Mąż mnie katował przez lata. Balam się go - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » Mąż mnie katował przez lata. Balam się go

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 7 ]

Temat: Mąż mnie katował przez lata. Balam się go

Dziewczyny, długo zastanawiałam się, czy w ogóle to napisać.

Przez wiele lat milczałam. Tak długo, że momentami sama już nie wiedziałam, gdzie kończy się strach, a zaczyna moje własne życie.

Piszę tutaj, bo być może jest wśród Was kobieta, która właśnie przeżywa coś podobnego. Kobieta, która codziennie rano zakłada normalną twarz, wychodzi do ludzi, uśmiecha się i mówi, że wszystko jest w porządku, a wieczorem zamyka drzwi i zaczyna się jej prawdziwe życie.

Ja tak żyłam przez lata.

Mój mąż był człowiekiem, którego wszyscy szanowali.

Wysoko postawiony prawnik. Wykształcony, elegancki, zawsze perfekcyjnie ubrany. Znał mnóstwo ludzi. Bywał na spotkaniach, kolacjach, wydarzeniach. Ludzie liczyli się z jego zdaniem.

Nikt nie wiedział, jaki był w domu.

Za zamkniętymi drzwiami stawał się zupełnie innym człowiekiem.

Potrafił godzinami mnie poniżać. Wyzywał mnie, kontrolował, zastraszał. Wmawiał mi, że jestem głupia, bezwartościowa i że bez niego nie poradzę sobie w życiu.

Z czasem zaczęłam w to wierzyć.

Najtrudniej jest mi napisać o seksie.

Mój mąż wielokrotnie zmuszał mnie do seksu, kiedy tego nie chciałam. Mówiłam „nie”. Płakałam. Prosiłam, żeby przestał. Próbowałam się odsunąć.

Dla niego moje „nie” nie miało znaczenia.

Uważał, że skoro jesteśmy małżeństwem, to ma do mnie prawo.

Dzisiaj wiem, że to była przemoc.

Wtedy nie potrafiłam nawet tego nazwać.

Najgorsze było to, że następnego dnia potrafił zachowywać się zupełnie normalnie.

Potrafił zrobić sobie kawę, usiąść przy stole i zapytać, co będzie na obiad.

A ja siedziałam naprzeciwko niego i zastanawiałam się, czy człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego.

Mieliśmy kilkuletnie dziecko.

To właśnie ono było powodem, dla którego trwałam.

I jednocześnie największym powodem mojego strachu.

Bałam się, że jeśli odejdę, odbierze mi dziecko.

Bałam się sądu.

Bałam się jego znajomości.

Bałam się jego pieniędzy.

Bałam się ludzi, których znał.

Wielokrotnie powtarzał mi, że jeżeli spróbuję coś zrobić, to mnie zniszczy.

Że nikt mi nie uwierzy.

Że w sądzie przedstawi mnie jako niezrównoważoną.

Że zrobi wszystko, żeby odebrać mi dziecko.

Był prawnikiem. Znał procedury, ludzi, możliwości.

Ja byłam tylko przerażoną kobietą, która coraz bardziej traciła wiarę w siebie.

W pewnym momencie przestałam nawet próbować.

Były chwile, kiedy nie chciałam już żyć.

Miałam próby samobójcze.

Nieudane.

I nawet wtedy nie dostałam od niego współczucia.

Dostawałam kolejne upokorzenia.

Słyszałam, że jestem słaba. Że robię problemy. Że nawet tego nie potrafię zrobić.

Nie wiem, jak opisać ból, który czułam wtedy w środku.

Byłam matką.

Żoną.

Człowiekiem.

A jednocześnie czułam się jak ktoś, kto nie ma prawa do własnego życia.

Pamiętam jeden wieczór szczególnie dobrze.

Siedziałam na podłodze w łazience, z kolanami przyciśniętymi do klatki piersiowej i płakałam tak cicho, żeby moje dziecko mnie nie usłyszało.

I wtedy pomyślałam:

„Jeżeli ja się poddam, kto ochroni moje dziecko?”

To była pierwsza myśl od bardzo dawna, która nie dotyczyła śmierci.

Dotyczyła życia.

Następnego dnia po raz kolejny zaczęłam szukać pomocy w internecie.

Tym razem znalazłam kontakt do ludzi, którzy — jak napisano — zajmowali się „bardzo trudnymi sprawami”.

