Witam... jestem tutaj nowa... szukalam pomocy u lekarzy, instytucji.. lecz nic..moze Wy mi drogie doradzicie... moja historia jest dosc dluga... dziecinstwo mialam straszne... bicie,wyzywanie.. znecanie sie.. zakazy itp. dopiero od niedawna zdalam sobie z tego sprawe ze to nie ja jestem winna temu ze jestem jaka jestem... ze nie potrafie sobie poradzic z zyciem... z tego wszystkiego zaczely sie moje problemy... od zawsze w relacjach z mezczynami nie ukladalo mi sie dobrze... zwiazki trwal po 2,3 lata a potem wszystko sie rozsypywalo... zawsze obwinialam o to moich partnerow... 3 lata temu przez wlasnie jeden z takich zwiazkow gdzie mieszkalam z moim chlopakiem wyjechalam za granice... ucieklam po prostu... przed smutkiem tesknota i miloscia... bylam sama 2 lata... rok temu poznalam mezczyzne.. mialam duze watpliwosci... on facet 14 lat starszy ode mnie... z 3 dzieci...w dodatku jest turkiem... na poczatku powiedzialam nie... mimo tego ze sie zakochalam... nikt nigdy dla mnie taki nie byl... nie myslcie ze chodzi o pieniadze... on poprostu byl przy mnie i o mnie dbal... nie chcial seksu... on byl szczesliwy jak byl ze mna... ciagle, nie, nie, nie... wszystkie stereotypy okazaly sie nie prawdziwe.. on mnie nie chcial wykorzystac... nie zabranial mi niczego... ale ja ciagle nie chcialam.. a on nie rozumial dlaczego.. jako ze znam wielu turkow wiedzialam ze oni najczesciej maja zony... a ja nie chcialam niszczyc rodziny... kiedys rozmawialismy ze soba i on powiedzial ze jest wczasie rozwodu... ze to zaczelo sie przede mna i ze ona tez bardzo go chce... ze on nigdy nie kochal tej kobiety ani ona jego.. byl z nia dla swoich rodzicow... bo oni tak nakazali... widzialam jak cierpi... to nie jest szczesliwy czlowiek... po dlugich rozmowach zosalismy para..wszystko bylo pieknie.. zobaczylam list w sprawie rozwodowej.. on spedzal czas z dziecmi.. i wszystko bylo cudownie.. do pewnego momentu... w pewnym momencie chcialam zeby zostawal u mnie na noc.. i wtedy pojawil sie problem... on ciagle nie mogl i tlumaczyl mi ze nie moze bo co dzieci sobie pomysla... ze dzieci nic nie wiedza o rozwodzie... i ze on nie potrafilby ich skrzywdzic.. ja tez tego nie chcialam..wiec probowalam zrozumiec... lecz ciagle byly klotnie i robilo sie coraz gorzej... w tym momencie stracilam prace... rozchorowalam sie.. ciagle problemy z brzuchem ,jelitami...lekarze stwierdzili ze na tle nerowym.. zamknelam sie w sobie.. on dbal o mnie .. wozil do lekzry,gotowal, sprzatal,myl jak bylo trzeba... a ja siedzialam calymi dniami patrzac w okno i czekalam kiedy przyjdzie.. i zamartwialam kiedy znow pojdzie... nasze klotnie byly co tydzien... coraz gorzej.. przestalam w ogole sie kontaktowac ze swiatem.. byl tylko on i on... i jeszcze raz on... popadlam w depresje... chodzilam na terapie DDA i do psychologa... troche pomoglo.. zaczelam pracowac... ale nasz zwiazek sie psul..ja ciagle czekalam na niego... ciagle bylam zla...szantazowalam ze go zostawie ... zaczal u mnie sypiac.. lecz dalej mieszkal ze swoja rodzina.. potem juz nie zauwazalam jego dobrych checi.. ciagle bylam zazdrosna.. nie potrafilam mu zaufac... nie potrafilam zrozumiec dlaczego on jeszcze sie nie rozwiodl.... w koncu doszlo do proby samobojczej... pierwszy raz w zyciu dostalam mandat za jazde bez biletu... a go akurat przy mnie nie bylo... i stalo sie... plakalam w poduszke ,duszac sie polykalam garsc tabletek antydepresyjnych...na szczescie mnie uratowal.. teraz mowie na szczescie ale wtedy bylo mi wszystko jedno....tak naprawde to chyba byl "wolanie" o pomoc.. ale wrocilismy do domu... nic sie nie zmianilo... potem byla druga proba... wtedy juz nic nie chcialam... to juz nie bylo wolanie o pomoc ale bol,wielki bol... i niechec do zycia... znow szpital,psychiatrzy... to wszystko bylo na nic... ja sie nie zmienialam i on tez nie... wrecz przeciwnie bylo coraz wiecej klotni... on nie staral sie mi pomoc z tego wyjsc... juz wtedy nie... miesiac temu pojechal zawiezc swoja rodzine na wakacje do turcji.. prosilam go nie rob tego.. nie chodzilo