Tytuł być może jest intrygujący, ale nie chcę generalizować - chodzi mi o konkretnego mężczyznę i konkretną kobietę. ![]()
Uprzedzam, że historia będzie długa, nawet bardzo długa i nie będzie w niej ekscytujących wątków rodem z brazylijskich seriali - chciałbym po prostu poprosić o pomoc w zakończeniu pewnego rozdziału w moim życiu i o odpowiedź na pytanie - Czy ja jestem złym człowiekiem?
Na początek - bohaterami tej historii są tylko dwie osoby.
Ja i moja była partnerka - nazwijmy ją Martą.
Zacznę troszkę od końca, ale to tylko celem wprowadzenia.
Rozstaliśmy się ponad dwa miesiące temu, dlatego uważam, że jestem w stanie przedstawić swoją historię obiektywnie.
Ale wróćmy do samego początku...
Zwykły piątkowy wieczór, a w planach nocna zabawa u znajomego - nic nadzwyczajnego, nazwijmy to życiem przeciętnego nastolatka. Dotarłem na miejsce, gdzie spotkawszy bardzo dobrego kolegę - powiedzmy, że mogę go nazwać przyjacielem - postanowiłem spędzić wieczór głównie na męskich rozmowach z tym oto Panem. Jako, że życie pisze najdziwniejsze scenariusze - moje plany połowicznie legły w gruzach - pojawiła się ona, Marta. Po wymianie kilku zdań z nowo poznaną koleżanką wróciliśmy z kolegą do naszych rozmów, ale moje myśli uciekały gdzieś indziej - coś mnie strzeliło, zostałem zauroczony. I nie był to poryw młodzieńczej gonitwy za najpiękniejszymi dziewczynami na imprezie - koleżanka była ładna, ale powiedzmy, że całkiem przeciętna. W ciągu następnego miesiąca dużo rozmawialiśmy, kilkukrotnie spotkaliśmy się - już na pierwszym spotkaniu chyba tylko strach przed odrzuceniem hamował mnie przed złapaniem koleżanki za rękę - i po kilku tygodniach zostaliśmy parą.
Tutaj potrzebna jest krótka dygresja: dziewczyna była typową zbuntowaną nastolatką: dużo przeklinała, prezentowała dość prosty system wartości - nie widziałem w niej kobiety, którą chciałbym poślubić. O nie! Ale miała w sobie coś, co bardzo mocno mnie przyciągało.
Będąc już w świeżym związku, moim pierwszym poważnym, byłem przekonany, że będzie to zwykła licealna miłość - spotkamy się kilka razy w tygodniu, ale prawdopodobnie nie będzie z tego nic poważnego. Chodziliśmy razem na spacery, na kawę, do kina, na imprezy. Bardzo szybko spędziliśmy razem noc, bo o ile dobrze pamiętam stało się to po około miesiącu bycia ze sobą. Mówiąc spędziliśmy razem noc mam na myśli tylko wspólny sen - bardzo szanuję siebie i innych ludzi, zarówno mężczyzn i kobiety, i mimo ogromnego pożądania seks w tej sytuacji nie był moim zdaniem na miejscu. Zaczęliśmy się do siebie zbliżać - głównie psychicznie. Opowiedziała mi, że w poprzednim związku została skrzywdzona - stąd takie, a nie inne zachowanie. Zarzekała się, że jest dobrą osobą i swoimi słowami powoli sprawiała, że zacząłem w niej widzieć Anioła.
Kolejna dygresja - właśnie wtedy się naprawdę zakochałem - po jakichś dwóch, trzech miesiącach. Wiedząc, że została skrzywdzona i zauważając w niej Anioła pomyślałem sobie - jakie ja mam szczęście, poznałem cudowną kobietę! Tak, zacząłem ją traktować już jako kobietę, nie dziewczynę - i widziałem w niej osobę, przy której mógłbym spędzić resztę życia. Patrząc wstecz i obiektywnie oceniając swoje życie - chyba mam słabość do takich zagubionych duszyczek i raz już zauroczyłem się w pewnej dziewczynie, z pozoru złej, w której zauważyłem skrywaną w głębi duszy dobroć - historia skończyła się dla mnie nie najlepiej, ale będąc w obecnej sytuacji śmiało mogę powiedzieć, że wyszedłem z niej z tarczą. Dodatkowo lubię bezinteresownie pomagać - czasem jednak moje nawet najszczersze starania obracają się przeciwko mnie.
Bezgranicznie otworzyłem się przed Martą, jednocześnie starając się wydobyć z niej Aniołka, który skrywał się gdzieś w głębi duszy. Zaczęliśmy od zaprzestania używania wulgaryzmów - jakie stały się z nas słodziaki! Później, w wyniku przedstawienia jej swoich poglądów i opinii dotyczącej jednego z jej znajomych - sprawiłem, że przestała obgadywać innych. O rany! Toż to Anioł w ludzkiej skórze. Tak właśnie pomyślałem. Marta wielokrotnie dziękowała mi, że wyciągnąłem ją z bagna psychicznego w jakim się znajdowała. Oboje staliśmy się przy sobie lepszymi ludźmi. Kochaliśmy się na zabój.
Malutka dygresja - wynikiem tej miłości była miłość fizyczna - jakieś 4-5 miesięcy po rozpoczęciu związku.