Na początku tylko patrzyłam na ten kontakt.

Bałam się napisać.

W końcu jednak napisałam.

Jedno zdanie.

Potem zaczęła się rozmowa.

Długa rozmowa.

Zadawałam mnóstwo pytań. Bałam się, że to pułapka. Bałam się, że ktoś mnie wykorzysta. Bałam się, że informacja o tym, że szukam pomocy, dotrze do mojego męża.

Kilka razy chciałam się wycofać.

Ale wracałam.

W końcu powiedziałam im wszystko.

O nim.

O mnie.

O dziecku.

O latach strachu.

O przemocy.

O tym, że nie widzę już żadnego wyjścia.

Nie będę tutaj pisała szczegółów tego, co wydarzyło się później.

Nie wiem nawet, czy sama chcę je znać.

Pamiętam tylko jedną wiadomość.

„Porozmawiamy z nim.”

Tylko tyle.

Nie pytałam, jak.

Nie pytałam gdzie.

Nie pytałam kto.

Po prostu po raz pierwszy od wielu lat ktoś powiedział mi, że spróbuje sprawić, żeby to się skończyło.

Przez kilka dni nic się nie działo.

Mąż normalnie wychodził do pracy.

Normalnie rozmawiał.

A ja czekałam.

Nie wiedziałam na co.

W końcu któregoś dnia wyszedł z domu.

I już nie wrócił.

Pierwszej nocy siedziałam w ciszy i nie wiedziałam, co myśleć.

Bałam się, że za chwilę usłyszę klucz przekręcany w zamku.

Że otworzą się drzwi.

Że wszystko zacznie się od nowa.

Drzwi się nie otworzyły.

Następnego dnia zadzwoniła policja.

Pamiętam dokładnie ten telefon.

Numer, którego nie znałam.

Mężczyzna po drugiej stronie przedstawił się i zapytał, czy jestem żoną mojego męża.

Serce zaczęło mi walić.

Powiedział, że znaleźli go przechodnie.

Leżał sam.

Miał na sobie garnitur, w którym wyszedł z domu. Tylko że elegancki garnitur był teraz brudny, pognieciony i przemoczony.

Miał przy sobie portfel, dokumenty i pieniądze.

Nic nie zostało skradzione.

Policjant powiedział, że według wstępnych informacji był pod wpływem alkoholu i narkotyków.

Zapytałam, czy żyje.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

Powiedział, że znaleźli go martwego.

Siedziałam wtedy przy stole i przez długi czas patrzyłam w jeden punkt.

Nie płakałam.

Nie potrafiłam.

Czułam pustkę.

A potem spojrzałam na moje dziecko.

I pomyślałam tylko:

„Już nie wróci.”

To zdanie powtarzałam sobie wiele razy.

Nie wróci.

Nie otworzą się drzwi.

Nie usłyszę jego kroków.

Nie będę musiała zgadywać, w jakim jest nastroju.

Nie będę musiała bać się kolejnego wieczoru.

Do dzisiaj nie wiem, co dokładnie wydarzyło się po jego wyjściu z domu.

Nie wiem, gdzie był.

Nie wiem, z kim się spotkał.

Nie wiem, dlaczego znalazł się w takim stanie.

Nie mam odpowiedzi.

I chyba nie chcę ich szukać.

Wiem tylko, że człowiek, którego bałam się przez większość swojego dorosłego życia, już nie wróci.

Wiwm też, że ludzie z którymi się skontaktowala, mogli mu "pomóc".

Dzisiaj jestem bezpieczna.

Moje dziecko jest bezpieczne.

Jeżeli ktoś chce, mogę prywatnie przekazać kontakt do osób, które pomogły mi znaleźć bezpieczną drogę wyjścia z tej sytuacji

Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez Julia life in UK (2026-09-22 21:36:08)

Odp: Mąż mnie katował przez lata. Balam się go

Bardzo Ci współczuję

Sorry dopiero teraz doczytalam ,że nie żyje i dobrze masz go z głowy na zawsze

3 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-23 01:52:11)

Odp: Mąż mnie katował przez lata. Balam się go
alinawolnyptak napisał/a:

(...)

Do dzisiaj nie wiem, co dokładnie wydarzyło się po jego wyjściu z domu.

Nie wiem, gdzie był.

Nie wiem, z kim się spotkał.

Nie wiem, dlaczego znalazł się w takim stanie.

