Hmmm,
owszem, ogromna ilość twierdzeń psychologicznych poddaje się falsyfikacji (choć nie zauważyłem, aby w jakiejkolwiek dyscyplinie naukowej na co dzień podawano doświadczenia ewentualnie w tym celu przydatne). Nie umniejszając w żaden sposób osiągnięć Karla Poppera, którego wkład w filozofię nauki jest bezsporny, obawiam się, że być może nie wiedział za bardzo, czym nowoczesna psychologia się zajmuje
Z tego, co pamiętam sprzed wielu lat, atakował zresztą głównie psychoanalizę, nie psychologię, ale nie upieram się, bo być może nie pamiętam dokładnie.
Nowoczesna psychologia bardzo szeroko w swych badaniach stosuje metodę eksperymentalną (polecam na przykład: Brzeziński, J. (2010) Metodologia badań psychologicznych. Warszawa: PWN, lub Ferguson, G.A., Takane, Y. (2009) Analiza statystyczna w psychologii i pedagogice. Warszawa: PWN - gdyby ludzie mieli czasem do czynienia z taką literaturą, naprawdę mieliby pojęcie o psychologii wolne od zabobonów...).
Nie dotyczy to jednak psychologii klinicznej i psychoterapii, bo w tych dyscyplinach stosowanie metody eksperymentalnej często okazuje się po prostu niemożliwe. Nad czym natomiast ubolewam - psychoterapia jest wg mnie w ogóle Dzikim Zachodem psychologii i w praktyce nikt za bardzo nad nią nie panuje...
W moim przekonaniu powiedzenie, że "szewc bez butów chodzi" jest zupełnie nieuzasadnione w odniesieniu do psychologa i wielu jeszcze innych zawodów (to zupełnie tak, jakby księdzu dawać pełne przyzwolenie na najbardziej plugawe grzechy, a prokuratorowi - na działalność przestępczą itd.). Jeśli ktoś chce bez butów chodzić, moim zdaniem nie powinien zostawać psychologiem, a zwłaszcza psychoterapeutą.
Każdy z nas może zachorować psychicznie, jeśli sytuacja przerośnie jego możliwości adaptacyjne. Jeśli jednak ktokolwiek, stojąc w pozycji autorytetu, swoim codziennym zachowaniem permanentnie zaprzecza głoszonym przez samego siebie zasadom, należy zastanowić się, czy pozycja autorytetu faktycznie mu się należy. Dla przykładu: znam przypadki, kiedy czynny alkoholik, nie radzący sobie kompletnie z nałogiem, prowadził grupę terapeutyczną, doradzając ludziom codziennie w zakresie lecznictwa odwykowego - czy można to usprawiedliwić "chodzeniem bez butów"? Moim zdaniem sytuacja taka jest po prostu karygodna.
Osobiście zawsze przestrzegam klientów przez psychoterapeutami - nieudacznikami. Ponieważ, jak widzę, problem jest żywotny i cieszy się zainteresowaniem, wpadłem na pomysł pewnej publikacji z tego zakresu.
Porównanie psychologii z astrologią uważam za absurdalne.
Co do studiów psychologicznych - studiując psychologię sam się często zastanawiałem, co właściwie przywiodło na te studia zwłaszcza niektóre osoby. Wyrobiłem sobie taki pogląd (myślę, że pewnie dotyczy to wszelkich innych kierunków) - w moim przekonaniu studentów psychologii można z grubsza podzielić na 3 grupy:
Pierwsza to osoby, które wiedziały, po co przychodzą na te studia, wiedziały, na czym te studia polegają i studia spełniły ich oczekiwania. Studiowali więc swoją ulubioną dyscyplinę naukową i - jak sądzę - stanowią dziś grono dobrych w tym zakresie fachowców.
Druga to ludzie, którzy wprawdzie z premedytacją startowali na psychologię, jednak studia nie spełniły zupełnie ich magicznych oczekiwań; dla przykładu: spodziewali się, że psychologia rozwiąże ich osobiste problemy lub umożliwi im swobodne czytanie w ludzkich głowach. Ci nierzadko uprawiają dziś magię pod szyldem psychologii, usiłując mimo wszystko podciągnąć tę ostatnią pod osobiście wyznawane, kulawe oczekiwania - znam takich osób sporo.
Trzecia to osoby zupełnie przypadkowe, pragnące postudiować sobie cokolwiek i dobrze się bawić - a że trafiły akurat na psychologię, to zwykle przez jakiś czas odrobinę psychologizują.
Co najsmutniejsze - niestety, zatrudnienie w zawodzie psychologa nie jest rozdzielane racjonalnie według powyższego klucza. Implikacje są oczywiste: w zawodzie psychologa zapewne pracują dziś przedstawiciele wszystkich wymienionych grup.