Po przeczytaniu jednego wątku przypomniała mi się dyskusja z koleżanką o feministycznych zapędach, która stwierdziła, że to przez mężczyzn (związki z mężczyznami) większość kobiet nie robi kariery zawodowej.
Tylko jak się przyglądam swoim bliższym i dalszym znajomym, to po prostu większość ludzi nie robi takiej prawdziwej kariery, po prostu pracują, spłacają kredyty i żyją od wypłaty do wypłaty. Zarówno kobiet jak i mężczyzn.
Jeden znajomy jest dyrektorem w dużej firmie, zarabia co miesiąc przynajmniej 30 000 zł netto, drugi znajomy ma swoją firmę, nie wiem ile zarabia ale patrząc na dom, samochód, wakacje to na pewno zdecydowanie ponad przeciętną, myślę, że minimum 50 000, jedna znajoma pracuje w finansach i zarabia ok 15 000 netto, kuzyn ma swoją firmę i z tego się chwalił to zarabia 25000-30000 miesięcznie i to chyba tyle z tych bardziej majętnych.
Cała reszta osób jakie znam to księgowe, nauczycielki, kierowcy, ludzie pracujący w handlu, fizjoterapeuci, mechanicy, drobni przedsiębiorcy (fryzjerki, kosmetyczki, budowlańcy) itd... czyli ludzie, którzy zarabiają pomiędzy 5000-12000 brutto, więc trudno mówić, żeby robili jakieś wielkie kariery. I te osoby to myślę, że minimum 90% społeczeństwa, ja sam oczywiście też się w te widełki łapię, zarabiam około 7000 zł netto więc odrobinę powyżej średniej ale ciężko to nazwać wielką karierą.
Czy wy również uważacie, że kobiety nie robią kariery przez związki z męzczyznami? Czy uważacie tak jak ja, że nie robią kariery bo są przeciętne jak zdecydowana większosć społeczeństwa i to dlatego mają przeciętne prace za przeciętne pieniądze. Taka jest chyba definicja przeciętności. Czy jednak te wielkie kariery waszym zdaniem naprawdę hamują mężczyzni i związki z nimi?