Nie mam odpowiedzi.

I chyba nie chcę ich szukać.

Wiem tylko, że człowiek, którego bałam się przez większość swojego dorosłego życia, już nie wróci.

Wiwm też, że ludzie z którymi się skontaktowala, mogli mu "pomóc".

Dzisiaj jestem bezpieczna.

Moje dziecko jest bezpieczne.

Jeżeli ktoś chce, mogę prywatnie przekazać kontakt do osób, które pomogły mi znaleźć bezpieczną drogę wyjścia z tej sytuacji

Czy ta "bezpieczna droga do wyjścia z tej sytuacji" to aby nie jest morderstwo na zlecenie?

4

Odp: Mąż mnie katował przez lata. Balam się go

Troll

Odp: Mąż mnie katował przez lata. Balam się go
madoja napisał/a:

Troll

Na to wygląda w dodatku glupi

6

Odp: Mąż mnie katował przez lata. Balam się go

No nie wiem.

Ja to widzę tak:

Panowie, długo zastanawiałem się, czy w ogóle to napisać.

Przez wiele lat milczałem. Tak długo, że momentami sam już nie wiedziałem, gdzie kończy się zmęczenie, a zaczyna życie, które przestało być moim własnym życiem.

Piszę tutaj, bo być może jest wśród Was mężczyzna, który właśnie przeżywa coś podobnego. Mężczyzna, który codziennie rano wstaje, idzie do pracy, rozmawia z ludźmi, uśmiecha się i mówi, że wszystko jest w porządku, a wieczorem wraca do domu, w którym zamiast spokoju czeka go kolejna awantura, pretensje i poczucie, że cokolwiek zrobi, będzie źle.

Ja tak żyłem przez lata.

Przez większość małżeństwa pracowałem.

Dużo pracowałem.

Brałem na siebie kolejne obowiązki, starałem się zapewnić rodzinie pieniądze, mieszkanie, bezpieczeństwo i normalne życie. Kiedy trzeba było zostać dłużej w pracy – zostawałem. Kiedy brakowało pieniędzy – szukałem dodatkowych możliwości. Kiedy pojawiały się problemy – próbowałem je rozwiązywać.

Nie robiłem tego dla siebie.

Robiłem to dla rodziny.

Z zewnątrz mogliśmy wyglądać jak normalne małżeństwo.

W domu było jednak zupełnie inaczej.

Z czasem zacząłem zauważać rzeczy, których wcześniej nie chciałem widzieć.

Kłamstwa.

Ukrywanie telefonu.

Tajemnicze wiadomości.

Spotkania, o których dowiadywałem się dopiero później.

Coraz więcej rzeczy się nie zgadzało.

W końcu dotarło do mnie, że moja żona może mnie zdradzać.

To był moment, w którym coś we mnie pękło.

Najgorsze nie było nawet samo podejrzenie zdrady.

Najgorsze było to, że kiedy próbowałem rozmawiać, słyszałem zaprzeczenia, kolejne wersje wydarzeń i kolejne kłamstwa.

Zaczynałem mieć wrażenie, że żyję w rzeczywistości, w której fakty nie mają już żadnego znaczenia.

Jeżeli coś pamiętałem inaczej – słyszałem, że sobie wymyślam.

Jeżeli pytałem o sprzeczności – słyszałem, że jestem przewrażliwiony.

Jeżeli próbowałem spokojnie porozmawiać – rozmowa kończyła się awanturą.

Z czasem zacząłem nawet zastanawiać się, czy problem rzeczywiście tkwi we mnie.

Najbardziej bolało mnie jednak to, co zaczęło dziać się z naszym dzieckiem.

Zamiast chronić dziecko przed konfliktem między rodzicami, żona zaczęła przedstawiać mnie jako człowieka, który jest odpowiedzialny za wszystkie problemy.

Przy dziecku pojawiały się komentarze.

Sugestie.

Aluzje.

Czasami rzeczy, które nigdy nie miały miejsca.

Dziecko zaczęło patrzeć na mnie inaczej.

Człowiek, dla którego codziennie pracowałem, którego chciałem zabezpieczyć i któremu chciałem zapewnić normalne dzieciństwo, zaczął patrzeć na mnie jak na kogoś złego.

Nie potrafię opisać, co czuje ojciec, kiedy własne dziecko zaczyna od niego odsuwać się pod wpływem opowieści drugiego rodzica.

