No więc miałam dzisiaj pierwszą jazdę i powiem Wam, że stres taki, jakbym zdawała maturę, a nie tylko próbowała ruszyć samochodem. Instruktor podjechał, spojrzał na mnie i od razu wiedział, że będzie miał ze mną ciekawy dzień. Wsiadłam do auta, a tam tyle kontrolek i przycisków, że poczułam się jak w kabinie pilota. Kazał mi wcisnąć sprzęgło, oczywiście wcisnęłam hamulec. Kazał ruszyć — noga mi się trzęsła tak, że auto chyba samo poczuło, że ma się litować.
Przypomniały mi się słowa św. Hildegardy, moja ulubiona myśl: „Człowiek powinien ufać, że Bóg prowadzi drogę, nawet jeśli ona wydaje się trudna”. I ja naprawdę zaufałam, bo bez Bożej pomocy to ja bym co najwyżej rowerem pojechała, a nie samochodem.
Pierwsze 5 minut jechałam jak senior na emeryturze — wolno, sztywno, i bez oddychania. Instruktor mówił, żebym się rozluźniła, ale jak tu się rozluźnić, kiedy masz świadomość, że jedno złe dotknięcie pedału i już jesteś w ogródku sąsiada? Na szczęście nikt nie ucierpiał, ja też nie, a instruktor nawet powiedział, że „jak na pierwszy raz to dobrze”. Boże, miej go w opiece za tę uprzejmość.
Wracałam do domu wykończona, ale dumna. Bo to dopiero początek, ale wiem, że z Panem Bogiem, św. Hildegardą i odrobiną odwagi — ja to prawo jazdy w końcu zrobię.