Czy kobieta może tak po prostu przestać kochać?
Mam fatalną sytuację. Nie wiem co mam robić. Jestem zdesperowany. Bylem z kobieta 5 lat. Bylo wspaniale, chociaz ja (jak to mezczyzna) czesto tego nie docenialem (tzn. nie okazywalem uczuc az tak mocno ale w duchu bardzo docenialem). Ona kochala totalnie, maksymalnie. Moglem zrobic wszystko ale zawsze mialem do kogo wrocic, ba, to ona sama wyciagala do mnie dłoń. Spedzalismy kazdy dzien ze soba, planowalismy slub, ona tego bardzo pragnela, ja mialem do tego dystans. Nigdy jej nie zdradzalem, nigdy nie oklamywalem, czasami nie bylem w porzadku, klocilismy sie dosc czesto ale o nic powaznego. Jestem jej pierwsza miloscia, a ona moja wogole pierwsza kobieta i miloscia. Nagle musialem wyjechac na rok i wracalem do niej tylko na weekendy i swieta. I co?
Zaczelo sie. Moje piekło. Pewnego dnia postanowila sie na mnie obrazic i nie odzywala dlugi czas jak na nas (ok. miesiac). Zaczela spedzac czas z kolezankami, balety, praca itp. I stwierdzila ze nie jestem nagle jej potrzebny. Coś we mnie pękło. Wiedzialem jak bardzo jest dla mnie wazna i myslalem ze jestem dla niej najwazniejszy. Wylalo sie we mnie wszystko to co stopowałem przez tyle lat.
Miala do mnie pretensje ze nie odzywalem sie do niej przez ten miesiac, ale to ona postanowila sie nie odzywac wiec nie do konca zrozumialem te zarzuty. Przeprosiłem. Zapewnialem ze ja kocham, ze wszystko bedzie dobrze, ze jest dla mnie najwazniejsza i zrobie dla niej wszystko. Postanowila ze da mi szanse. Zaczela naciskac na slub, na mieszkanie razem, na zareczyny. Wybrala pierscionek sobie nawet, wybrala obraczki, zaczela planowac wspolne zycie, plany, wakacje.
I znowu stalo sie to samo. Nagle sms "nie kocham cie juz, nie mecz mnie, daj mi spokoj". Znowu moje piekło. Nie moglem spac, jesc, nic nie moglem. Dalem jej spokoj. Rozmawialismy tylko czasami na Gadu-Gadu oraz pare smsow i moze z 3 telefony. Ktorejs nocy budze sie. Sms. "zaczynam tęsknić". Nic nie odpisalem, ale tak sie zlozylo ze potrzebowalem jej pomocy i zadzwonilem do niej po 2 dniach ze wpadne. Przytulila sie do mnie, powiedziala ze bardzo tesknila. Nastepnie kolejnego dnia zaprosila do siebie. Calowalismy sie namietnie, przytulalismy, potem kochalismy. Powiedziala ze obiecuje mi ze nigdy juz tego mi nie zrobi. Ze zawsze bedziemy razem. Ze chce jechac ze mna na koniec swiata, ze bedzie jak dawniej. Ze kocha nad życie. Wymuszala wrecz bym sie jej oswiadczyl, ale ja chcialem poczekac na dobra okazje. Mijaly dni i znowu to samo. Nagle znowu mnie nie kocha, znowu mnie nie potrzebuje, znowu mam dac jej spokoj. Znowu sa kolezanki, znowu sa inne rzeczy. Raz mowi ze kocha i ze jej wybor jest racjonalny gdyz uwaza nasz zwiazek za toksyczny, ze nic nas nie laczy (bzdura kompletna, laczy nas tyle ze nie wiem jak sobie z tym poradzic). Nic jej nie zrobilem, po prostu nic.
O co tu kurwa chodzi? Kobieta zrobila mi wodę z mózgu. Czy ona moze miec jakies problemy emocjonalne? Dodam ze jest bardzo wybuchowa, potrafiłaby zęby sobie zjeść z byle powodu.
Co z nami bedzie? Wiem ze kochala mnie nad zycie i zrobila by dla mnie wszystko. Czy milosc moze tak nagle po prostu odejsc? Teraz nie odzywamy sie do siebie ale ja mysle tylko o niej. Sni mi sie po nocach, kocham ja nad zycie. Po prawie 6 latach kocham dalej tak jak bysmy byli razem miesiac. Nigdy mnie nie oklamywala, a ostatnio zadko kiedy juz mowila prawde. Juz sam zreszta nie wiem gdzie jest prawda, a gdzie fałsz.
Juz nie wiem czy ona mnie kocha. Mam rozne teorie. Jedna z nich jest ze ona nie potrafi kochac na cale zycie bo potrzebuje tego palącego, silnego uczucia ktore po jakims czasie zawsze wygasa. Tylko po co ta szopka? Po co te slowa o milosci nad zycie, ze najmocniej, ze zareczyny i to cale gowno.