Darku to już koniec, nie dzwoń do mnie, nie pisz, nie mam ochoty z Tobą rozmawiać, przesadziłeś !
Takie słowa usłyszałem kilkanaście godzin temu od najlepszej przyjaciółki. Od osoby, którą poznałem bliżej dwa lata temu. Osoby, z którą mógłbym konie kraść. Dla której zrezygnowałem ze swojego małżeństwa bo zrozumiałem że nie jestem w nim szczęśliwy i że będę dążył do życia z Nią.
Przez miesiące i tygodnie jarałem się coraz bardziej nią z wzajemnością, choć w pewnym momencie ona nieco odpuściła emocjonalnie. Może przestraszyła się tego co ja chce. To ja zdecydowałem się powiedzieć jej że ją kocham. Że jest najlepsza i doskonała. Ona niestety nie potrafiła takich słów wypowiadać, gdyż sama powiedziała że w jej opinii takie rzeczy zarezerwowane są na związek a w chwili obecnej nie chce się z nikim wiązać. Nikim...
A ja bardzo chciałem i chcę...cały czas...
niestety sprawy sie skomplikowały i to bardzo. Zawsze mnie zastanawiało dlaczego ona tak mnie unika w słowach, nie jest gotowa na fajniejsza relację. Ważne dla sprawy są dwie kwestie. Ona jest po rozwodzie, a poza tym pracujemy razem. W pracy trzeba niestety ukrywać Nasze wzajemne jaranie się sobą. Ale podobno to widać że jesteśmy bardzo za sobą.
I teraz ja...moje błędy...zawsze zastanawialem sie dlaczego ona nie chce sie zdecydowac na cos blizszego. Dosyc czesto nasze drogi sie "plątały" tak, że ktoregos dnia wrecz stwierdziła, że to jest prawie stalking i nie daje jej to komfortu życia, oddechu i obawia się o to. Zdarzyło sie tak kilka razy i stwierdziła, że mogą z tego byc problemy miedzy nami. Ostrzegała...
niestety...
jestem w niej zakochany. przyjąłem jednak rolę przyjaciela, ktory jednak chcialby czasem sie przytulić do niej. Tak jak kiedys. bo bywało tak. nigdy ze soba nie spalismy. to byla czysta, przyjacielska relacja, w ktorej jednak ja glosno mowilem czego chce. W miedzyczasie niestety ktos mi powiedzial ze ONA moze miec kilku takich przyjaciol, ale z kazdym na innej stopie przyjazni. oczywiscie mowilem im ze to nieprawda. niemozliwe wręcz. nie dopuszczalem takich slow do siebie, ale w glebi duszy obawialem sie ze tak jest. kazdy jej wyjazd byl myślą że w tym czasie spotyka sie z kimś. nie ze mną. że to ja o nią walczę, staram się, a ktoś inny ma więcej uczuć od niej.
kilka dni temu doszlo do sytuacji, ze dowiedzialem sie od pewnej osoby ze do domu (do bloku) po poludniu weszła razem z kolegą. wieczorem podjechalem pod blok i okazalo się ze impreza trwa, a ze akurat zaluzje nie byly zasloniete. widzialem tylko dwie osoby. ich wlasnie. pierwsza myśl...Boże dlaczego? przeciez ja sie tak staram, probuje, a tu jednak ktoś inny...ona zawsze powtarzala ze nie jestesmy w zwiazku i nie moze tak byc zeby sie spowiadała przede mna ze wszystkiego. ale ja jej mowie, ze chce byc z nią i sie staram...ona mowila ze wie, że sie staram i to docenia bardzo..ale dlaczego nie jestesmy razem?
i wracam do historii...wrocilem do domu, nie moglem zasnąć...czesto do siebie dzwonimy, bardzo czesto. nawet wieczorami, albo mozemy przegadać całe noce...i postanowilem ze zadzwonie do niej. to juz bylo kilka minut po polnocy...za pierwszym razem nie odebrala. za drugim widocznie przez pomylke, odebrala, a w zasadzie nacisnął sie jej odbior rozmowy....wtedy uslyszalem ze "kolega" wciaz jest u niej i rozmowa była raczej miła...rozlaczylem sie po tym jak uslyszalem ze rozmawiają na temat kołdry..czułem sie okropnie...
