Nie wiem już, jak o tym pisać, ale mam wrażenie, że moje ciało zaczyna wołać o pomoc, a ja udaję, że tego nie słyszę. Od miesięcy chodzę jak w jakiejś mgle. Ciuchy coraz ciaśniejsze, oddech krótki, a ja wciąż mówię sobie: „od jutra zacznę”, „od poniedziałku”, „po świętach”. Tylko że tych „jutrzejszych dni” nazbierało się tyle, że przestałam je liczyć.
Wczoraj stanęłam na wadze i… nie będę podawać liczby, bo sama się jej wstydzę. Tak jakbym patrzyła na wynik czyjegoś innego życia. A to jestem ja. Moje decyzje, moje zjadane wieczorami emocje, moje stresy, które uspokajałam czekoladą, bo tak było łatwiej. Żeby chwilę było miło, a potem jakoś to będzie.
Ale już nie jest „jakoś”. Czuję się ciężko, fizycznie i psychicznie. I to mnie najbardziej przeraża, że ja nie jem dlatego, że jestem głodna. Ja jem, bo chcę uciec. Od zmęczenia. Od samotności. Od tego, że czuję się czasem niewystarczająca dla samej siebie.
Wieczorem, kiedy wszyscy spali, usiadłam na łóżku i zaczęłam się modlić. Bez wielkich słów, bez formułek. Po prostu powiedziałam: „Boże, ja się w tym gubię. Pomóż mi.” I nie było żadnego cudu, żadnego głosu z nieba. Ale poczułam coś, czego dawno nie czułam — takie ciche przekonanie, że Bóg nie patrzy na mnie z wyrzutem, tylko z troską.
I pomyślałam: może On nie chce ode mnie, żebym od razu zrzuciła dwadzieścia kilo. Może chce, żebym przestała siebie nienawidzić. Żebym zaczęła traktować swoje ciało jak coś, co mi powierzył, a nie jak wroga.
Nie wiem, od czego zacząć. Naprawdę nie wiem. Ale chyba pierwszy raz poczułam, że nie muszę tego robić sama. Może jeśli zrobię jeden krok, naprawdę jeden, to On zrobi ze mną drugi.
A Wy? Czy ktoś z Was też ma problem z wagą, z emocjami, z jedzeniem, które stało się uspokajaczem? Jak zaczęliście zmiany? Bo ja czuję, że muszę, tylko boję się, że znowu zawiodę.