Witam wszystkich
Dwa lata temu pisałem tutaj o mojej żonie i o tym, że zaczynam się martwić zbliżającą menopauzą. Wtedy większość pań mi napisała, że w wieku 38 lat to jeszcze w ogóle nie temat, że menopauza to po pięćdziesiątce. No, może i macie rację, ale ja już wtedy coś przeczuwałem
Dzisiaj mamy po 40 lat, jesteśmy razem 23 lata i mam wrażenie, że moja żona z wiekiem tylko nabiera energii, a ja powoli ją tracę. Ona ciągle coś planuje – zajęcia fitness, angielski, spotkania ze znajomymi, weekendowe wypady. A ja po 8 godzinach pracy marzę głównie o ciszy, fotelu i spokojnym wieczorze bez pośpiechu.
Do tego nasze bliźniaczki mają już 16 lat – i powiem wam, że to nie jest łatwy wiek. Z jednej strony chcą być dorosłe, a z drugiej potrafią się obrazić o byle co. Czasem wracam z pracy i zanim się rozbiorę, już słyszę trzask drzwi, śmiechy, muzykę i rozmowy na głośniku. Nie powiem – fajnie, że dom żyje, ale czasem człowiek by chciał po prostu... ciszy.
Patrzę na to wszystko i mam wrażenie, że w naszym domu każdy idzie w innym rytmie. Żona przeżywa drugą młodość, córki pierwszą, a ja trzecią kawę i drzemkę po południu. I żeby nie było – ja się cieszę, że jej się chce, że ma zapał i energię. Ale czasem po prostu czuję, że nie nadążam.
Zastanawiam się, czy to tylko ja tak mam, że po czterdziestce zaczynam trochę zwalniać, czy to normalne, że kobiety w tym wieku dopiero się rozkręcają. Bo momentami mam wrażenie, że żona dopiero teraz wchodzi w najlepszy czas swojego życia, a ja już szukam spokoju i wolniejszego tempa.
Macie podobnie? Czy może to ja za wcześnie się „uspokoiłem”?