witam Was, często tu zaglądam jako obserwator, dziś postanowiłam zwrócić się o radę...
jesteśmy razem 6 lat, od trzech małżeństwem...
Do tej pory wszytsko było dobrze, poprawnie, nie idealnie, ale tak jak myślę, że powinno być.
Od jakiegoś czasu "coś" się zmieniło, może to ja się zmieniłam... Już sama nie wiem.
Wcześniej chyba nie dostrzegałam tego, że mój mąż tak bardzo stroni od podejmowania konkretnych decyzji, od brania na siebie odpowiedzialności. Starałam się robić tak żeby wszystkie decyzje podejmowane były wspólnie, choć dziś widzę, że tak nie było. Albo mąż odpowiedzialność kierował na mnie, albo jak włożyłam trochę strań w takie zabiegi to wychodziło tak, jakby to on o czymś decydował.
Mąż stara się wykręcać od robienia jakiś kroków do przodu, czasem mam wrażenie, że nie zamierza się o nic dodatkwo starać, bo "jakim mnie Boże stworzyłeś, takim mnie masz".
Dziś już brakuje mi na to siły. Nie chcę go urazić i powiedzieć mu, że czuje się stłamszona i ograniczana w kierowaniu swoim życiem, bo dotychczas starałam się robić wszytsko, żeby czuł się głową domu i rodziny. Starałam się żeby czuł, że decyduje, że działa, że wiele od niego zależy.
Teraz już nie mogę. Skończyłam studia + podyplomówkę z myślą o otworzeniu własnego biznesu. Dziś stoję przed tą decyzją, a on mi mówi, że jej ze mną nie podejmje, ale jak coś zdecyduje to mnie wesprze we wszystkim. Już przestałam mieć nadzieję, że mi w tej kwestii pomoże. Oznajmiłam mu, że otwieram firmę i zaczynam działać na własny rachunek, a teraz on mi mówi, że ROBIMY dobrze, i że sobie PORADZIMY!! My. Jak ja na siebie wszystko wezmę to okazuje się, że to nasze wspólne działania....
Chciałam żeby to on podjął jakąś decyzję, też myślał o czymś swoim, ma skocznone 2 kierunki, jest szalenie inteligentny, ale życiowo... nie umiem go pojąć.
Do tego na każdym kroku oczekuje, że będę go głaskać, mówić, że robi dobrze, że nawet jak nic nie robi, to jest to najlepsze wyjście z sytuacji. Mam wrażenie, że boi się wszytskiego. Pokazuje mi, że mnie potrzebuje, ale głównie do zapewniania, że jest super.
Po kilkunastu miesiącach wychowawczego postanowiłam wrócić do życia zawodowego i mam wrażenie, że on się tego boi. Niby zawsze mówił, że chciałby żebym realizowała się zawodowo, ale chyba podświadomie marzy o tym, bym jak jego matka zajmowała się domem, była zawsze pod ręką jak trzeba się wyrzalić, pokrzyczeć.
To wszytsko potęguje jego aspołeczny stosunek do świata. Jak tylko dzwoni tel od znajomych, po prostu boje się odebrać, bo albo znowu będę musiała szukać wymówki, albo mąż pójdzie ze mną na siłę, a ja cały czas będę się martwić czy bawi się dobrze. Najlepszym rozwiązaniem jest jak ktoś przyjdzie do nas. Wtedy dla niego ok. Tylko czasem ja chciałabym gdzieś pójść.
Ostatnia sprawa to ciągłe zmęczenie. Wszystkim by mówił jak bardzo jest wykonczony. Rozumiem to, ale on pracuje 8h i naprawdę niczego nie oczekuje od niego po powrocie z pracy. Ja prowadzę dom, zajmuje się dzieckiem, pracuje dorywczo... Wiem, że to inne zmeczenie psychiczne, ale mi też bywa ciężko.
Kocham go i nie umiem mu tego powiedzieć. Wiele razy rozmawialiśmy już o tym, ale tylko na krótko przynosi to efekt.
Zdecydowałam się na pracę zawodową (swój interes), bo muszę stanąć na własne nogi. Uniezależnić się od męża, choćby finansowo. Może jak zaangażuję się w pracę to spojrzę na to z dystansem, może jakoś się poprawi.
Na teraz to moje jedyne wyjście, bo już nie wierze w rozmowę, która go złamie. Ma słabą psychikę i gdybym powiedziała mu wprost to co tu napisałam, nie wiem jak by to zniósł.
To dobry człowiek zrobiłby wiele dla swoich bliskich, ale chyba to wiele musi być w zasiegu ręki.
Nie mam ostatnio siły nawet na wspólne spędzanie czasu. Mam ogromną ochotę gdzieś wyjechać i odpocząć. Sama. Nabrać dystansu.
Doradźcie, rozmawiać mimo wszytsko, ale jak, kiedy on jest taki wrażliwy...
Rzucić się w pracę i liczyć, że się dołączy?
A jak się nie dołączy tylko będzi mi płakał, że nie ma mnie w domu?
Czy ja coś robie nie tak w tym związku??