Moja historia nie jest niesamowita, jest wlasciwie drobnym doswiadczeniem zyciowym w porownaniu z innymi historiami opisanymi na tym forum ale zdecydowalam sie opisac moje zycie, poniewaz moze pomoc tym dziewczynom, ktore sa zagubione, maja problemy, sytuacje 'bez wyjscia', uwierzyc, ze zawsze jest nadzieja i ze wszystko moze skonczyc sie dobrze!
Piec lat temu uzywajac programu do sciagania muzyki (upss
) poznalam chlopaka. Oczywiscie zaczelismy od bycia znajomymi, potem przyjaciolmi, potem milosc wybuchla jak szalona. Postanowilismy sie spotkac. Problem byl jeden i to duzy-On nie byl z Polski, mieszkal na drugim koncu swiata, w nie bardzo bezpiecznej czesci... wahanie, szybka decyzja i lece!
Bardzo ciezko o tym pisac mimo, ze slowa wydaja sie bardzo lekkie...
Po jakims czasie wzielismy slub, zamieszkalismy razem z Jego rodzicami. Teoretycznie bajka.
Okazalo sie, ze jest uzalezniony od heroiny. Nawet nie wiem jak sie domyslilam-pewnie przez dziwne zachowanie zaczelam szperac w Internecie i poczulam sie jak idiotka! Czesto np czulam zapach heroiny ale myslalam, ze to... uwaga... KAWA! Albo kiedy mial zeza (uwierzcie mi badz nie ale 'jedno oko na maroko drugie na kaukaz' doslownie!) chcialam isc do okulisty! Kiedy spal 48 godz 'zmeczony jest', jak przepadal na noce 'wlasna przesrzen' itd itd Kiedy zapytalam wprost-zaprzeczal, przysiegal... Jak zniknely pieniadze wpadlam w szal! 'gdzie sa?' 'dlaczego?' 'na co?' 'to byly pieniadze na wyjazd do moich rodzicow', znowu zapytalam 'nie bede Cie osadzac, nie bede krzyczec, zawsze bede z Toba, we wszystkim Ci pomoge, kocham Cie i chce Ci pomoc-bierzesz heroine?' Przyznal sie a mi swiat zwalil sie na glowe! Sama nigdy nawet papierosa nie zapalilam, nie wypilam piwa a musze jakos poradzic sobie z heroina! To co dzialo sie przez nastepny rok to koszmar. On oszukiwal, ja bylam Sherlockiem, On uciekal z odwykow, ja biegalam za Nim... raz nawet kiedy przylapalam Go na braniu narktoykow i klasycznie 'spuscilam je w kiblu' prawie mnie zabil... Bil, kopal, chcial mnie pociac nozem a ja stalam i krzyczalam 'kto Ci wtedy pomoze!!!!!!!!!? zabij mnie a zdechniesz jak pies!!!!'. wszyscy mowili 'uciekaj, nie daj sie' 'jeszcze nie jest za pozno' ale kiedy patrzylam na Niego myslalam tylko 'Boze, On umrze jak czegos nie zmienimy' 'Boze, nie chce zeby umarl' 'musze miec sile, musze mu pomoc'. Ile lez wylalam, ilu nocy nie przespalam, ile ksiazek i dyskusji przemaglowalam... Modlilam sie dniami i nocami, szukalam pomocy wszedzie i wreszcie siedzac pewnej nocy i myslac o domu wpadlam na pomysl.
Tydzien pozniej bylismy spakowani, gotowi do drogi...
Przyjechalismy do najbardziej 'zacofanej' polskiej wsi jaka znalazlam na mapie. Wszedzie daleko, woda ze studni, stara chalupa z walacym sie dachem, zero kontaktu z ludzmi (tylko lekarze i moi rodzice). Tam wlasnie bylismy przez nastepne 2 lata naszego zycia.
Detoks? 'Nie probujcie tego w domu'. Rozwalal sciany, plakal, blagal, myslal, ze umiera. Wrak czlowieka. Czesto widzicie pijakow na ulicach; obsikanych, smierdzacych-ja widzialam w takiej sytuacji mojego meza, moja milosc. Tulilam i plakalam razem z Nim.
Nie mielismy pieniedzy. Zero. Moi Rodzice przywozili nam mrozonki, jedzenie w sloikach, gazety dla mnie, ksiazki.
Czulam, ze opadam z sil, ze nie dam rady... ale ktoregos dnia On po prostu wstal o wlasnych silach i zapytal czy zrobie mu kanapke. Koszmar minal! Trwal moze 3 miesiace.
Pozostale miesiace krok po kroku dochodzilismy do zdrowia. Oboje.
Wlozylismy mnostwo pracy w nasze malzenstwo, przetrwalismy 'kataklizm'.
Dzisiaj oboje pracujemy, nie mieszkamy ani w Jego kraju ani w Polsce, moj Maz wazy 40 kg wiecej, jest spokojny, opanowany, odpowiedzialny-jest glowa rodziny, podrozujemy po swiecie, zaczelam studia, mamy dom i staramy sie o dziecko. Czasami moja przyjaciolka pyta mnie 'skad Ty mialas na to sile? jak to zrobilas?' odpowiadam 'nie mam pojecia'.
Dziewczyny przezylam pieklo ale teraz jestem silniejsza, madrzejsza. Poswiecilam dla Niego wszystko: studia, kariere, kolezanki, swoj kraj ale nie zaluje ani minuty i gdyby czas sie cofnal zrobilabym dokladnie to samo!
Z Rodzina Meza stosunki poprawilam dopiero niedawno. Nie byli nastawieni do mnie pozytywnie bo nie chcialam sluchac ich rad i pozwolic mu na leczenie w ich kraju, w osrodku zamknietym (uwazalam, ze jak wroci do tego samego srodowiska koszmar bedzie sie ciagnal zawsze).
Zawsze staram sie byc usmiechnieta, pomagac innym. Problemy pokonuje z wieksza latwoscia niz kiedys. Jestem silna!
Czasami wpatruje sie w swojego Meza i mysle, ze On jest naprawde piekny ![]()
Damy rade NetKobietki!