Hej.
Ponad rok temu pisałam tutaj o tym wszystkim, co się wtedy działo – o ciąży, o tym jak byłam szczęśliwa, jak zastanawiałam się nad weganizmem w ciąży i czy dziecku czegoś nie zabraknie, a potem… o tym najgorszym dniu, kiedy wszystko się zawaliło.
Dzisiaj wróciło to do mnie jakby ktoś odkręcił kran i pozwolił tym wspomnieniom zalać mnie z całą siłą. Nie wiem dlaczego właśnie teraz. Może dlatego, że zaczęłam się ostatnio więcej modlić. Może dlatego, że próbuję poskładać swoje życie na nowo. A może dlatego, że Bóg uznał, że dopiero teraz jestem gotowa zobaczyć tamte wydarzenia trochę inaczej niż przez tamten strach, panikę i poczucie winy.
Pamiętam, jak rok temu test wyszedł pozytywny i myślałam, że oszaleję ze szczęścia. Pamiętam ten szok, niedowierzanie, radość. Potem miesiąc później martwiłam się tym, co jem, czy dieta roślinna nie zaszkodzi. Teraz jak o tym myślę, to była we mnie taka niewinność, taka wiara, że wszystko się ułoży.
A potem przyszedł ten dzień… ten, którego chyba nigdy nie zapomnę. Ta panika w szpitalu. To uczucie, jakby świat się zatrzymał i jakby mnie ktoś wyrzucił poza własne ciało. Tamten strach, że może to moja wina. Te wszystkie myśli, które ciągnęły mnie w dół, że może źle spałam, może źle jadłam, może coś zrobiłam nie tak.
Długo żyłam z tym przekonaniem. Dusiło mnie. Dławiło.
Ale ostatnio – nie wiem jak to nazwać – jak się modliłam, miałam takie dziwne, spokojne uczucie… jakby ktoś mi w końcu powiedział „przestań się karać”. Nie słowami, bardziej jakby wewnętrznie. Może to była łaska. Może ulga. Może odpowiedź.
Bo prawda jest taka, że ja wtedy robiłam, co mogłam. Tak jak umiałam. I wiem, że w tej całej tragedii – naprawdę czuję to bardzo głęboko – Bóg nie opuścił ani mnie, ani tego dziecka. Czasem mam nawet takie wrażenie, jakby Ono było bliżej mnie teraz, niż wtedy, kiedy nosiłam je pod sercem.
Wczoraj wieczorem czytałam swoje stare wpisy i płakałam. Ale to już nie był płacz rozpaczy, tylko taki, w którym człowiek w końcu oddycha po roku duszenia się. Jakby to wszystko zaczęło wreszcie odchodzić.
Nie wiem, czy Bóg daje ludziom znaki, ale mam wrażenie, że ostatnio daje mi dużo małych sygnałów, że to, co się stało, nie było karą. I że nie jestem już w tym sama.
Chciałabym jeszcze kiedyś napisać, że zupełnie to przepracowałam, ale nie będę kłamać – to dalej boli. Tyle że teraz już nie mam w sobie tej nienawiści do siebie. Raczej takie powolne pogodzenie.
Jeśli ktoś z Was pamięta tamte moje wpisy… dziękuję, że wtedy mnie nie ocenialiście. A jeśli ktoś przechodzi coś podobnego – uwierzcie, nie jesteście winni tragedii, na które nie mamy wpływu. A Bóg naprawdę jest bliżej w ciemności, niż nam się wydaje.