Mimo, że już mijają lata i wiem, ze mój pierwszy facet raczej by mnie zainteresował, to wraca do mnie taka jedna rzecz. Chodzi o to, że pamiętam, jak się spotykaliśmy to te „meetingi” były dość rzadkie. W wakacje nie mógł, bo był zmęczony po powrocie z pomocy rodzicom na gospodarstwie itp itd. Raz tam w tygodniu może się spotkaliśmy, a tak to wszystko jakoś na odległość.
Kiedyś pamiętam, napisałam do niego o 21 czy może nie przyjechałby, ale stwierdził że jest już późno i musiałby spytać się rodziców czy może wziąć auto. Mimo, że później jego brat powiedział mi, że on mógł ten samochód brać kiedy chciał. Ja też nie wiem, jakoś tak bałam się go pytać o spotkania potem, też nie miałam odwagi z nim jakoś normalnie gadać, on ze mną też… A jak kiedyś u niego w akademiku byłam, to skłamał swojej mamie, że mnie tam nie było, chociaż siedziałam obok… Na święta też, jakoś chciałam do niego wpaść to powiedział, że głupio mu tak z rana powiedzieć, że wpadnie jeszcze jedna osoba…
Dziwne dla mnie to było, bo ja go czasami sprowadzałam nawet gdy siedziała już u mnie rodzina
Jakoś mi tak się zrobiło ciężej na sercu, gdy jego mama zachorowała a on powiedział mi, że nie może mi powiedzieć, że to sprawa rodzinna… Mimo że byliśmy jednak ze sobą ze 3 lata…
Ogólnie też wtedy przypadł mi ciężki czas w życiu, jeśli chodzi o stan zdrowia chociażby… leczenie farmakologiczne, terapia, która zresztą niewiele mi dawała…
Nie ukrywam było mi wtedy trudno funkcjonować też, a też szczerze mówiąc… nie wiem czemu weszłam w tę relację, bo on mnie od początku ni ziębił ni grzał, ale za to on był chętny na pocałunki dość długie zresztą.
Jakoś chyba chciałam się do niego przekonać, po jakichś 2 latach z 4 lat relacji, chyba się już przywiązałam…
I jak zrywaliśmy, to w sumie uświadomiłam sobie, że ja mimo, że nie chciałam jakoś bardzo z nim być, to po rozstaniu brakowało mi go bardzo.
Bo też on pierwszy o mnie zabiegał i chociaż były jakieś nieodpowiedzenia, kryzysy, wątpliwości z mojej strony, to trochę nie rozumiałam czemu pierwszy się wypalił. Bo teoretycznie to ja pierwsza powinnam spieprzyć za przeproszeniem.
I po czasie widzę, że on też chyba do końca „normalny” nie był, w tym sensie, że czasami ciężko było do niego dotrzeć, raczej był mało wyjściowy. A za pierwszym razem, tego chyba nigdy nie zapomnę, jak zaczepił mnie na korytarzu w liceum i puścił mi piosenkę o płonących wozach jednej z telewizji. Jednak wydawało mi się, że on ma tylko takie zainteresowania i już.
W kwestii upodobań też trochę się różniliśmy. Nie lubiłam muzyki, której on słuchał bo wydawała mi się być taka jakaś taka powolna, mało wyrazista. On np czytał książki fantasy, ja wolałam dokumenty itp… jakoś mimo to, trzymaliśmy się siebie… chociaż trochę byliśmy jak ogień i woda.
I takim podsumowaniem moich żali jest to, że czasami chce mi się płakać gdy myślę, że musiałabym jakaś niewystarczająca, skoro nawet nie umieliśmy normalnie się zobaczyć.
Bo wiem, że z jego obecną dziewczyną to już jakoś częściej się widywali, chyba są dalej zaręczeni. Fakt faktem, z tego co wiem, to oni mają ze sobą więcej wspólnego, lubią te same książki, studiowali na tej samej uczelni. Więc też musiał czuć się z nią lepiej niż ze mną.
Jednak bywają pary, które różnią się od siebie bardzo a mimo to, chcą ze soba przebywać. I to mnie dotyka.
W innych relacjach, już nie damsko męskich, też nie czulam do nikogo bliskości. Koleżanki z klasy mnie nie lubiły, dalsza rodzina nie była też jakaś chętna na spotkania… A rodzice nie podjęli jakiejś próby poprawy mojego stanu psychicznego… Jakoś wręcz przeciwnie, ciągle w domu była nerwowa atmosfera, a wszystkie rzeczy które mi nie wychodziły, były tylko moja wina.
Chaotyczne jest to co napisałam, ale jakby to skrócić całkiem, to pytam się siebie… Czemu tak wyszło, że nie wzbudzałam normalnej chęci bycia z partnerką jak najczęściej się da? Co było we mnie złego?
No bo nawet moi rodzice nigdy się nie rozwiedli, jakoś tam ze soba trwają mimo wielu inwektyw jakie padały i trudnego charakteru i schorzenia mojej mamy…