Dziewczyny, to co napiszę będzie może dla wielu z was niczym nowym. Tym co się wielu z Was przytrafia. Jednak potrzebuję obiektywnego spojrzenia, ponieważ mnie oraz moim przyjaciołom go brakuje.
Mam 29 lat, on 37 (oboje stanu wolnego). Jesteśmy razem od ponad 3 lat, z czego 3 wspólnie mieszkamy. Ja weszłam w ten związek po 3 poprzednich, z których każdy trwał minimum 3-4 lata, a z jednym z nich mieszkałam rok. On miał dziewczyny tzw. dochodzące, bez stałego związku. Prowadził rozrywkowe życie kawalera i nigdy z kobietą nie mieszkał. Przez 1,5 roku było cudnie. Ja, nauczona kompromisu po poprzednich związkach nie miałam problemów z jakimś dotarciem się. On bardzo o mnie dbał, nieustannie widziałam drobne gesty świadczące o uczuciu. Nie szafowaliśmy słowem Kocham. Po pół roku wspólnego mieszkania zaczęliśmy uprawiać sex. Nie naciskał na mnie mimo że nie byłam już dziewicą. To raczej on chciał czasu na poznanie mnie. Oboje pracowaliśmy na etacie, raczej niczego nam nie brakowało.
Kilka miesięcy po tym jak założyłam swoją firmę, on stracił pracę. zatrudniono go gdzie indziej, ale zarabiał duzo mniej i cięgle pensja nie była na czas. Mnie w firmie kompletnie nie szło. Nie miałam pieniędzy na chleb, prąd. było mi wstyd się przyznać do porażki. Ze 2x odcięli nam prąd przez to moje niepłacenie. On zapłacił, a ja mu potem te pieniądze oddawałam kiedy wreszcie coś zarobiłam. Przez kilka miesięcy miałam dołek. Zero zarobków w firmie, ciągłe koszty, stres. Zaczęło się między nami psuć. Coraz częsciej nie miałam prawa głosu odnośnie czegokolwiek. Coraz częsciej słyszałam epitety typu: dzieciak, mała niezaradna dziewczynka, nie wiesz co sie dookoła ciebie dzieje itp. Pewnie miał rację. Wszystko spadło na niego. Musiał utrzymac siebie, mnie, moją gromadkę zwierząt które miałam zanim się poznaliśmy, spłacać ratę za mieszkanie. Coraz częsciej byłam popychadłem i czułam się jak piate koło u wozu. Kłótnie były na porządku dziennym, bo jestem raczej niepokorną osobą, choć nie jestem uparta jak osioł. Potrafię się postawić w czyjejś sytuacji i zrozumieć. Tak było i wtedy. Cięzko mi było godzić się na kompletny brak wpływu na to co się w domu działo, ale rozumiałam jaki był zapracowany, zestresowany i zdesperowany. Wzięłam się w garść...
