Byłam w sobotę na zakupach w centrum handlowym. Kupiłam masę prezentów i jak już wyjeżdżałam z parkingu stanął mi na drodze bezdomny. Poprosił o kilka złotych. Mam taki zwyczaj, że nie daję pieniędzy ludziom potrzebującym, ale on nalegał i pomyślałam, o świętach, że warto mu pomóc. Dałam mu te 5 złotych. Jak wróciłam do domu to zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, bo przecież teraz przed świętami jest tyle akcji wspierania potrzebujących więc mogłam tak pomóc. Nie wiem, czy wam też się nie wydaje, że przed świętami jednak warto komuś pomóc... tylko, czy takie 5 złotych to nie jest dawanie na odczepne.
Podobne tematy
Ja nie daję i koniec. Nie wiem, ale jakoś uważam, że w Polsce jest na tyle dużo pracy, że jeden z drugim mogą iść do pracy, a nie prosić o jałmużnę. Czytałam artykuł gdzie autor ma takie same rozterki. I ja w tym artykule jestem właśnie osobą, która najchętniej by się ludzi potrzebujących pozbyła. Bo mogą iść do pracy, a nie stać i żebrać ![]()
Kilka dni temu podszedł do mnie mężczyzna, wyglądał bardzo biednie, powiedział, że jest głodny. Zapytał czy mogę kupić mu kawałek kaszanki, pokazał bułkę, którą wcześniej dał mu już ktoś inny. Nie chciał pieniędzy, nie miałam czasu stać w sklepie, dałam mu więc te kilka złotych na jedzenie, było mi go żal, tym razem nie miałam serca odmówić.
Myślę, że przyczyny ubóstwa są różnorodne, poprzez dawanie jałmużny nie zlikwiduje się problemu, a wyłącznie załagodzi jego skutki. Ja niestety (albo właśnie stety) w stosunku do takich osób jestem ogromnie nieufna, nastawiona sceptycznie i raczej ich ignoruję. Od czasu do czasu zdarza mi się o co prawda wesprzeć naprawdę potrzebującego, generalnie jednak wolę przekazać niewielką darowiznę na jakąś fundację czy choćby orkiestrę Jurka Owsiaka.
Ogólnie żebrakom nie daję pieniędzy, bo to zwykle naciągacze i nieroby. Ale znam taką panią w moim mieście rodzinnym, która jest naprawdę biedna i zawsze żebrze o jedzenie. Wielokrotnie kupowałam jej chleb i zawsze widziałam ten błysk wdzięczności w jej oku. Poza tym co roku wspieram WOŚP, jeśli jestem w Polsce.
Często daję jeśli widzę ze nie jest pod wpływem alkoholu. Mam sąsiadkę którza żyje za 500zł renty, wygląda jak cień, sama skora i kosci, ale nie żebrze tylko zbiera po smietnikach to co się na skupie sprzedaje, gdy miała male dzieci to widziałam jak wygrzebywała ze śmietników również coś do jedzenia. Niestety renty a zwłaszcza te dawniejsze są minimalne a doplaty parę groszy do mieszkania i bon na darmowy obiad ludziom nie rozwiązują problemów. kto zatrudni chorą starszą kobiete w dzisiejszych czasach, nie oszukujmy siebie i swojego sumienia że praca jest dla kazdego bo to nieprawda. Prawda jest zawsze ta sama: syty głodnego nie zrozumie.
Ja mimo że nie pracuję, to jeżeli mam tam od rodziców jakieś drobniaki, to często daję. Bo rozumiem, że człowiek może znaleźć się w różnych sytuacjach. Pijanym, agresywnym, gdzie od razu widać, że kupi alkohol nie daje, jak chce to niech się stacza, ale ja chce pomagać, a nie doprowadzać do destrukcji i mieć potem kogoś na sumieniu, że coś mu się stało. A to np dałam pani 2 złote jak miałam, bo brakowało jej do biletu, a to jakiemuś bezdomnemu kupiłam kanapkę, bo był głodny i prosił o jedzenie, a to bodajże kiedyś oddałam swoją. Staram się pomóc, jak mam możliwość. A akcje też wspieram, na WOŚP z rodzicami dajemy każdego roku, takie paczki jak są np w kościele czasem, aby włożyć żywność także czy np ubrania dla PCK (choć potem się okazało, że to chyba ściema z tym
).
ja pomagam, taki mam odruch ludzki.
moze kiedys mi bedzie potrzeba.
Mnie święta "wiszą". Mało mnie obchodzą więc większych przypływów miłosierdzia w okresie świątecznym nie doświadczam.
Na ogół nie daję pieniędzy żebrakom.
Wspieram w inny sposób:
1 Kupuję kwiatki od babuń i dziadków,którzy często przez cały dzień próbują sprzedać kwiatki ze swojego ogródka
2 Jestem wolontariuszką w hospicjum
3Wspieram jedną z akcji humanitarnych (nie naszych PL)
Podobnie jak shiva- nie mam jakichś większych rozterek przed świętami.Mam je za każdym razem gdy widzę potrzebującą osobę.
