Zaczynam pisanie i....tracę pewność, że robię dobrze. Mówienie o sobie i swoich problemach to moja pięta Achillesa. Bo to, co chcę pisać, tudzież mówić wydaje mi się nieważne, głupie, nieistotne w obliczu innych ludzkich cierpień. Mam ochotę stąd wyjść. Ale...
Może choć raz nie powinnam się wycofywać?
Może od tego powinnam zacząć?
Jestem mężatką od ponad 10 lat. Mąż jest ode mnie starszy o ćwierć wieku. Nigdy nie było dobrze...zresztą...na pytanie "czemu za niego wyszłam" umiem odpowiedzieć tylko "nie wiem".
Nim skończyłam 18 lat zmarł mój Tata. Nim skończyłam 24 zmarła Mama i zostałam niewiarygodnie samotna na świecie. Mama była moim jedynym, najprawdziwszym, najwspanialszym Przyjacielem...tak...przez duże P. Po jej śmierci wpadłam w depresję. W miesiąc się stoczyłam. Alkohol, prostytucja, siwe włosy jak u 60-latki. Mąż był jednym z moich klientów. Poznaliśmy się miesiąc po śmierci mojej Mamy a rok później byłam już jego żoną. Jakiś czas później zaszłam w ciążę lecz poroniłam w 18 tygodniu.
Mąż jakoś dbał o mnie na tyle, że nie musiałam się prostytuować. Ale znęcał się nade mną psychicznie. Szantażował mnie bezustannie, że odejdzie...gdy tylko robiłam coś niezgodnego z jego zdaniem. Płakałam bardzo często.
4 lata po ślubie doszło między nami do pierwszej bardzo wulgarnej awantury. Zwyzywał mnie najgorszymi epitetami. Odbiłam piłeczkę...że tak to może nazywać swoją córkę bo mnie nie wychowywał. Uderzył mnie wówczas...
Coś we mnie pękło i już nic nigdy nie było tak jak do tego dnia. Chyba wtedy umierało we mnie to, co miałam dla niego najlepsze...choć i na to nie zasługiwał....
Jakiś czas później postanowiłam go zdradzić. Awanturom i tak nie było końca, wyzwiskom również. Więc gdzie tu myśleć o namiętności...
A ja jestem wrażliwą osobą wbrew pozorom (bo naprawdę nigdy nikomu się nie żalę, co ludzie odbierają tylko jako siłę psychiczną).
Zdradzałam go regularnie...ale nie przynosiło mi to żadnej satysfakcji poza chwilowym wyżyciem się.
Minęło 10 lat i w wyniku znęcania się nade mną mąż osiągnął u mnie stan depresji, agorafobię i problemy z sercem. Pewnego dnia próbnie zasugerował, że mogła bym zacząć zarabiać na nas przyjmując klientów prywatnie. Oczywiście powiedział to w bardziej cwaniacki sposób - że sądziłam iż to dla naszego dobra. Skończyło się na 3 miesiącach prostytucji i mężowi przestało odpowiadać, że musiał wychodzić z domu donikąd. Tak mijały lata. 8 lat po ślubie mąż trafił do więzienia na rok. Wyłudzenie. Zostałam w domu sama...z agorafobią i bez środków do życia. Mąż dzwoniąc z ZK zasugerował, że teraz mogła bym otworzyć prywatkę skoro jego nie ma. Zrobiłam to i bardzo szybko wydźwignęłam nas z problemów finansowych w jakich mnie na wolności zostawił. Przy tym w więzieniu wiodło mu się bardzo dobrze - z mojej kasy. Obiecywał złote góry. Że jak wróci to mi wszystko wynagrodzi...że pójdzie do pracy i zabierze mnie na wczasy. Bla bla bla. Rok później wyszedł z więzienia i po jakimś czasie zrozumiałam, że jest 100x gorszy niż przedtem. Milion wymówek dziennie, żeby nie pracować. A moje życie nic się nie zmieniło. Przeszkadzało mu, że musi wychodzić z domu gdy mam klienta więc wymyślił, że będzie w naszym drugim mieszkaniu w innym województwie. Kupiłam auto, opłaciłam, utrzymywałam. Miał zamiar przyjeżdżać co kilka dni. Przyjeżdżał. Po kasę. I tam się bujał dowoli. Na normalne życie straciłam nadzieję. Bo męża musieli operować w wyniku czego stracił płodność. Czyli nawet marzenia o dziecku miały pozostać marzeniami. Pracować nie zamierzał więc widocznie oczekiwał, że będę się prostytuowac dalej. Gdy stałam się natrętna bo nie chciałam już tego dłużej robić wymyślił, że powinnam zmienić miejsce pracy. Zmieniłam - wyjechałam 500km od domu. Mógł dalej w spokoju bujać się z kolegami (nie pije i nie pali ale lubi być hojny dla kumpli) a ja miałam zamiast męża smsy. Zwykle wrzeszczące, że ciągle narzekam. Wpadłam w depresję. Jakiś czas później okazało się jednak, że depresja miała swoje źródło. Ciąża. Okazało się, że zaszłam w ciążę miesiąc przed operacją męża. Czy to jego dziecko? Nie wiem. Może i nie. Pamiętam, że miałam taki okres czasu, że prezerwatywy ciągle mi pękały. Ale tak na dobrą sprawę to mam w nosie kto jest biologicznym ojcem. On nie umie sprawdzić się w żadnej roli ojca. Wracając do tematu oświadczyłam męzowi, że natychmiast wracam do domu i koniec z prostytucją bo mam zamiar urodzić to dziecko i żyć normalnie. Wściekł się. Oczywiście nie bezpośrednio na moją rezygnację z takiego zarobku tylko owinął to swoimi metodami w woal. Wściekł się. Powiedziałam mu, że odtąd on ma na nas zarabiać.