Próbowałem się bronić.

Tłumaczyłem.

Rozmawiałem.

Próbowałem nie odpowiadać agresją na agresję.

Ale każda próba rozwiązania problemu kończyła się kolejnym konfliktem.

Z czasem doszedł jeszcze jeden problem.

Bliskość między nami praktycznie przestała istnieć.

Odmawiała współżycia.

Mogły mijać tygodnie, miesiące.

Próbowałem rozmawiać.

Pytałem, co się dzieje.

Czy coś zrobiłem.

Czy jest jakiś problem.

Czy można coś naprawić.

Nie dostawałem normalnej odpowiedzi.

Czułem się coraz bardziej odrzucony.

A jednocześnie miałem świadomość, że problemy w naszym małżeństwie nie wynikały wyłącznie z braku bliskości.

Coraz częściej obserwowałem u żony zachowania, których wcześniej nie rozumiałem.

Nagłe zmiany nastroju.

Skrajne reakcje na zwykłe sytuacje.

Podejrzliwość.

Przekonanie, że inni ludzie działają przeciwko niej.

Interpretowanie zwykłych zdarzeń jako celowych działań wymierzonych w nią.

Sprzeczne relacje dotyczące tych samych wydarzeń.

Momentami miałem wrażenie, że żyjemy w dwóch zupełnie różnych rzeczywistościach.

Nie jestem lekarzem i nigdy nie stawiałem jej diagnozy.

Ale z czasem zacząłem podejrzewać, że może mieć poważne problemy natury psychicznej, wymagające profesjonalnej diagnozy i leczenia.

Mimo tego próbowałem ratować rodzinę.

Próbowałem rozmawiać.

Próbowałem proponować terapię.

Próbowałem odsuwać od siebie myśl o rozwodzie.

Bo przecież mieliśmy dziecko.

Bo przecież tyle lat razem.

Bo przecież po coś budowałem ten dom, pracowałem i poświęcałem kolejne lata życia.

W pewnym momencie zacząłem rozumieć, że niezależnie od tego, ile dam od siebie, nie jestem w stanie sam uratować małżeństwa.

Najgorsze było jednak poczucie, że wszystko, co robiłem dla rodziny, zaczęło być wykorzystywane przeciwko mnie.

Moja praca była przedstawiana jako zaniedbywanie rodziny.

Moje zmęczenie jako obojętność.

Próby rozmowy jako atak.

Sprzeciw wobec nieprawdy jako agresja.

A kiedy próbowałem pokazać fakty, pojawiały się kolejne oskarżenia.

Z czasem zacząłem milczeć.

Nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia.

Dlatego, że byłem zmęczony ciągłym udowadnianiem, że nie jestem człowiekiem, za którego zaczęto mnie przedstawiać.

Najbardziej bolało mnie dziecko.

Patrzyłem, jak stopniowo zostaje wciągane w konflikt dorosłych.

Jak słyszy rzeczy, których nie powinno słyszeć.

Jak zaczyna powtarzać cudze słowa.

Jak relacja ojca z dzieckiem zaczyna być niszczona nie przez brak miłości, ale przez konflikt między rodzicami.

I wtedy zrozumiałem coś bardzo ważnego.

Nie mogę pozwolić, żeby moje dziecko dorastało w przekonaniu, że jego ojciec jest człowiekiem, którego należy się bać albo którego należy nienawidzić.

Musiałem zacząć walczyć.

Nie o zemstę.

O prawdę.

O możliwość normalnego kontaktu z własnym dzieckiem.

O to, żeby fakty w końcu zaczęły mieć znaczenie.

Przez długi czas byłem przekonany, że jeżeli będę pracował, będę uczciwy i będę próbował zachowywać się przyzwoicie, wszystko w końcu się ułoży.

Dzisiaj wiem, że czasami samo dobre zachowanie jednej osoby nie wystarcza, żeby uratować relację dwóch ludzi.

Małżeństwo wymaga dwóch osób.

Podobnie jak zaufanie.

Wierność.

Szacunek.

Rozmowa.

I odpowiedzialność za dziecko.

Nie wiem jeszcze, jak zakończy się moja historia.

Wiem jednak jedno.

Nie chcę już żyć w świecie, w którym mam przepraszać za rzeczy, których nie zrobiłem.

Nie chcę tłumaczyć się z tego, że pracowałem na rodzinę.