mi o dzieci ale o jego zone.. i nie wierzylam ze bedzie to trwalo 3 dni... i tak pojechal... po drugim dniu jego nieobecnosci znow probowalam sie zabic...tabletki,podcieta zyla.. tylko tym razem cos mi sie stalo.. jakby ktos mi nowa energie dal..albo bol i strach sprawil ze . zadzwonilam po karetke... nie umialam juz chodzic.... tak bylam slaba.. lekarze pozniej powiedziali ze jeszcze 10 minut i nie byloby mnie na tym swiecie.. staralam sie zmienic.. chociaz troche cieszylam sie z zycia.. ale tylko wtedy kiedy on byl kolo mnie... ale zauwazylam ze to nie jestem ja.. ze ja nie zyje praktycznie... ze 24 godz na dobe mysle tylko o nim.. nie mam nikogo..kompletnie nikogo... tylko jego... 2tyg temu bylismy na wakacjach.. pojechalam do Turcji.. po 2 dniach zobaczylam w tel nr jego bylej.. gdzie tydzien wczesniej obiecywal ze nie bedzie z nia utrzymywal kontaktu..hm oklamal mnie.. spakowalam sie..poprosilam zeby mi kupil bilet.. zawiozl mnie na lotnisko...a ja blagalam zeby mnie nie odsylal.ze to moja wina.... jak male dziecko... on nie sluchal.. mowil ze kocha ale ze ja sama tego chcialam... bo mu nie ufam... wrocilam do domu... przepraszajac go i proszac o jeszcze jedna szanse.. ze sie zmienie... po tygodniu znalazlam bilet... znow polecialam do turcji.. caly tydzien mnie oklamywal,zostawial sama... ja nic nie mowilam... obiecalam ze sie zmienie.. kosztem tego on mnie wykorzystywal... zostawil mnie na lotnisku na 12 godzin... cala noc spedzilam sama... bo on musial rodzine spowrotem przywiezc rodzine... nic nie powiedzialam... wrocilam do domu.. ale jakas inna... juz nie rozwscieczona.. on klamal nadal.. a ja tylko patrzylam i nic nie mowilam... nagle zobaczylam zycie z drugiej strony.. jego zona znalazla gdzies moj numer.. dzwonila do mnie z prywatnego i nic nie mowila... wiem ze to ona... i nagle zdalam sobie sprawe z tego... ze on chyba jednak sie nie rozwodzi... wiem ze w ich kulturze to ciezkie do przejscia.i to juz trwa niby 2 lata....ale skad znow te papiery rozwodowe... on sie bardzo zmienil... nie ma juz szacunku do mnie.. i wiem ze sama do tego doprowadzilam... kiedys bylam silna kobieta... a teraz bylam jak pies u jego nogi... wiem ze on mnie kocha... wiem ze ciepi w malzenstwie.. wiem ze to dak daleko zaszlo ze on sam zwariowal... bo nie zdawal sobie sprawy z tego ze tak sie nasz zwiazek rozwinal... tysiace rozejsc i powrotow.. bo jedno bez drugiego nie moglo wytrzymac... do tej pory to ja dyktowalam warunki... teraz ja nic juz nie moge powiedziec.. on ma gore nademna... wczoraj zadzwonilam napisalam do niego ze ja sie zmieniam.. ze wiem ze nie jestem juz slaba... i ze teraz on musi wiedziec czego chce.. bo jeden blad moze wszystko zniszczyc.. on powiedzial ok... ze mnie kocha i ze zrobimy wszystko zeby bylo w porzadku.... ale zaraz potem spytalam o ktorej przyjedzie do mnie.. a on stwierdzil ze rozmawia z bracmi i ze nie ma dla mnie czasu dzisiaj.. wiec mu powiedzialam ze rozumiem ze rozmawia z bracmi ale na noc oczekuje go w naszym lozku.. a on na to ze nie ma czasu..bez zadnego wytlumaczenia dlaczego... hm... znow wyslalam smsa.. ze to koniec ,ze nigdy wiecej... ale on napisal tylko: "tak,tak ty i te twoje koniec".... on wie ze nie potrafie bez niego zyc... a ja sama?? kocham go bezgranicznie.. to dobry czlowiek.. ktory tez nie wie co zrobic ze swoim zyciem.. jest nieszczesliwy w zwiazku z zona.. w sumie to nic tam nie ma bo go nie ma w domu.. albo jest ze mna..albo w pracy..albo ze znajomymi..a dzieci zabiera na miasto, i spi na kanapie... a ze mna nie moze byc szczesliwy bo nie jest wolny... ale tak bardzo mnie krzywdzil i krzywdzi.. nie reka, nie slowem ale tym co robi... jak klamie, jak oszukuje.. mnie i swoja rodzine... teraz siedze w domu.. i nie wiem co robic dalej.. jak dalej zyc... jak ma wrocic ta dziewczyna z przed roku... ta ktora choc troche cieszyla sie zyciem... w glowie mam tysiace mysli.. i boje sie tylko jednego.. ze znow przyjdzie moment kiedy opuszcza mnie calkiem sily i wtedy moze byc za pozno...
drogie kobiety doradzcie...
pozdrawiam K