Witam wszystkich,
potrzebuję rady, bo sama nie jestem już w stanie ogarnąć swojej sytuacji życiowej umysłem i podjąć jakiejkolwiek decyzji.
Pięć lat temu poznałam mężczyznę, a dwa lata temu podjęliśmy decyzję o sformalizowania go- wzięliśmy ślub. Mój mąż od początku związku cierpiał na nerwicę- częste mycie rąk, obawy przed ubrudzeniem się. Przez cały ten okres trwania naszej znajomości pomagałam mu, wspierałam go, zorganizowałam mu terapię, która troszkę go postawiła na nogi. Część jego nawyków higienicznych, natręctw po prostu zaakceptowałam.
Przed ślubem zdecydowaliśmy się kupić mieszkanie i w nim zamieszkać. Ja pochodzę z dużego miasta w PL, mój mąż ze wsi. Kupując mieszkanie chciałam, abyśmy kupili je w moim rodzinnym mieście,gdzie łatwo o pracę i są dobre warunki do życia. Jednak mąż stwierdził, że szkoda pakować się w tak wielki kredyt, aby kupić mieszkanie w tym mieście. Zaproponował, że kupimy mieszkanie w miasteczku oddalonym od jego wsi o 10km (od mojego rodzinnego miasta to 60km), weźmiemy niewielki kredyt, spłacimy to mieszkania szybko, bo w 5 lat, a z czasem się wybudujemy i wtedy weźmiemy większy kredyt, a to mieszkanie wynajmiemy. Zgodziłam się, bo to brzmiało rozsądnie. Oboje przed ślubem rozmawialiśmy o tym, że chcielibyśmy mieć dom, rodzinę, dzieci... Pomyślałam, że przez jakiś czas będę dojeżdżać te 60 km tutaj do większego miasta do pracy, a później przejdę na kilka lat na urlop macierzyński/wychowawczy, a po tym czasie otworze własną działalność w tym miasteczku, w którym mamy mieszkanie.
Kupiliśmy mieszkanie na zasadzie współwłasnosci. Mój mąż zna się na remoncie, więc stwierdził, że nie bierzemy ekipy remontowej tylko sam je wyremontuje. Jednak od dwóch lat idzie jak po grudzie. Mąż raz jeździ i remontuje żółwim tempem mieszkanie 44m2, a raz nie jeździ. Proponowałam, prosiłam abyśmy wzieli ekipę, która nam to zrobi w miesiąc, ale on nie chce o tym słyszeć. Raz się zdenerwowałam i sama zakasałam rękawy do pracy gdy go nie było i zaczęłam robić to, co mogłam i w miarę potrafiłam- uzupełniam fugi w płytkach itp. Gdy to zobaczył była karczemną awantura, że się nie znam na remoncie, a się za niego biorę. Na domu odpowiedziałam, że nie mam siły stać z założonymi rękami i patrzeć jak on raz remontuje żółwim tempem, a raz nie remontuje. Nie chcę pomocy nikogo z rodziny, nie chce ekipy remontowej...
Co kluczowe w tej całej mojej historii od dwóch lat po ślubie mieszkamy oddzielnie. Ja mieszkam dalej z rodzicami i tu w dużym mieście pracuje, a on mieszka na wsi z rodzicami. Widujemy się jedynie w weekendy, w niedzielę najczęściej.
Ten stan rzeczy mnie przeraża, bo przed ślubem tyle było planów, a teraz? Od dwóch lat stoję w zawieszeniu, nic się nie zmienia. Chciałabym założyć rodzinę, żyć z własnym mężem. Niejedna rozmowa już na ten temat była, ale nic się nie zmienia. W tygodniu czasem pojedzie po pracy remontowac, ale zanim zje obiadek u mamusi, zanim się obrócić dookoła swojej osi to przyjedzie do mieszkania o 20 i za chwilę musi jechać, bo do pracy trzeba rano wstać. W weekendy to on siedzi do późna w nocy piatek, później w sobotę wstanie koło 15 w południe pojedzie remontować o 18 i dalej ta sama sytuacja co w tygodniu, bo za chwilę zrobi się 22 cisza nocna to już nie powierci nic, a z kolei w niedzielę nie pojedzie, bo jak mi oznajmił, że to dzień odpoczynku i nie będzie ludziom wiercił nad głowami. I tak wygląda nasz remont.
Nasze relacje też oraz bardziej się psują. On jest często nerwowy i wyładowuje frustrację na mnie. Ostatnio pokłócił się z bratem i wyladował się na mnie, gdy się spotkaliśmy. Nie mówiąc już o tym, że bagatelizuje moje potrzeby, prośby. Jestem uczynną osobą, w wielu kwestiach staram się mu pomagać, a rzadko kiedy usłyszę słowo dziękuję.
Nie mam siły. Od dwóch lat w zawieszeniu. Próbowałam prośbą, groźbą coś zmienić w tym stanie rzeczy, ale mam wrażenie, że jak grochem o ścianę. Mam też poczucie, że wiecznie młoda nie będę, a chciałabym żyć, założyć rodzinę.
Nie wiem, co robić. Chciałam walczyć o to małżeństwo, ale mam wrażenie, że to jest jednostronne. Jestem tolerancyjna, wyrozumiała, ale ile można? Zaczęłam zastanawiać się nad rozwodem i unieważnieniem ślubu kościelnego. Nie łączą nas więzy ekonomiczne, nie mieszkamy razem- nie ma wspólnego gospodarstwa, nie mamy dzieci...
Jak Wy to postrzegacie? Jak byście postąpiły w takiej sytuacji?
Przepraszam za te pojedyncze błędy, które się pojawiły, ale to słownik w telefonie nieco namieszał.