Cześć wszystkim,
potrzebuję trochę wsparcia i spojrzenia z boku, bo nie ogarniam, co się ze mną dzieje.
Poznałem dziewczynę – cudowna, inteligentna, zabawna, z ogromnym sercem. Dogadujemy się jakbyśmy znali się od zawsze. Jest tylko jeden „haczyk”: ona jest Żydówką.
Od razu powiem – ja sam wychowałem się w katolickiej rodzinie, ale od lat do kościoła nie chodzę. No chyba że okazjonalnie – ślub w rodzinie, pogrzeb, coś tego typu. Generalnie uważam się za osobę raczej niereligijną. Dlatego, kiedy ona powiedziała, że jest wyznania mojżeszowego, trochę mnie zatkało. Przecież w Polsce Żydów jest garstka, człowiek kojarzy to raczej z historią, książkami, a nie z realnym życiem. A tu proszę – ona żyje normalnie, pracuje w IT, ma psa i mieszkanie w centrum miasta.
I teraz: niby mówi, że nie jest religijna, nie chodzi do synagogi co tydzień, nie jest „ortodoksyjna”, ale pewnych rzeczy przestrzega i to dla niej ważne.
Na przykład:
--absolutnie nie je wieprzowiny (dla niej to po prostu treif, czyli niekoszerne),
--na Pesach unika chleba i makaronów, je macę,
--w piątkowe wieczory lubi zrobić sobie bardziej uroczystą kolację, czasem z winem i chałką, bo tak wyniosła z domu,
--pilnuje, żeby mięso i nabiał były oddzielone (nie że ma dwie kuchnie jak ultraortodoksyjni, ale np. nie zje cheeseburgera).
I teraz ja mam zagwozdkę. Z jednej strony mega mnie to ciekawi – jej świat, te wszystkie „kashrut”, „Pesach”, „seder”, brzmi egzotycznie i fascynująco. A z drugiej – mam z tyłu głowy, że kiedyś możemy się zderzyć z realnymi różnicami. Ona mi tłumaczy, że jej rodzina jest otwarta, ale jednak dla nich ja zawsze będę „goj".
Pytanie do Was – ktoś miał relację międzywyznaniową, zwłaszcza z judaizmem w tle? Jak to wygląda w praktyce?
Rozum mi mówi: „uważaj, inny świat”, a serce: „nie odpuszczaj, bo drugi raz takiej nie spotkasz”.