Załozylam juz wczesniej watek poniekad na ten temat...ale nadal nie wiem co mam zrobic a wlasciwie to nie wiem jak..
Mieszkam z moim chlopakiem irlandczykiem w Irlandii od mniej wiecej roku. Nie bede sie wdawala w szczegoly naszego zwiazku bo juz pisalam wczesniej w innym miejscu ze nie bardzo nam sie uklada i ze starsznie tesknie za domem.
Doszlismy do takiego stopnia ze klocimy sie codziennie..nawet po kilka razy. zwykle o tak zwane pierdoly. Kilka dni temu postanowilam ze to juz koniec ze sie wyprowadzam, powiedzialm mu o tym..on zaakceptowal poniekad ale zaczal swoje tlumaczenia wywody itp itd...ze sie poddaje ze to moja wina bla bla bla..od slowa do slowa robilo sie bardo niemilo kazal mi sie wynosic natychmiast a wplacz pozniej on placz ja krzyk...ogolnie neiciekawie. koniec koncow zaczal mnie prosic z placzem zebym zostala ze on sie poprawi i ze mam mu dac jescze jedna szanse..no i dalam sie namowic..
i teraz nie ejstem zadowolona z mojej decyzji bo juz bym pewnie dzisiaj byla w domu i miala wszystko z glowy wiem ze nei cierpialabym tak bardzo po rozstaniu i ze bardziej sie mecze teraz...
ale serce mi pekalo jak on tak prosil.poza tym musialabym poprosic rodzicow o pozyczke na samolot i cala przeprowadzke spowrotem do rodzicow i to wszystko troche niesreczne bo sie tak pakowac i wynosic jak on tu jest.nachetniej to bym uciekla jak go nie ma w domu...ale jestesmy dorosli wiec musze to jakos zalatwic "normalnie"
tylko jak??
jakies pomysly??