pomyslalem jednak spokojnie, że w sumie no dobra nie jestesmy razem...ale przeciez ja sie staram...
całą noc nie spałem...postanowilem ze rano podjade pod jej blok, poczekam i jak bedzie wychodzic to zamienie z nią kilka słów...czyli zaczyna sie stalking...
czekalem kilkanascie minut...w miedzyczasie widzialem że opuszczała rolety i że jest w domu...niestety w tym momencie ona mogla mnie juz zauwazyc gdyz raczej bylem na widoku...po kolejnych minutach wyszla z klatki...niestety nie sama... z nim...odprowadzili sie do samochodow i na pozegnanie pocalunek w usta...
wtedy mnie zamurowało i nie podszedłem...odjechała...a ja nerwowym krokiem odszedlem do samochodu....za chwile zadzwonilem do niej i drżącym glosem powiedzial "To nie ma sensu. Świat wlasnie mi runął"...ona na to co sie stalo, gdzie jestes?...odpowiedzialem ze w aucie ale pod swoim blokiem. kilka kilometrow dalej. poprosilem o spotkanie, bo musimy pogadac.
spotkalismy sie i powiedzialem ze przez pomylke odebrala telefon. ona mowi, że wie. ja mowie ze wiem ze nie byla w tym czasie sama. ona potwierdzila i zapytala: czego chce. mowie ze bardzo mi zalezy na niej. powiedzialem co mnie gryzie i czy jestem w czyms gorszy...
nastepnie ona mowi do mnie ze widziala mnie przez żaluzje. widziala ze tam czekam. i gdy wychodzila z nim to "specjalnie" sie pocałowali. na pokaz przede mną...i wszystko w sumie było ok.
ale nagle po kilku minutach po spotkaniach napisala mi ze to wszystko przemyślała i to musi byc juz KONIEC. zadnych telefonow, smsow, ale ze pracujemy razem nie zablokuje mnie w telefonie. tlumaczyla to tym, ze po wiekszym zastanowieniu sie nie ma szans na wspolną drogę. skoro teraz w ten sposob sie zachowalem to do czego moge sie dopuscic pozniej. nie chce miec kontaktu z osoba ktora ją STALKUJE. jestem chory i nic tego nie tłumaczy...
rozpadłem sie psychicznie...przeciez mielismy takie wspolne flow, ze nasze spotkania, wspolne wyjazdy, rozmowy czy głupotki były niesamowite...
poprosilem o spotkanie. niestety powiedziala ze sie nie spotkamy. podjechalem jednak pod ten feralny blok. byla w aucie. podszedlem do auta. rozmawiala przez telefon. gestem zapytałem czy moge wejsc. stałem kilka sekund. napisala mi esa, ze rozmawia i zebym nie stroił szopek pod blokiem. w ręku mialem dla niej mały bukiet. postanowilem otworzyc drzwi pasazera i polozyc kwiaty na fotelu i kiwnieciem glowy odejsc..
wrocilem wiec do auta. nagle wyszla z auta pobiegla do klatki. wiedzialem ze jest w domu. zadzwonilem wiec domofonem, a gdy ktos inny otworzyl drzwi wszedlem do klatki i zapukalem do mieszkania nie otwrzoyla. napisala smsa zebym odszedl od drzwi. odszedlem...
po kilku minutach odjechalem. potem rozmawialismy jeszcze przez telefon. ona zadzwonila...rozmowa byla jednak krotka. powiedziala stanowczo ze to koniec...a ja ze sie nie poddam, bo mi zależy bardzo...
co robić ? czy walczyć ? jak wygrać ?
napisalem jej : "Nie poddam się. Jesteś moim ideałem. To nie może być koniec. Ta historia miała skończyć się inaczej"...
pomagajcie dziewczyny...proszę !
Bardzo ważne w kwestii historii bukietu...
dostalem smsa z pytaniem "czy wziąłem sobie kwiaty spod drzwi?"
okazuje sie musiala tu przyjsc i zostawic je pod moimi drzwiami. Kwiatów co nieprawda nie ma, może komuś sie spodobały...ale taki fakt
odpisalem jej ze dostanie nowy bukiet
odpowiedziala ze nie chce zadnych kwiatow...
ja na to "Chcę Twojej przyjaźni"
WALCZYMY