Ostatnio wkroczyłam w niebezpieczny temat. Taki, o którym wolałabym nie wiedzieć. Chociaż.. jeśli tak mówię, może oznaczać to tylko jedno - jestem wstrętną egoistką.
Moje układy z mamą zawsze były całkiem niezłe. Zdarzały się kłótnie, jak w każdej relacji między matką a córką. Ale kiedy potrzebowałam pokrzepienia, rady, nigdy nie odmawiała pomocy. Dziś najwyraźniej nadszedł czas, żeby się odwdzięczyć. Nie wiem tylko, czy potrafię temu podołać.
Mama ma poważny problem. Nie wiem, co zrobiłabym na jej miejscu.
Wyznała mi ostatnio, że nie czuje się szczęśliwa, będąc w związku z tatą. Ojciec zmienił się, stał się oziębły, nie potrafi wyrazić uczuć wobec niej. Z resztą zawsze był zamknięty w sobie. Rodzice mają nas aż pięcioro, ale z żadnym z nas tata nie próbował nawiązywać prawdziwie rodzinnej więzi. Niby wszystko było w porządku..
Był w domu, oglądał telewizję, naprawiał sprzęty, zarabiał na rodzinę, po prostu był. Ale jakby go nie było. W końcu na materii świat się nie kończy. Jest coś poza zwykłymi rzeczami, jak nawiązywanie kontaktu emocjonalnego poprzez zwykłą rozmowę, przez wspólnie spędzony czas, zabawę, okazanie uczuć. Ale tata zawsze był.. introwertykiem, jakby żył obok nas, nie z nami. Zachowuje sie tak nie tylko wobec swoich dzieci, ale też wobec żony. Może zabrzmi to strasznie, ale czasem, gdy przyglądam się relacjom moich przyjaciółek z ich ojcami, zazdroszczę im. Ich żartów, życzliwej atmosfery miedzy nimi... Ja nie wiem jak to jest, nigdy tego nie zaznałam i czuje sie tak, jakbym straciła ojca dawno temu.
Mimo wszelkich starań mamy, jej uwag, próby rozmowy i obietnic ojca, że wszystko się zmieni, że bedzie sie starał, tak naprawde nic nie uległo poprawie.
Mama nadal czuje się niekochana, zapomniana, odrzucona. Brakuje jej ciepła. W końcu to nie grzech chcieć być przytulaną, chcieć usłyszeć miłe słowo, komplement, dostać choćby głupi kwiatek od męża.
Mama ostatnio duzo ze mną rozmawiała na ten temat. Czasem obie płakałysmy, bo... zapytała mnie, co bym zrobiła, gdyby doszło do rozwodu.
Zatkało mnie, nie wiedziałam, jak wydobyc z siebie jakikolwiek artykułowany dźwięk. Po prostu sobie tego nie wyobrażałam.
Wiem, że mama ostatnio odzyskała kontakt z pewnym mężczyzną, tak zwaną pierwszą miłością. Rozmawiają ze sobą codziennie; mama wyznała mi, że tata nigdy nie dał jej tyle, ile tamten daje jej poprzez zwykłą rozmowę przez telefon.
Gdy myślałam o tym dłużej.. Doszłam do wniosku, że tata się nie zmieni. Wyniósł pewne wartości z rodzinnego domu (a raczej ich brak, bo jego rodzice - a moi dziadkowie - nie pobrali się z miłości wiec i nie mogli nauczyc synów okazywania jej) i najwyrazniej nie wie, że można być innym, lepszym, CZUŁYM mężczyzną.
Do tej pory mama dawała z siebie ile mogła, ale to się musiało skończyć, bo ile można mieć siły, aby walczyć o miłość? O każdy pocałunek, uścisk dłoni, każde słowo, choćby "kocham"?
I teraz chyba zaczynam ją rozumieć. Powoli oswoiłam się z tym, że kiedyś coś się w niej złamie i może być tak, że związek rodziców się rozpadnie. Jedyne o co się martwię w tej chwili, to młodsze rodzeństwo (oni nie rozumieją tego tak, jak ja. nawet mnie jest ciezko. Nie moge spać, jeść, uśmiechać sie, mimo, że jakoś to ogarnęłam)... No i jeszcze rodzina ze strony taty, z którą zawsze mama miała dobry kontakt. Odrzucili by ją na pewno.
W ogóle nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice nie byli razem. Mimo wszystko istniała miedzy nimi więź, no.. po prostu miłość. Po prostu coś się zmieniło i tyle.
A z drugiej strony zaczynam przygotowywać się na zmiany.
Chcę, aby mama była szczęśliwa. Jest wspaniałą kobietą. Zmaga się z tyloma problemami, że musiałabym poświęcić kolejny post, aby napisać jak bardzo jest niesamowita i dzielna.
Należy jej się coś od życia. Mężczyzna, który ją wesprze, a nie taki, który wraca z pracy, aby za chwilę zniknąć w ogrodzie lub burknąć, że jest zmęczony, i "gdzie jest jego obiad". Tatę kocham, w końcu to moj tata... Ale nawet ja próbowałam mu wytłumaczyc parę rzeczy i nic to nie zmieniło.
Nie chcę, aby moja mama popadła w depresję, bo jest coraz gorzej. Dlatego jesli bedzie chciała zacząć wszystko od owa z kimś innym... Nie bede stała jej na drodze - wręcz przeciwnie, bede ją wspierać! Jest piękną kobietą, jeszcze wszystko może się zdarzyć.
To, co piszę, może się wydać okrutne. Ale taka jest prawda.
Prawdą jest też to, że gdy myslę, ze mogłoby dojsc do rozpadu rodziny, robi mi sie niedobrze i płaczę jak dziecko lecz z drugiej strony każdy ma prawo do szczęścia. A już na pewno taka kobieta, jak moja mama.
NIe wiem, co mam robic. Jesli bede zyczyła szczescia mamie, "zdradzę" tatę. A jeśli odmówię prawa do zaznania szczęścia mojej matce, kim wtedy będę?? Jaką "córką"?
Nie oczekuję, ze ktoś odpowie na tę wypowiedź. Po prostu jest trochę łatwiej, gdy napisze się o problemie takiej wagi. Nie radzę sobie z tą świadomością, ukrywam łzy... I mam nadzieję, że jakoś wszystko się ułoży....