Witam wszystkich po długim, długim czasie!!
Jakiś czas temu, pisałem o swoim problemie. Dziewczyna, która jak to większość z Was stwierdziła bawiąca się moimi uczuciami, nie szanująca mnie, nie warta mnie.
Walczyłem o Nią w ciszy. Przestałem zabiegać, wtrącać się w jej życie. Przestałem interesować się tym co u niej. Kochałem tylko, po cichu i prawdziwie. Jak nigdy.
W tym czasie, miała nowego chłopaka, ten ją przeleciał i zostawił. Później wyśmiał wśród znajomych i na miasto poszła fama jaka to ona jest łatwa i głupia.
Dziwne, bo zamiast śmiać się i cieszyć, czuć smak tryumfu, mnie to bardzo bolało. Po pewnym czasie odezwałem się do Niej.
Uczucie ponownie zaczęło dawać o sobie znać (nie wygasło). Rozmawiało nam się cudownie. Powiedziała, że żałuje swoich czynów. Nie raz płakała z tego powodu.
Było tysiąc razy lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Związek układał się super. Wyjechaliśmy we dwójkę do pracy na wakacje. Razem, całe 3 miesiące.
Tam przeżywałem chwile cudowne, a zarazem najgorsze w życiu...
Ona cierpi na jakąś chorobę psychiczną, albo ma taką nerwicę. Mój uśmiech do szefowej, zwyczajny uśmiech, z czystej ludzkiej życzliwości kończył się dosłownie demonicznymi kłótniami:O:O!! Ciosy w głowę, wyrwane kawałki skóry, krzyk jakby kto na niej egzorcyzmy odprawiał, obwinianie mnie nie wiem o co, dziury w udzie, wyzwiska od najgorszych popier**** szmaciarzy, skur****eli...masakra. To wszystko mnie wypaliło, przestałem już jak kiedyś emocjonalnie na to reagować. Podjąłem nawet 2 próby samobójcze, bo powtarzało się to co 3 dni. Robiłem wszystko by było dobrze, a nie wychodziło. Zacząłem więc, myśleć, że jestem chory psychicznie, że ranię osobę, którą kocham.
Wróciliśmy do domu, sytuacje powtarzały się regularnie co tydzień - dwa. Raz słabiej raz mocniej, ale mimo wszystko miałem jakieś dziwne wrażenie, że ta dziewczyna mnie kocha. Gdy się zdenerwowała, nie można było z Nią porozmawiać.
Była taka sytuacja na weselu mojego kuzyna, gdzie o 23 rozwaliła mi ucho, i już na wesele nie wróciliśmy, za to do 5 rano byłem wyzywany, bity i kopany w pokoju hotelowym. To wszystko mnie po prostu dobijało...
2 miesiące temu dowiedziałem się, że będę tatą....a wczoraj miała miejsce kłótnia, która zniszczyła wszystko. Jej mama trzyma moją stronę, wie, jaka ona jest...tłumaczy to tragicznym dzieciństwem. Ja również staram się wziąc na to poprawkę. Chcę jej pomóc, ale ona tej pomocy nie chce..albo mówi, że spokój jej pomoże.
Drogie Panie, za mną już pierwsza nie przespana noc, i myśli samobójcze. Jeżeli mam teraz stracić ją i dziecko, to na prawdę nie ma dla mnie sensu życie...
Przepraszam za błędy i brak poprawnej składni, ale na prawdę nie mam siły teraz o tym myśleć.
Napiszcie mi co mogę zrobić jeżeli chodzi o dziecko? Czy będę mógł je widywać. Do Niej nie odezwę się już pierwszy, a znając jej dumę ona tez tego nie zrobi.
Wczoraj kazała mi zabrać wszystkie swoje rzeczy, aby nie musiała mnie już widzieć. Powiedziała, że nie nadaję się na tatę, że jestem dzieckiem, że mnie nie kocha,...
Tydzień wcześniej, mówiła, że na lepszego chłopaka trafić nie mogła. Że gdyby mnie zobaczyła z inną, by mnie zabiła. Że będę cudownym ojcem, że kocha mnie i jest szczęśliwa ze mną...
Wyobraźcie sobie jak kocham i jak jestem rozerwany w środku..w sercu i w umyśle..:(:(