Witam was... Jestem tu nowa i właściwie trafiłam przypadkiem, szukając pomocy i odpowiedzi na dręczące mnie pytanie... Wziąć rozwód czy nie? Może w wielkim skrócie opiszę swój problem, jednak jest on podobny do piksidixi... Nie mam z kim o tym porozmawiać oprócz mojego kochanka, który nie jest jednak obiektywną osobą w tej sprawie... Zaczęło się fantastycznie ja 17 lat on 19... młoda, głupia zapatrzona w niego jak w obrazek, zrezygnowałam dla niego ze wszystkich moich przyjaciół, przebywaliśmy tylko w jego towarzystwie, chorobliwie zazdrosny zaczął być mniej więcej po roku znajomości nie raz mi sie za to oberwało bez większego powodu z mojej strony... po prostu potrafił mnie uderzyć, o wyzwiskach nie wspominam... nie ważne czy to było w domu, czy na ulicy... koleżanki tłumaczyły, prosiły... to nie jest facet dla ciebie, a ja głupia romantyczka wierzyłam że mogę go zmienić, że on mnie kocha... później (po 3 latach takiego związku, który na siłę chciałam utrzymać i to mi zależało najbardziej), zaczęłam pracować poznałam fantastycznego mężczyznę na jednym ze szkoleń, mieszka w miejscowości obok, spotykaliśmy się kilka razy, jednak ja byłam nieugięta i tłumaczyłam, że jestem zajęta (zaręczona nawet, bo jakiś miesiąc wcześniej się zaręczyłam), on dalej próbował stał się moim przyjacielem, powiernikiem problemów o których już z nikim nie rozmawiałam... on jedyny mnie rozumiał i byłam przy nim bezpieczna... pewnego razu poszłam z nim do łóżka i tak się zaczął mój romans... czasem w skutkach bardzo zły, mój narzeczony kontrolował mi czasem telefon, kilka razy przeczytał jego smsy do mnie bo akurat je przechwycił... i znów mi się dostawało - w sumie na własne życzenie wtedy... pewnego razu nawet spotkali się, pobili w bardzo publicznym miejscu. Spotykałam się z nim po nocach w tajemnicy przed wszystkimi... tłumaczył mi tyle razy że to nie jest mężczyzna dla mnie, że tak nie można, ale ja uparcie wierzyłam, bo jeszcze miałam tyle siły, żeby walczyć o związek, w który tak dużo włożyłam od siebie, nastawiona na dawanie a nie branie... Aż pewnego dnia coś we mnie pękło... Postanowiłam z nim zerwać, zaręczyny data ślubu nie były dla mnie ważne, uwierzyłam że mogę żyć inaczej... i co? zaczął mnie szantażować że się zabije, że beze mnie nie może żyć... że się zmieni chociaż tyle razy to obiecywał i nigdy nie wychodziło, nawet zaangażował w to rodziców i moich i swoich... powiedziałam mamie że chyba nie chcę z nim być, ale nie miałam odwagi opowiedzieć co z nim przeżywałam, wiedziała tylko tyle że czasem podniósł na mnie rękę, ale jedyny jej komentarz na ten temat to ? nigdy nie wiesz jaki będzie ten drugi, może być jeszcze gorszy? I tak po tych namowach zostałam przy nim, ale we mnie coś pękło? już nie byłam tą samą osobą moje marzenia o romantycznej miłości prysnęły, ale brałam to co dostawałam. Nadal byłam z moim obecnym mężem, który co prawda się starał, ale przy każdej okazji możliwej spotykałam się z nim? to było ode mnie silniejsze? wtedy jeszcze nie wiedział, że naprawdę wychodzę za mąż, bo nie odważyłam się mu tego powiedzieć. Później ślub, ten drugi też już o tym wiedział ale dalej był przy mnie i mi to odradzał? Tyle że ja nawet w dniu ślubu myślałam nie o swoim mężu tylko o nim? trudno wzięłam ślub, mamy własne mieszkanie, kredyt wspólny a ja już zaraz po przyjeździe z podróży poślubnej spotkałam się z nim mimo, że obiecałam sobie i jemu że już nigdy więcej? a jednak to było silniejsze ode mnie? i tak minęło już od ślubu 1,5 roku, a w moim życiu dużo się nie zmieniło, mąż nie jest może chorobliwie zazdrosny, ale za to nerwowy i w atakach złości jest w stanie mnie okropnie uderzyć wyzywać? trudno mi żyć w takim związku wiedząc, że mam tą drugą osobę, która tak bardzo mnie rozumie i zna i z którą dalej się spotykam. On też ma co prawda przelotne znajomości z kobietami w międzyczasie bo formalnie nigdy nie byliśmy razem, ale jest wolny i czeka na mnie, a do tego daje mi to dokładnie do zrozumienia? proszę poradźcie mi? ja czuję, że zaczynam się dusić w tym małżeństwie, nic mnie nie cieszy? robię wszystko machinalnie, jakby z przyzwyczajenia, a do tego mój mąż zaczyna wspominać o dziecku? nie chcę żeby i ono później niewinnie cierpiało za moje błędy?
Dodam tylko, że moje zaufanie i nadzieja, że on zmieni swoje nastawienie do mojej osoby legło w gruzach. wiem, że on już taki pozostanie na zawsze, a ja chciałabym być szanowana i kochana przez 24h na dobę, 365 dni w roku, a nie tylko wtedy kiedy miedzy mną a mężem jest dobrze i ma dobry humor...