Witam Was jako nowa uzytkowniczka tego forum
Przeczytalam pare watkow, dziewczyny maja tu problem glownie z chlopakami, z podejsciem do nich itd. Ja mam problem z innymi kobietami.
Zostalam wychowana glownie przez matke o silnym charakterze, ojciec byl nieobecny, poza tym podejrzewam, ze moi rodzice sie nie kochali, ciagle slyszalam klotnie; nigdy nie bylo miedzy nimi czulych slow, przytulania itd. Nie liczac tego co opisalam mialam dosc normalne dziecinstwo, mama raczej rozpieszczala choc potrafila tez krzyczec i czasem nawet bic, bardzo sie jej wtedy balam. Ojciec bral bardzo maly udzial w wychowaniu mnie i brata do tego stopnia, ze gdy np przyjezdzal po mnie zabrac mnie z wakacji zdarzalo mi sie go wstydzic jak obcego "pana".
Dlatego moze w mlodosci "zmienialam" mezczyzn jak przyslowiowe rekawiczki, nie chcialam sie wiazac, krzywdzilam i lamalam serca jakbym sobie udowadniala, ze moge zdobyc meska milosc, ktora potem porzucalam zeby potem znalezs nastepna jakby mi bylo malo.
Wiec akurat z mezczyznami nie mialam problemow. Natomiast gorzej bylo z dziewczetami. W przedszkolu i rowniez pozniej w szkole i na podworku mialam wrazenie, ze kolezanki traktuja mnie jako "ta gorsza", z ktora sie koleguja wtedy kiedy nie ma nikogo innego, i ze w grupie nie licza sie z moim slowem i ze mna ogolnie. Zawsze wydawalo mi sie, ze musze zabiegac o kolezanki, o jakas znajomosc, mimo tego nie bardzo wiedzialam jak a "przekupstwo" polegajace np na dawaniu slodyczy nie wchodzilo nigdy w gre. Bardzo wiele kolezanke mnie w tamtych czasach "zranilo" obmawianiem np czy brakiem zainteresowania moja osoba.
Dzis mam 32 lata i caly czas jest podobnie. Zwlaszcza na pierwszy rzut oka widac, ze kobiety ode mnie stronia. Ja wtedy staram sie byc mila, wychodze do tej osoby, usmiecham sie, rozmawiam. Niestety albo zmienia to niewiele albo jest gorzej, to znaczy osoba ta korzysta z mojej uprzejmosci (jestem palaczka wiec ona co chwile prosi mnie o papierosa i ja daje oczywiscie) a potem obmawia mnie za plecami itd. Tak naprawde zebym miala kolezanke to musi uplynac troche czasu zanim ona mnie nie pozna lepiej i nie zorientuje sie, ze jestem kims z gruntu dobrym, ze w przyjazni potrafie byc wierna jak pies i mozna na mnie zawsze liczyc. Nie wiem absolutnie z czego wynika ta powsciagliwosc kobiet wobec mnie, te ktore mnie znaja czesto unikaja mnie i rozmowy ze mna otwarcie, a ja naprawde wychodze do wszystkich z tzw otwartymi rekami....Z tego wszystkiego cechuje mnie jakby "unizonosc" wobec kobiet, czuje sie gorsza od innych dziewczyn.
To mnie czasem boli, odczuwam to jako niesprawiedliwosc, to glupie ale mam wrazenie, ze jestem odtracana za "twarzowe"
Mam przez to b. niska saoocene, przed zalamanim ratuje mnie jedynie to, ze robiac bilans zycia udalo mi sie jakos miec kilka bardzo bliskich przyjaciolek ale zawsze zdobywalam te przyjaznie z trudem.
Czy ktoras z Was ma podobnie? Czy tylko ja jestem takim dziwolagiem.....:(