Jesteśmy małżeństwem 19 lat. Mamy dwoje dzieci 18 i16 lat. W zasadzie to od początku naszego małżeństwa nie układało się dobrze. Jednak kiedyś go kochałam, ale teraz to po prostu go nienawidzę. Osiem lat mieszkaliśmy z teściami. Wyszłam za mąż gdy miałam 19 lat. On był 13 lat starszy, miły, opiekuńczy. Z perspektywy czasu sądzę, że szukałam wtedy oparcia, poczucia bezpieczeństwa, którego nie dostałam od ojca. Pamiętam jak ojciec kłócił się z mamą, kiedyś ją nawet pobił.
Może przez pierwszy rok naszego małżeństwa było ok. Jak urodziła się córka, to mąż był strasznie niezadowolony, że to nie syn. Od razu więc chciał mieć drugie dziecko, chociaż ja jeszcze nie chciałam, więc zmuszał mnie do seksu, aż się okazało, że jestem w ciąży.
Przez pierwsze pięć lat naszego małżeństwa nie pracowałam, zajmowałam się dziećmi, wtedy słyszałam od męża,że nic nie robię. Były ciągłe kłótnie o pieniądze, które oczywiście były tylko jego. Po pięciu latach poszłam do pracy, zaczęłam nieźle zarabiać, moi rodzice pomogli kupić nam mieszkanie. Przeprowadziliśmy się, tzn. ja i dzieci, bo mąż niby też , ale przyjeżdżał do nas tylko na niedziele, a całe tygodnie mieszkał ze swoimi rodzicami, bo tam prowadził gospodarstwo rolne. Przez następnych 10 lat ja pracowałam, zajmowałam się dziećmi, domem, opłacałam opiekunki do dzieci. Mąż nie dawał mi żadnych pieniędzy, wszystko musiałam opłacać sama. Twierdził, że nie musi bo z nami nie mieszka, a poza tym to utrzymanie jego i jego samochodu kosztuje więcej niż utrzymanie całej rodziny, więc nie musi mi dawać pieniędzy.
Niedawno kupiliśmy drugie mieszkanie, na które wzięliśmy spory kredyt. Ja teraz zarabiam trochę mniej, mąż oczywiście twierdzi, że nie ma obowiązku dawać nam pieniędzy. Raty kredytu spłacam z wynajmu poprzedniego mieszkania, a mąż robi raz w roku nadpłatę kredytu. Uważa więc, że skoro wpłaca pieniądze na kredyt to jest zwolniony z dawania pieniędzy na utrzymanie. Wydatki natomiast są coraz większe. Trzeba dzieciom kupić ubrania,książki, opłacić korepetycje. Męża natomiast tow ogóle nie interesuje. Gdy przyjeżdża na niedzielę to albo siedzi przed telewizorem, albo spi. Całymi tygodniami nie widzi się z dziećmi, nie dzwoni do nich, w niedzielę również z nimi nie rozmawia. Ja też coraz rzadziej z nim rozmawiam, bo każda rozmowa kończy się kłótnią.
Wiele razy mi groził. Jest często agresywny. Dzieci mają też dość kłótni.
Mam już dość takiego życia. Jednak boję się, że rozwodem zburzę dzieciom w miarę poukładane życie. Jednak całymi tygodniami, gdy męża nie ma,to mamy spokój. A gdy zechcę rozwodu to może być piekło, za nim się wszystko poukłada. Mąż wiele razy mi groził, że jeżeli teraz mi źle to może mi życie uprzykrzyć. Szczerze mówiąc to nie wiem do czego jest zdolny. Może zrobić wszystko.Kiedyś groził, że zabije całą moją rodzinę, albo sam się powiesi.
Nie wiem co mam robić.