Nie chcę być przedstawiany jako zły ojciec tylko dlatego, że próbuję chronić swoją relację z dzieckiem.

Nie chcę też udawać, że nic się nie wydarzyło.

Przez wiele lat próbowałem utrzymać rodzinę za wszelką cenę.

Dzisiaj próbuję odzyskać przede wszystkim siebie.

I relację z własnym dzieckiem.

Bo czasami człowiek może przez lata robić wszystko dla rodziny, a dopiero po czasie zrozumieć, że w tym wszystkim całkowicie zapomniał o sobie.

7

Odp: Mąż mnie katował przez lata. Balam się go
alinawolnyptak napisał/a:

Dziewczyny, długo zastanawiałam się, czy w ogóle to napisać.

Przez wiele lat milczałam. Tak długo, że momentami sama już nie wiedziałam, gdzie kończy się strach, a zaczyna moje własne życie.

Piszę tutaj, bo być może jest wśród Was kobieta, która właśnie przeżywa coś podobnego. Kobieta, która codziennie rano zakłada normalną twarz, wychodzi do ludzi, uśmiecha się i mówi, że wszystko jest w porządku, a wieczorem zamyka drzwi i zaczyna się jej prawdziwe życie.

Ja tak żyłam przez lata.

Mój mąż był człowiekiem, którego wszyscy szanowali.

Wysoko postawiony prawnik. Wykształcony, elegancki, zawsze perfekcyjnie ubrany. Znał mnóstwo ludzi. Bywał na spotkaniach, kolacjach, wydarzeniach. Ludzie liczyli się z jego zdaniem.

Nikt nie wiedział, jaki był w domu.

Za zamkniętymi drzwiami stawał się zupełnie innym człowiekiem.

Potrafił godzinami mnie poniżać. Wyzywał mnie, kontrolował, zastraszał. Wmawiał mi, że jestem głupia, bezwartościowa i że bez niego nie poradzę sobie w życiu.

Z czasem zaczęłam w to wierzyć.

Najtrudniej jest mi napisać o seksie.

Mój mąż wielokrotnie zmuszał mnie do seksu, kiedy tego nie chciałam. Mówiłam „nie”. Płakałam. Prosiłam, żeby przestał. Próbowałam się odsunąć.

Dla niego moje „nie” nie miało znaczenia.

Uważał, że skoro jesteśmy małżeństwem, to ma do mnie prawo.

Dzisiaj wiem, że to była przemoc.

Wtedy nie potrafiłam nawet tego nazwać.

Najgorsze było to, że następnego dnia potrafił zachowywać się zupełnie normalnie.

Potrafił zrobić sobie kawę, usiąść przy stole i zapytać, co będzie na obiad.

A ja siedziałam naprzeciwko niego i zastanawiałam się, czy człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego.

Mieliśmy kilkuletnie dziecko.

To właśnie ono było powodem, dla którego trwałam.

I jednocześnie największym powodem mojego strachu.

Bałam się, że jeśli odejdę, odbierze mi dziecko.

Bałam się sądu.

Bałam się jego znajomości.

Bałam się jego pieniędzy.

Bałam się ludzi, których znał.

Wielokrotnie powtarzał mi, że jeżeli spróbuję coś zrobić, to mnie zniszczy.

Że nikt mi nie uwierzy.

Że w sądzie przedstawi mnie jako niezrównoważoną.

Że zrobi wszystko, żeby odebrać mi dziecko.

Był prawnikiem. Znał procedury, ludzi, możliwości.

Ja byłam tylko przerażoną kobietą, która coraz bardziej traciła wiarę w siebie.

W pewnym momencie przestałam nawet próbować.

Były chwile, kiedy nie chciałam już żyć.

Miałam próby samobójcze.

Nieudane.

I nawet wtedy nie dostałam od niego współczucia.

Dostawałam kolejne upokorzenia.

Słyszałam, że jestem słaba. Że robię problemy. Że nawet tego nie potrafię zrobić.

Nie wiem, jak opisać ból, który czułam wtedy w środku.

Byłam matką.

Żoną.

Człowiekiem.

A jednocześnie czułam się jak ktoś, kto nie ma prawa do własnego życia.

Pamiętam jeden wieczór szczególnie dobrze.

Siedziałam na podłodze w łazience, z kolanami przyciśniętymi do klatki piersiowej i płakałam tak cicho, żeby moje dziecko mnie nie usłyszało.

