzymał się u kolegi od piwa.
Na drugą rozprawę ojciec wstawił się pijany. Wyraził zgodę na rozwód, sąd ograniczył mu prawa rodzicielskie. Myślałam, że od tego momentu będzie już spokój, że ułożymy sobie życie z Mamą od nowa, ale można by rzec, że to dopiero początek niefortunnych zdarzeń mających miejsce w mojej rodzinie. Za długo by opowiadać, bo na podstawie wyczynów ojca można by napisać książkę, a już i tak mocno się rozpisałam, więc wypiszę w podpunktach przysłowiowe "7 grzechów głównych", które popełnia obecnie.
- Przede wszystkim mieszka z Matką od ponad 2 lat nieprzerwanie, przez co ja 1.5 roku nie mieszkałam z nimi (jeszcze jako osoba niepełnoletnia), a odkąd wróciłam do domu jestem pod stałą opieką psychiatry i neurologa, który stwierdził u mnie nerwicę z elementami depresyjnymi i zespół DDA.
- Pije najtańsze trunki, które lasują mu mózg, w bardzo dużych ilościach. Nie chce poddać się terapii, ale otwarcie przyznaje się do tego, że jest alkoholikiem.
- Nie może zagrzać miejsca dłużej w pracy niż jeden miesiąc, bo zawsze zwalniają go za to, że przychodzi do pracy pod wpływem alkoholu. Znalazł sobie za to nowe zajęcie: zbieranie złomu, abyśmy mieli co zjeść. Nie płaci alimentów, przez co muszę pracować, aby mieć na swoje potrzeby.
- Potrafi kłamać w żywe oczy, wyzywa matkę od mend, ciągle wypomina jej, że nie może znaleźć pracy, a mi ostatnio w kłótni wykrzyczał, że nie należę do rodziny, więc postanowiłam sobie, że jak będę miała tylko więcej pieniążków, składam papiery o zmianę nazwiska na panieńskie mojej matki.
- Mama znaleźć pracy nie może i ciągle zasłania się tym, że trzyma go dla pieniędzy. Ale o jakich pieniądzach tu mowa? o 30 zł dziennie? Mama dostaje zasiłki z mops-u, ja pracuję, poradziłybyśmy sobie. Z resztą zauważyłam ostatnio, że przez ciężką sytuację finansową robi się coraz bardziej wyrafinowana...
Przepraszam, za chaotyczny post, ale to mój debiut.
Nie mogę z każdym o tym porozmawiać, bo sami widzicie, że sytuacja jest nienormalna. Szukam rozwiązania i cicho liczę na to, że któraś z Was podpowie mi, jak zderzyć matkę z rzeczywistością i uświadomić jej, że to ostatnie momenty na to, aby wyrwała się z tego kazusu. Wiem, że nie powinnam się wtrącać, ale nie będę mieszkała z nią wiecznie, a chciałabym, aby ułożyła sobie życie i była szczęśliwa, bo ojciec ciągnie ją ze sobą na dno. Gdy się wprowadzał - co bardzo mi się nie podobało - umawiali się, że będzie płacił 500 zł alimentów i dodatkowo po połowie rachunki tak, jakby wynajmował pokój. Nie widzimy tych pieniędzy od długiego czasu, przez co mieszkanie mamy zadłużone i w energii też mamy dług. Czasem wydaje mi się, że to sytuacja bez wyjścia... :(