Rzecz jasna ani myślał. Miliony wymówek i wszczynanie awantur by się pozbyć tematu (dni milczenia po). Tym sposobem zmusił mnie bym się prostytuował do końca ciąży bo inaczej nie miała bym nawet co jeść.. Przyjmowałam klienta nawet tego dnia gdy miałam cesarkę. A cesarkę miałam gdyż okazało się, że mam stan przedrzucawkowy.
Dzidziuś urodził się wspaniały, zakochałam się na zabój. Zażadałam od męża by znalazł pracę. Znalazł. Na tydzień. Później bez przerwy coś mu w niej nie pasowało. Aż zrezygnował. Znów wpadliśmy w problemy finansowe. 6 tygodni po porodzie znów przyjmowałam klientów. Z mężem sytuacja pogarszała się z dnia na dzień. Choć o tym nie mówił to widziałam, że dziecko jest mu solą w oku bo zajmuje mu jego cenny czas, który on chciał by poświęcić na przyjemności. Opiekuje się synkiem gdy ja jestem z klientem (mam obecnie tylko 1 sponsora za dużą kasę miesięcznie) ale na tym się kończy jego wkład w rodzinę. Nie zamierza pracować, nic kompletnie w domu nie robi (nawet nie wymieni psom wody w misce), wymiguje się od zajmowania dzieckiem. Wymusza awanturami swoje rozrywki. Śpi gdy synek śpi (w dzień) ale budzi się zanim synek się obudzi i szybko siada do komputera by godzinami grać w brydża z kumplami. Potem gdy synka uśpię idzie przed TV i ma wszystko gdzieś. Zagląda co dobrego do jedzenia a gdy zwrócę mu uwagę o cokolwiek to prowokuje zadymy w których nie ma już żadnych skrupułów. Wyzywa mnie od kurew (mimo, że dzięki temu ma co jeść i gdzie spać), wrzeszczy że mam zdechnąć (dosłownie). Krzyczy tak głośno, że synuś ma już lęki. Zrywa się podczas snu i zaczyna płakać.
Gdy mu mówię, że odchodzę (i wracam do swojego mieszkania) to wrzeszczy, że mam spier.. ale nic z rzeczy w domu nie pojedzie ze mną. Wyposażyłam całe jego (własność wspólna) mieszkanie. Począwszy od łyżeczek do herbaty a na plazmach skończywszy. Wszystko.
On chce mi to odebrać i zostawić mnie i synka z gołymi, brudnymi ścianami w tamtym mieszkaniu.
A ja nie mam już pieniędzy, sponsor dawno się nie odezwał. Chcę odejśc ale nie wiem co robić. Nie wiem czy dam sobie radę z dzieckiem.
Teraz tak sobie myślę, że znalazła bym opiekunkę do synka na czas pobytu ze sponsorem (prosze mi uwierzyć, że nie uprawiamy seksu...nie ma stosunków ani oralnego etc). To chrzestna mojego chłopaczka. Dobra dziewczyna. Dach nad głową przecież mam. A może sponsor się odezwie i zdołam wszystko od nowa sobie kupić?
A może zdołam odłożyć na tyle kasy, żeby później bez strachu poświęcić czas na szukanie normalnej pracy (czy znajdę? - moje miasteczko ma ledwie 20.000 ludności). Nie wiem.
Póki co siedzę w domu tego łajdaka i od 2 dni pozwalam się poniżać. Chyba 50 razy usłyszałam, że mam zdechnąć, że jestem kur..ą, że wszystko mi odbierze. Ostatnio nawet odgrażał mi się, że mnie zabije (nosząc synka na rękach!) co totalnym przypadkiem nagrałam na tel komórkowy.
Jezu...napisałam to....i mam ochotę wykasować... Bo kogo obchodzą moje tandetne problemy?
Nie wiem czy nie jestem śmieszna ale tak się czuję...
W każdym razie...może ktoś mi poradzi co zrobić?
Jedyne czego się boję to tego, że mąż zwichnie psychikę również mojemu synkowi.
Czy zostając z tym bydlakiem poświęcam dziecko?
Przecież kocham tego maluśkiego motylka ponad wszystko w świecie.
Co robić? Pomocy!
PS. Jak sobie coś przypomnę istotnego to w edycji dopiszę.
Zazwyczaj wszczyna awantury w nocy, żebym miała problemy z ciśnieniem i zaśnięciem. Niedawno o 1 w nocy kazał mi w wulgarny sposób wynosić się z dzieckiem z mieszkania a później powiedział, że zamknął by drzwi na wszystkie zamki i schował klucze, żebym miała problemy z taksówkarką, która miała mnie zabrać stąd do mojego miasta za pokaźną kwotę.