W moim bloku mieszka wielu biednych ludzi zbierających puszki po śmietnikach. Pewnego ranka,gdy mieszkałam już jakieś trzy miesiące w tym bloku zobaczyłam ilu jest potrzebujacych.Pod moim blokiem jest kościół i tego dnia rozdawano dary dla ubogich.Zaskoczona byłam kiedy zobaczyłam ile tych ludzi wchodzi z powrotem do mojego bloku.
Nie znam się z sąsiadami ale dzięki mojej najbliższej sąsiadce włączyłam się w pomoc.Oddaję dwa,trzy razy w roku rzeczy i zabawki po córce tej sąsiadce a ona zanosi rodzine kilka pięter niżej,w której jest chyba z szóstka dzieciaków.
Znamienny jest też fakt,że rodzice dzieci- młodzi ludzie nie pracują a co roku przybywa im dziecko.Ale to nie moja sprawa ich rozliczać,ja im tylko ciuchy i zabawki oddaję.
Kupuję też tym,którzy mnie o jedzenie poproszą.Ale ostatnio miałam sytuację,że chłopak w dresach,biednie ubrany poprosił mnie o kupienie bułki kiełbasy a potem zobaczyłam jak chłopaki pod moją "zagryzkę" rozpijają wódeczkę:)
Postanowiłam sobie,że młodym,sprawnym nic nie będę dawać.
Dla mnie ten temat jest dość trudny. Kiedyś pomagałam, tzn. dawałam jakieś drobne, kiedy ktoś podchodził do mnie i o to prosił. Nie potrafiłam odmawiać, zawsze było mi szkoda takich ludzi. Od jakiegoś czasu staram się być bardziej obojętna, bo sama nie mam góry pieniędzy i nie stać mnie na sponsorowanie komuś fajek, piwa i wódki. Jeśli ktoś prosi o pieniądze mówię, że mogę kupić lub dać coś do jedzenia. Jeśli nie chce, to sprawa jest jasna. Zdarza się, że mam wyrzuty sumienia, gdy odmówię, ale z drugiej strony pomóc wszystkim nie mogę. Ponadto przestałam ufać takim ludziom - nie wszystkim oczywiście. Częściej zdarza mi się pomóc osobom z mojego bliższego otoczenia, które znam z widzenia i wiem, że naprawdę nie mają pieniędzy.
A ja miałam kiedyś taką piękną historię w życiu:
Byłam młodziutka,miałam może 17 lat, szłam wieczorem przejść się na spacer na pobliskie targowisko, pooglądać,pomarzyć co bym sobie kupiła gdybym miała pieniążki...
Kilka metrów od wejścia na targowisko zobaczyłam mężczyznę. Był ubrany tak typowo biednie, potargany,brudny, ogólnie niezbyt zachęcający... Prosił o pieniądze na święta. Płakał. Zaczepiał ludzi a oni mijali go oburzeni albo nawet nie zwracali na niego uwagi. Jego postawa była pełna cierpienia, był zrezygnowany i zrozpaczony...
Gdy nasze oczy się spotkały, poczułam jakby piorun we mnie strzelił. Zobaczyłam w jego oczach taki bezmiar cierpienia, rozpaczy,że nie mogę tego opisać... Tymi oczami pokazał mi stan swojej duszy-biedę, szaleństwo,niesprawiedliwość...
Zawsze byłam bardzo nieśmiała ale wtedy poczułam taki power,że podeszłam do niego i zapytałam jak mogę mu pomóc (sama nie miałam ani grosza).
On był w szoku,że takie dziecko do niego podeszło,zauważyło go. Co się okazało. 5 dzieci, w tym 2 małe,chora żona,on na rancie, mieszkanie w ruderze bez opału,bez jedzenia... Nie będę wnikać w szczegóły ale tak jak mówię wstąpiły we mnie takie siły,że moja rodzina pomogła rodzinie tego pana. Zrobiliśmy zbiórkę wszystkiego co się dało:kocy, mąki,cukru,szczoteczek do zębów,jedzenia, wszystkiego...
Ponieważ byłam blisko ze znajomym księdzem pomagali też im księża.
Zaangażowałam się tak bardzo,że w mojej szkole wraz z nauczycielami i uczniami zorganizowaliśmy akcję zbiórek wszystkiego dla kilkunastu biednych rodzin. Do dziś pomagam tej rodzinie. Pan na pracę, dzieci dobrze się uczą a żona ma pieniążki na leczenie. Żyją skromnie ale godnie.Są cudowni,kochają mnie, dostaję od nich wspaniałe prezenty-kartkę na święta z rysunkami od najmłodszych,kawałek placka...
Podsumowując-daję zawszę i każdemu, bo w każdym biednym, słabszym czy chorym widzę bezmiar cierpienia tamtego Pana, którego wszyscy omijali wzrokiem...Wolę dać 5 osobom którzy tego nie potrzebują niż ominąć jednego prawdziwie potrzebującego.