Zaczęłam sprzątać, zamknęłam firmę. Wiodło mi się finansowo coraz lepiej. Jemu niestety coraz gorzej. Odszedł z pracy i razem z kolegą pracował w domu na własną rękę (jest grafikiem), chcieli otworzyć własną firmę. Ponieważ było im ciężko, zdjęłam mu z barku większość opłat, zostały mu tylko do spłaty raty za mieszkanie i internet. Resztę mediów, samochód, jedzenie itd wzięłam na siebie. fakt, przestałam być traktowana jak nieporadna dziewczynka, ale zaczęly się regularne fochy, ciche dni, nieustanna krytyka pod moim adresem. Stawiałam się, nieraz krzyczałam ze złości, trzaskałam drzwiami. Wiem... jestem choleryczką i wielokrotnie przesadzałam z tym zachowaniem. Wiele razy mnie prosił, żebym na niego nie krzyczała. Bardzo to przeżywal. Zdażyło się że doprowadzona do ostateczności groziłam rozstaniem. Sytuacja nieustannie się pogarszała. Pracował coraz więcej. Wstawał o 15stej popoludniu, siadał do komputera, pracowal do 3-4 w nocy i szedl spać. Przestał pomagać w domu. Ba, zaczął syfić gdzie się tylko dało. Kompletnie przestał szanować moją pracę włożoną w dom, a wierzcie mi, że przy 2 psach i 2 kotach nie jest to proste i nieraz ręce opadają. Syzyfowa praca. Z biegiem czasu wiedziona dobrymi chęciami i nadzieją nauczyłam się panować nad gniewem i krzykiem. Nadal staram się zrozumieć powody jego zachowania a od wielu miesięcy jest ono dla meni kompletną zagadką. teraz on na mnei krzyczy bez powodu. Obraża się o byle co (np od 5 dni jest obrazony bo poprosilam zeby uprzatnął proszek do prania który rozsypał w łazience!) Robi mi koszmarne awantury, krytykuje wszystko co robię, to jak wyglądam, zarzuca że nie można ze mną porozmawiać, krytykuje wszystko i wszystkich dookola siebie. Moja rodzina zaciska zęby i milczy tylko ze względu na to ze proszę ich, zeby się nie oddzywali. partner strasznei się zaniedbał. zawsze był grubaskiem, ale teraz roztył się koszmarnie. Przestał się regularnie myć, golić. Chodzi w potarganych gaciach, a mnie zarzuca że nie zrobiłam makijażu. Wrzuca brudną odzież za łóżko zamiast do bieliźniarki którą specjalnie w tym celu postawiłam w sypialni. Potem sie obraża, ze ja tej odzieży nie wyprałam (a zapowiedzialam ze priorę tylko to co wrzuci do tej bieliźniarki). Potrafi założyć brudną koszulę a kiedy zwrócę mu uwagę to wytyka mi ze to moja wina bo ja powinnam pilnowac zeby on mial czyste koszula. Nie oddzywa się do mnie całymi dniami.
Kilka miesięcy temu spakowalam swoje rzeczy i wynioslam się do rodziców. Szalał... Stawał na głowie, zebym mu wybaczyła. Trwało to kilka tygodni i postanowiłam mu dać jeszcze szansę. W końcu ani mnei nie zdradził, ani nie oszukał, nie uderzył. Wyraźnie mu powiedziałam, ze wrócę wyłcznie wtedy kiedy uzna ze naprawdę nie moze bezemnie żyć.
Jego starania trwały kilka tygodni po moim powrocie. Nieubłagalnie jego zachowanie zaczęło wracac do poprzedniego modelu. Tak źle jak teraz nie było nigdy. Oboje jesteśmy już otępiali, wszystko nam wisi. Każde z nas robi swoję, prowadzimy osobne życie pod jednym dachem. On jest teraz w koszmarnej sytuacji finansowej. ma niezapłacone 3 raty za mieszkanie bo stracil i te dochody które do tej pory miał. Wszystko teraz jest na mnie. Ale domyślam się, jakie to dla niego może być upokorzenie, że zwykła sprzątaczka go utzrymuje (tak.. nawet moja praca mu przeszkadza mimo że na samym poczatku go pytałam czy ma coś przeciwko i twierdził ze nie)Dlatego nie wypominam mu tego, nie twierdzę ze jest niezaradnym chłopczykiem (choc kiedyś w podobnej sytuacji on nie miał nade mną litości) Rozmów przeprowadzaliśmy już setki. Ostatnio jestem obwiniana nawet o rzeczy na które nie mam już wpływu. Jego kolezanka zadzwonila do niego, zeby zapytac co slychac - awantura że ja ją na niego nasyłam! mój brat go opierdolił za zachowanie w stosunku do mnie - ja dostałam porcję krzyków i tydzień ciszy.