Otóż to. Nie widziałem świata poza nią i na pewno nie skłamię, jeśli powiem, że 95% czasu między godziną 7 a 22 - po 22 rodzice wymagali, abym wracał do domu - podczas którego nie miałem zajęć poświęcałem jej - nawet do granic swojej wytrzymałości fizycznej - dosłownie biegałem, jechałem nawet dla 30-40 minut razem. Wtedy też zaczęliśmy spędzać razem noce - broń boże dla seksu - kochałem zasypiać przy niej, dawać jej poczucie bezpieczeństwa, budzić się obok niej. Moi rodzice nie sprzeciwiali się temu - jej po kilku spotkaniach bardzo mi zaufali i również nie mieli obiekcji. Zostawaliśmy na noc raz u mnie, raz u niej - w tym okresie czułem się przeszczęśliwy.
No tak, ale dlaczego jestem tutaj, skoro mam takie cudowne życie i nie mam czasu na siedzenie przed monitorem? Otóż pojawiły się problemy, których nie dostrzegaliśmy. Zarówno ja jak i Marta kochaliśmy za bardzo.
Mam nadzieję, że moderatorki i moderatorzy nie obrażą się, jeżeli podam link do artykułu - nie chcę zachęcać do odwiedzin innych stron, ale ten artykuł jest niejako potrzebny do zrozumienia problemu.
http://www.mydwoje.pl/toksyczna_milosc
Wypisz wymaluj My. A jako, że zauważałem słabość Ukochanej do jednego faceta, którego nazywała tylko przyjacielem - czasem mnie to przerastało.
I co dalej? Nadal byliśmy szczęśliwi - do czasu.
Po ponad roku bycia razem kolejna kropla sprawiła, że woda wylała się z naczynia. Pojawił się pierwszy poważny problem i sprawdzian dla związku. Postanowiłem, że muszę walczyć jak lew - nie byłem idealny, ale bardzo mocno Ją kocham - tak sobie mówiłem.
Kolejna dygresja - mówiąc, że nie byłem idealny nie skrywam pod tym bicia, obrażania czy innych form upokarzania. Nigdy nie uderzyłem, nigdy nie powiedziałem za dużo, nigdy nie upokorzyłem Marty. Po prostu zdałem sobie sprawę, że czasem przesadzałem z zazdrością i chyba za często mówiłem, że jest mi przykro - ale patrząc na to z perspektywy czasu, chyba miałem do tego powód. Po dłuższym czasie bycia ze sobą chyba ani razu nie usłyszałem słowa przepraszam - zawsze musiałem przyjąć do wiadomości, że coś co mnie uraziło było żartem i nie mam powodu do bycia smutnym. Tak też sobie to tłumaczyłem i w rezultacie sam przepraszałem, za to, że było mi przykro.
Ale na nic była moja heroiczna walka, wylewanie łez i ostatnich potów.
W dniu ostatecznego rozstania usłyszałem podobne do tych słowa.
Jesteś wspaniałym facetem, kocham Cię - ale jak brata.
Nie jestem gotowa na związek, nie mam siły - potrzebuję się teraz bawić, jestem młoda.
Bardzo możliwe, że za kilka lat się spotkamy i do siebie wrócimy, ale nie teraz.
Starałem się zrozumieć, ale nie mogłem sobie poradzić z rozstaniem. Najmocniej dołował mnie fakt, że wypowiedziane, niby prosto z serca słowa, były tylko głupią paplaniną. Dosłownie trzy dni po rozstaniu, deklarująca brak siły na jakikolwiek związek moja już była dziewczyna, kombinowała jak tu rzucić się w objęcia wspomnianego już wyżej faceta - przyjaciela.
Jak bumerang powrócił stary system wartości, nadmierne przeklinanie. Dołączył do tego alkohol i chęć nieustającej zabawy.
Teraz dochodzą mnie słuchy, że znajomi się od niej odwracają, ze względu na to, że ona się nimi po prostu bawi. Podobno dobiera sobie tych, którzy w danym momencie są dla niej najatrakcyjniejsi. Tego nie widziałem na własne oczy, bo staram się unikać jakichkolwiek kontaktów - ale takie wiadomości dostaję od znajomych, którzy pytają mnie czy Marta zawsze taka była? A ja odpowiadam, że sam nie wiem - bo znam je dwie. Anioła, którego kochałem i taką jaka jest teraz i była kiedyś.
W opisywanej historii byłem w stu procentach szczery, jeśli macie jakieś pytania - postaram się równie szczerze na nie odpowiedzieć.
Ponawiam pytanie.
Czy ja jestem złym człowiekiem lub inaczej - czy to, że oczekuję od partnerki bycia kimś na wzór opisywanego Anioła czyni mnie złym?
Zadaję to pytanie, bo szczerze mówiąc przez długi czas bardzo mocno siebie obwiniałem o wszystko co było nie tak w związku, a teraz chyba podświadomie nadal obwiniam się o rozpad związku. Mam do siebie pretensję o nadmierną zazdrość i uważam, że wszystko tym zepsułem. Może to ze mną jest coś nie tak i wyolbrzymiam to co było kiedyś i dzieje się teraz?
Nie opisywałem wszystkiego, bo nawet teraz trudno to wszystko przeczytać - ale czuję się wykorzystany i patrząc w miarę obiektywnie mam do tego powody, a mimo wszystko obwiniam o to samego siebie. Źle się z tym wszystkim czuję.
Pytajcie, chętnie odpowiem. Oczekuję szczerych odpowiedzi - to pomoże zamknąć mi ten rozdział i rozpocząć nowe życie. ![]()
Pozdrawiam, Sebastian.