Historia prosta - poznałam chłopaka. Przez 20 lat nie byłam z nikim, odpędzałam adoratorów, wciąż czekałam na kogoś wyjątkowego. I doczekałam się. Takie samo poczucie humoru, zainteresowania, przystojny jak cholera i inteligentny jak diabli. Początek był piękny - po raz pierwszy czułam coś takiego. Tyle że... początek trwał ok miesiąca. Potem po raz pierwszy zaczął mnie olewać. Ja jako osoba zamknięta w sobie zaczęłam zamykać się jeszcze bardziej, czułam się zraniona, nie potrafiłam rozmawiać o swoich potrzebach - więc często zamiast rozmawiać milczałam, strzelałam fochy i olewałam go. Oddaliliśmy się od siebie i nie potrafiłam tego powstrzymać... próbowałam rozmawiać ale nie wychodziło. Zawiódł mnie w kilku sprawach, ja jego też, czego do dziś nie mogę sobie wybaczyć. W końcu stwierdziliśmy, że chyba do siebie nie pasujemy (bardziej to ja to stwierdziłam, on miał ze mną wygodnie więc nie chciał się rozstawać). Prosta sprawa, rozstanie, po 6 miesiącach. I tu się zaczynają schody.
Pierwsze dwa tygodnie po rozstaniu były dla mnie pełne tęsknoty i ulgi jednocześnie. Miałam w końcu czas dla siebie, nie czekałam całymi dniami wgapiając się w telefon i nasze zdjęcia... Mniej płakałam. Chciałam na początku utrzymywać kontakt, ale on nie chciał, więc nie napraszałam się. Rozpoczęłam proces zapominania, czyli usuwanie zdjęć, wszystkiego, co mi o nim przypominało... Ale okazało się, że nie mogę zapomnieć. Wciąż wracały wspomnienia, jego zapach, smak, jego uśmiech, chociaż rzuciłam się w wir imprez i poznawania nowych ludzi. W przypływie emocji już miałam do niego napisać i zaprosić na jakąś kawę żeby zweryfikować, czy coś sobie uroiłam czy naprawdę tak silne jest to moje uczucie, gdy dowiedziałam się, że ma dziewczynę. Miesiąc po naszym rozstaniu. Moją znajomą, ostatnią osobę, o której pomyślałabym, że może być w jego typie. To mi trochę pomogło się ogarnąć, stwierdziłam, że dobrze zrobiłam rozstając się z nim, bo albo upadł na głowę i po prostu bierze co popadnie, albo jest szczęśliwy. Ten miły stan trwał ze 3 tygodnie. Potem wróciły myśli, sny, wspomnienia, chwile słabości, ble... czułam się jak świnia, bo przecież on ma dziewczynę! Ale mimo to tęskniłam jak wariatka i chciałam przynajmniej usłyszeć jego głos, cokolwiek.
Minęło 8 miesięcy a ja nadal jestem w tym punkcie. Jak to możliwe? Jak można rozpaczać tak długo po związku, który trwał pół roku, z czego naprawdę dobrze było przez miesiąc? Kwestia pierwszej miłości? Przed zadzwonieniem do niego powstrzymuje mnie tylko fakt, że ma dziewczynę i chyba mają się dobrze. Jak pozbyć się nadziei, że kiedyś znów będziemy razem, ja się zmieniłam, może on też się zmieni i będziemy kiedyś dla siebie stworzeni... przecież to skończone kretyństwo. Jak zejść w końcu na ziemię?