Cześć wszystkim!
Piszę, gdyż mam pewien problem. Otóż, zacznę od tego, że ponad rok temu poznałam przez internet, fajnego, lat 34, z innego miasta, zaczynaliśmy jako "internetowi kumple", okazało się, że mamy wiele wspólnego od zainteresowań po poglądy, poczucie humoru, etc.
Relacja internetowa trwała kilka miesięcy, początkowo oboje robiliśmy uniki, żeby się nie spotkać, z obawy, że okaże się, że w "realu" nie będzie tak fajnie, jak przez internet, ale w końcu doszło do spotkania i było równie dobrze, a nawet lepiej, spotkaliśmy się 7 razy na przestrzeni 3 ostatnich miesięcy, całowaliśmy się i nie tylko, ale zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego do "konsumpcji" nie dochodziło, w pewnym momencie, na 3 spotkaniu on powiedział, że nie chce mnie skrzywdzić, że on sam nie wie, czego chce, etc., wiedziałam, że się asekuruje, ale jakoś nie potrafiłam po prostu go rzucić, odpuścić. Nasze ostatnie spotkanie było ponad miesiąc temu, było jak zwykle, super fajnie i mega podniecająco, ale do niczego więcej nie doszło... a potem przez internet jakby nigdy nic, ani nie wspominał o kolejnych spotkaniach, jakbyśmy wrócili do etapu kumplowania się. Natomiast mi zaczęło już na nim zależeć, więc zagrałam w otwarte karty (w końcu znaliśmy się już ponad rok) i powiedziałam, że rozumiem, że nie chce się wiązać w tej chwili, ale czy widzi dla mnie miejsce w swojej przyszłości... Odpowiedź brzmiała jak wyrok: "nie wiem" (czyli de facto złagodzone "nie"), ale facet przekonywał mnie, że on nie chce mnie stracić, że mu na mnie zależy, że nie chce tracić kontaktu - i mnie przekonał... problem w tym, że ja się już w nim zakochałam...
Ale w pewnym momencie, podczas jednej z rozmów opowiadałam mu adegdotę, jak to koleżanki próbują inną, singielkę swatać, etc, on natomiast stwierdził, że może i ja powinnam spróbować kogoś sobie znaleźć... zrobiłam wielkie oczy, bo myślałam, że znalazłam. Musiałam to przemyśleć, zazwyczaj rozmawialiśmy na gg 2-3x dziennie, teraz przestałam się odzywać, ma mój nr telefonu, nawet nie zapytał, co się stało...
Potem odbyliśmy długą rozmowę, chciałam przez telefon, ale on wolał gg, jakaś masakra, powiedziałam szczerze, co czuję, że się w nim zakochałam i nie wiem, co mam z tym zrobić... On stwierdził, że musi to przemyśleć i porozmawiamy następnego dnia, a tegoż dnia udawał, że wszystko jest jak dawniej, uciekał od tematu, więc przycisnęłam i stwierdził, że jestem mu bardzo bliska, nie chce ze mną tracić kontaktu, ale jeżeli mam w stosunku do niego jakieś uczucia, to mam je "wyrzucić", bo nie warto lokować w nim uczuć, że on proponuje, żebyśmy byli nadal przyjaciółmi (no tak, przyjaciele zawsze całują się z języczkiem i robią inne ciekawe rzeczy). Powiedziałam, że nie jestem masochistką, a on chyba nie mógł pojąć, że codzienny kontakt z nim będzie umacniał, a nie osłabiał moje uczucia - postanowiłam się odciąć, zdecydowałam się na przerwę, trwa ona 3 tygodnie, a ja nie mogę, tęsknię i jestem bliska złamania się, napisania i wyrażenia zgody na tę jego głupią przyjaźń, żeby tylko znów mieć z nim kontakt...
Być może byłam naiwna, może źle odczytałam znaki, to, że się o mnie troszczył, że wydawało mi się, że mu na mnie zależy, a także stwierdziłam, że nie całowałby dziewczyny, która go nie pociąga, ale to, że ja nie potrafię całować się bez uczucia, a przynajmniej nie sprawia mi to przyjemności, nie oznacza, że faceci mają tak samo.
Proszę o radę... mam ochotę się złamać, wydaje mi się, że nie powinnam, ale z drugiej strony straszliwie mi go brakuje