I wtedy pomyślałam:

„Jeżeli ja się poddam, kto ochroni moje dziecko?”

To była pierwsza myśl od bardzo dawna, która nie dotyczyła śmierci.

Dotyczyła życia.

Następnego dnia po raz kolejny zaczęłam szukać pomocy w internecie.

Tym razem znalazłam kontakt do ludzi, którzy — jak napisano — zajmowali się „bardzo trudnymi sprawami”.

Na początku tylko patrzyłam na ten kontakt.

Bałam się napisać.

W końcu jednak napisałam.

Jedno zdanie.

Potem zaczęła się rozmowa.

Długa rozmowa.

Zadawałam mnóstwo pytań. Bałam się, że to pułapka. Bałam się, że ktoś mnie wykorzysta. Bałam się, że informacja o tym, że szukam pomocy, dotrze do mojego męża.

Kilka razy chciałam się wycofać.

Ale wracałam.

W końcu powiedziałam im wszystko.

O nim.

O mnie.

O dziecku.

O latach strachu.

O przemocy.

O tym, że nie widzę już żadnego wyjścia.

Nie będę tutaj pisała szczegółów tego, co wydarzyło się później.

Nie wiem nawet, czy sama chcę je znać.

Pamiętam tylko jedną wiadomość.

„Porozmawiamy z nim.”

Tylko tyle.

Nie pytałam, jak.

Nie pytałam gdzie.

Nie pytałam kto.

Po prostu po raz pierwszy od wielu lat ktoś powiedział mi, że spróbuje sprawić, żeby to się skończyło.

Przez kilka dni nic się nie działo.

Mąż normalnie wychodził do pracy.

Normalnie rozmawiał.

A ja czekałam.

Nie wiedziałam na co.

W końcu któregoś dnia wyszedł z domu.

I już nie wrócił.

Pierwszej nocy siedziałam w ciszy i nie wiedziałam, co myśleć.

Bałam się, że za chwilę usłyszę klucz przekręcany w zamku.

Że otworzą się drzwi.

Że wszystko zacznie się od nowa.

Drzwi się nie otworzyły.

Następnego dnia zadzwoniła policja.

Pamiętam dokładnie ten telefon.

Numer, którego nie znałam.

Mężczyzna po drugiej stronie przedstawił się i zapytał, czy jestem żoną mojego męża.

Serce zaczęło mi walić.

Powiedział, że znaleźli go przechodnie.

Leżał sam.

Miał na sobie garnitur, w którym wyszedł z domu. Tylko że elegancki garnitur był teraz brudny, pognieciony i przemoczony.

Miał przy sobie portfel, dokumenty i pieniądze.

Nic nie zostało skradzione.

Policjant powiedział, że według wstępnych informacji był pod wpływem alkoholu i narkotyków.

Zapytałam, czy żyje.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

Powiedział, że znaleźli go martwego.

Siedziałam wtedy przy stole i przez długi czas patrzyłam w jeden punkt.

Nie płakałam.

Nie potrafiłam.

Czułam pustkę.

A potem spojrzałam na moje dziecko.

I pomyślałam tylko:

„Już nie wróci.”

To zdanie powtarzałam sobie wiele razy.

Nie wróci.

Nie otworzą się drzwi.

Nie usłyszę jego kroków.

Nie będę musiała zgadywać, w jakim jest nastroju.

Nie będę musiała bać się kolejnego wieczoru.

Do dzisiaj nie wiem, co dokładnie wydarzyło się po jego wyjściu z domu.

Nie wiem, gdzie był.

Nie wiem, z kim się spotkał.

Nie wiem, dlaczego znalazł się w takim stanie.

Nie mam odpowiedzi.

I chyba nie chcę ich szukać.

Wiem tylko, że człowiek, którego bałam się przez większość swojego dorosłego życia, już nie wróci.

Wiwm też, że ludzie z którymi się skontaktowala, mogli mu "pomóc".

Dzisiaj jestem bezpieczna.

Moje dziecko jest bezpieczne.

Jeżeli ktoś chce, mogę prywatnie przekazać kontakt do osób, które pomogły mi znaleźć bezpieczną drogę wyjścia z tej sytuacji

To był Stefan Michnik, brat Adama ? lol

Posty [ 7 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » Mąż mnie katował przez lata. Balam się go

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024