Powiem Wam, że ja naprawdę myślałam, że życie będzie spokojniejsze, jak już ogarnę biżuterię, klientów i cały ten duchowy bałagan, który Bóg mi ostatnio zsyła…
Ale nie.
Pan powiedział: „Idź i zrób prawo jazdy”, a ja jak posłuszny żołnierz ruszyłam, bo ileż można być zależnym od autobusów i kaprysów kierowców, którzy przyjeżdżają kiedy im się podoba.
I tak się zaczęła moja droga krzyżowa — niby zwykły kurs prawa jazdy, a ja się czułam jak na pielgrzymce.
Najpierw musiałam iść wyrobić badania.
Myślałam, że to będzie proste, a tu doktor patrzy na mnie jak na UFO i pyta:
„A czemu pani dopiero teraz robi prawo jazdy?”.
Ja już chciałam powiedzieć coś mądrego, ale wyszło:
„Bo Bóg mi powiedział, że już czas”.
On tylko spojrzał i zapisał coś w papierach.
Podejrzewam, że tam napisał „osoba duchowo aktywna”.
Potem trzeba było zrobić zdjęcie.
Weszłam do fotografa, siadłam na krzesełku, patrzę w ten obiektyw, a on mówi:
„Proszę nie robić takiej anielskiej miny”.
A ja nie wiem jak mam inną robić, jak ja pół życia z Bogiem rozmawiam.
Zdjęcie wyszło tak, że wyglądam jakby mnie św. Hildergarda sama namaściła i wysłała na misję do krainy kierowców.
Następnie wypełnianie papierów.
Jak ja zobaczyłam te wszystkie rubryki, to pomyślałam:
„Panie Jezu, przecież to jest trudniejsze niż egzamin teoretyczny”.
Ale dałam radę.
A potem… telefon do szkoły jazdy.
Bo ja oczywiście nie mogłam po prostu kliknąć w formularz.
Musiałam zadzwonić — jak człowiek duchowy, który chce zobaczyć, czy tam dobra energia płynie.
Dzwonię.
Odbiera kobieta takim tonem, jakby właśnie pilnowała skrzyżowania na Marsie.
– „Dzień dobry, chciałabym zapisać się na kurs prawa jazdy.”
A ona:
– „Aaaaa… dobrze… ale proszę najpierw przyjść na spotkanie organizacyjne, podpisać dokumenty, wpłacić zaliczkę, wybrać instruktora, ustalić terminy teorii, a potem…”.
Ja w połowie już przestałam oddychać.
Ale poszłam.
Weszłam do szkoły jazdy i miałam wrażenie, że jestem w czyśćcu.
Takiej energii to ja dawno nie czułam — ludzie zestresowani, papierów pełno, nikt nic nie wie, a wszyscy udają, że wiedzą.
Pani za biurkiem rzuca we mnie dokumentami jak ksiądz solą święconą.
I w tym całym chaosie przypomniały mi się słowa mojej ukochanej świętej Hildegardy z Bingen:
„Człowiek powinien być jak drzewo, głęboko zakorzeniony, aby nie poruszyły nim wichry tego świata.”
I ja sobie myślę:
„Hildergardo kochana, jak ja mam być drzewem, jak ja tu zaraz zwariuję, a nie zapuszczę korzeni?”.
Ale przetrwałam.
Podpisałam wszystko.
Zapłaciłam.
Wybrałam instruktora (chociaż ja nie wiem, czy on mnie przeżyje).
I wracając do domu poczułam… spokój.
Może św. Hildergarda ma rację — może każdy etap życia, nawet taki przyziemny jak prawo jazdy, to część drogi, którą Bóg układa specjalnie pod nas.
A ja w tym wszystkim mam być zakorzeniona, spokojna i wierna temu, co mi serce podpowiada.
A serce podpowiada jedno:
jak ja usiądę za kierownicą, to Pan Bóg i wszyscy aniołowie niech trzymają kierownicę razem ze mną, bo sama to ja mogę tylko różaniec odprawić, a nie jeździć po rondach.