Staram się jak mogę (na tyle na ile mi duma pozwala). Nie krzyczę, staram sie regularnie gotować, sprzątać, robię zakupy, wychodzę z psami. Jednoczesnie często go proszę o pomoc i zwracam uwagę jeśli jego zachowanie mi sie nie podoba. Niestety kazda uwaga wywołuje albo awanturę, albo jest ignorowana.
Jestem koszmarnie zmęczona, nie mam już siły płakać. Przestaje mi zależeć. Jestem zadbaną, atrakcyjną, niewysoką szatynką z czynnymi zainteresowaniami (akwarystyka, wędkowanie, fitnes, ogrodnictwo). Nie narzekam na brak zainteresowania płci przeciwnej, ale jestem wierna jak pies. Nie zrzędzę w domu, umiem się sobą zająć, mam znajomych. Nie jestem zazdrosna, ufam i z góry zakładam dobrą wolę drugiej strony. Wiem, ze mam porywczy charakter, ze jestem pyskata, czasem leniwa i wisi mi bajzel w domu. Ale zawsze szukam złotego środka. I dla siebie i dla drugiej strony. Jednak jestem traktowana jak wróg numer jeden. I nigdy nie usłyszałam ze mnie kocha... choć kiedyś okazywał to w inny sposób bardzo wyraźnie.
Od miesięcy myślę o odejściu. Jednak wciąż pamiętam tego wesołego grubaska, który był duszą towarzystwa. bardzo czułego, odpowiedzialnego i z ciepłym charakterem. Może ze zbyt trudnym poczuciem humoru, ale przynajmniej nie było nudno. Znajomi tez nie mogą się pogodzić z tak koszmarną zmianą.
Wciąż myślę, że jak wróci na etat i wyjdzie do ludzi to wróci ten misiek którego pokochałam. jednak trwa to już ponad 1,5 roku. zaczynam się buntować. Zaczynam się robić egoistyczna. zaczynam marzyć o samotności w swoim maleńkim, obecnie wynajętym mieszkanku. Śni mi się po nocach gdzieś zatracona swoboda. Kompletnie nie mam ochoty z nim rozmawiać (zarzuca mi to od wielu tygodni). Jadnek kazda próba jaką podejmę jest zbywana półgębkiem lub fochem. Ewentualnie kończy się jakimiś wyrzutami. Nie kochamy się (sex) od miesięcy. On nie chce się kochać z kobietą z którą nie ma więzi i porozumienia. Po ostatnim razie (było parę fajnych dni i go naszło) kilka miesięcy temu uciekłam do łazienki, bo patrząc na niego widziałam obcego mi człowieka. Później powiedziałam mu że nie mogę i nie chcę. Coraz częściej widząc go nieumytego odczuwam obrzydzenie i mam poczucie winy z niewiadomego mi powodu. Jestem pusta w srodku. Niedawno podeszłam do niego i popukałam mu w ramię pyatjąc: halo.. jest tam ktoś? Odpowiedź:".... nie wiem..."
Jestem na skraju, ale nie wiem w którą drgnąć stronę. Czas płynie.
Nie boję się być sama. Ba... nawet chyba tego chcę, ale boję się, ze zacznę sobie odbijać te stresy w niewłaściwy sposób. Lapię się na tym, że chciałbym po wszystkim zaszaleć jak nigdy - alkohol, przypadkowy sex(jestem wygłodniała). Ale też boję się, ze jesli teraz się poddam i odejdę, to do konca zycia bedę tak szukać i odchodzić. Wiem, że w kazdym innym związku będą kryzysy, problemy i pewnie będą one na innym tle. Nie umiem określić granicy do której warto zacisnąć zeby, schować dumę do keiszeni i postawić na dobro zwiążku.
Wczoraj koleżanka zadała mi 3 pytania: - czy go kocham, - co bym powiedziala teraz na propozycje małżeństwa i co gdybym teraz zaszla z nim w ciążę (choć rozpączkować się jeszcze nie potrafię). Zamilkłam...