Kochani, poszukuje porady wsparcia, którego szukam na wielu płaszczyznach. Historia jest dosyć długa i będe starał sie ją streścić oczywiście będąc najbardziej obiektywnym.
Jestem facetem (28 lat) raczej przeciętnym ale wykształconym z dobrą pracą i chyba jestem lub staram sie być ogólnie dobrym człowiekiem. Byłem w związku 6 lat z czego 1 rok byłem zaręczony z moją pierwszą prawdziwą miłością. Wszystkie wcześniejsze próby kontaktów z kobietami to pasmo porażek. Moja była narzeczona była pierwszą kobietą, którą mnie tak bardzo zauroczyła i zaintrygowała. Pracowaliśmy razem. Wszystko zaczęło się od pewnego spotkania wspólnego w zastępstwie za naszego szefa. Po tym poszliśmy razem do kawiarni i to było to... od tamtej pory poczułem strzałę amora. Rozmawiałem z nią jak z żadną inną ale dowiedziałem się, że ma chłopaka. Zdecydowałem, że nie mogę pozwolić na to aby związek sie rozpadł. Mimo to zauważyłem, że przychodziła do pracy smutna więc starałem się być miły, wyrozumiały. Nasza relacja pogłębiała się, dowiedziałem się, że chłopak ją nie szanuje, nie poświęca jej czasu i spotykają się tylko w weekendy mieszkając od siebie ok 2km w małej miejscowości. Mnie do niej dzieliło jakieś 25km. Rozmawialiśmy ale raczej na stopie przyjacielskiej i pewnego razu zadziało się coś niespodziewanego, oboje mieliśmy gorszy dzień i sama zaproponowała przytulenie, które skończyło się na pocałunku... Od tamtej pory zrozumiałem, że ją kocham i chce się z nią związać. Brałem pod uwagę problem sytuacji ale cały czas miałem w głowie jej słowa o rozpadzie tego związku, braku akceptacji ze strony partnera. Ona nie chciała zerwać od razu. W wakacje kiedy jej partner przebywał za granicą pojechała 2 razy do niego aby przekonać się o jego uczuciach lub braku. Cholernie mnie to bolało wiedząc, że śpią razem, po jego pracy spotykają się. Mimo to dzwoniliśmy do siebie i już wtedy czule rozmawialiśmy. Ona zapewniała mnie, że nie widzi przyszłości tego związku ale chce sie rozstać w zgodzie, żeby go nie zranić. Tak trwało to ok 6 miesięcy. Nie moglem jej złapać za rękę, ukrawanie się, mimo łączącej mnie już z nią więzi. Ostatecznie rozstali się i związała się ze mną. Bardzo to rozstanie przeżyła - wylądowała w szpitalu. Byłem przy niej cały czas. Poprzedni partner miał pełne informacje co się z nią dzieje gdyż był najlepszym przyjacielem jej brata.
Było nam cudownie, wspólne wyjazdy, spędzony czas, w końcu nie musieliśmy się ukrywać itp. Życie nam sie układało mimo odległości widywaliśmy sie praktycznie codziennie, albo u niej albo u mnie mimo odległości zawsze potrafiliśmy znaleźć konsesnus - uwielbiała jak ją odwoziłem autem, gdyż zawsze mówiła, że w poprzednim związku nie mogła na to liczyć. Bardzo się kochaliśmy.
Pierwszy poważny kryzys przyszedł po ok. 2 latach znajomości. Ja zacząłem pracę w korporacji na dobrym stanowisku zaraz po studiach inżynierskich, ona dalej robiła magistra na uniwersytecie. Niestety zrezygnowała z pracy, w której się poznaliśmy i nie miała nowej. Bolało ją to ale pocieszałem ją, próbowałem pomóc jednak odrzucała to. Cały czas chodziła smutna, przygnębiona mimo, że starałem się pocieszać. Niestety w pracy poznałem koleżankę, z którą dobrze mi się rozmawiało... trochę za dobrze... Pisaliśmy ze sobą ale nigdy nie spotykaliśmy sie po pracy zawsze pędziłem do mojej dziewczyny w momencie gdy ona nie miała pracy. W tym czasie zacząłem prace w Warszawie wiec tamten flirt wygasał. Niestety, dziewczyna zauważyła stare wiadomości... Zraniłem ją tym ale udało nam się odbudować związek. Przyrzekłem sobie i jej, że nigdy więcej nie zrobię takiej rzeczy gdyż widziałem jak ją zraniłem. I tak się stało, zerwałem kontakty ze wszystkimi koleżankami, również z większością kolegów aby poświecić czas dziewczynie. I było nam dobrze, nie wracaliśmy do tamtego etapu. W międzyczasie znalazła fajną prace w kancelarii a potem w swoim mieście w nowo otwartej firmie - szuakała na siebie pomysłu i za moja poradą poszła w tematy HR. Odnajdywała się w tym. Ja dalej codziennie pracowałem w Warszawie i dojeżdżałem 120 km a po pracy często wysiadałem u niej choćby na krótkie spotkanie. Od tamtej pory bardzo silnie kiełkowała u mnie chęć zamieszkania razem. Widziałem moich kolegów, którzy wracali do swoich partnerek, żon do domu a ja tylko na 1-2h spotykaliśmy sie z reguły u niej. Za jej namową zacząłem studia magisterskie niestacjonarne wiec praktycznie każdy weekend był zajety ale starałem sie nawet wieczorem jechać do niej aby pobyć z nią mimo zmęczenia, natłoku obowiązków czy stresującej pracy. Uznałem, że gdy skończę studia (1,5 roczne) oświadczę się jej, gdyż chce już z nią być, chce zamieszkać i założyć rodzinę. Ona w międzyczasie tez studiowała dalej na studiach podyplomowych, więc oboje byliśmy pochłonięci obowiązkami.
Po skończonych studiach nadrabialiśmy wspólnie czas. Były wyjazdy, częste spotkania, czy choćby siedzenie wspólne przed telewizorem. Mimo to nadal były to spotkania. Zaczęliśmy poważnie rozmawiać o związku o finalizacji tego. Od kiedy tylko zacząłem karierę każdą złotówkę odkładałem na mieszkanie aby kupić i żyć razem. Ja wychowany w blokowisku, ona w dużym domu w małym mieście. Ja byłem ultra oszczędny, ona rozrzutna np. kupiła sobie nowe auto z salonu (ja pomagałem jej w wyborze modelu) abyśmy mogli częściej sie widywać - ok i faktycznie to auto nie raz sie przydało. Oświadczyłem sie w maju 2019 w Wenecji. Byłem wniebowzięty, gdyż otwierało nam to drogę do wspólnego życia. Widziałem w końcu cel bycia razem. Chciałem wspólnie zamieszkać aby nie musieć dojeżdżać i tracić czasu. Pragnąłem obok niej sie budzić, wspólnie jeść śniadanie, patrzeć jak ubiera się do pracy, razem robić zakupy. Zaczeliśmy szukanie lokum. Chciałem aby był to konsensus miedzy mieszkaniem w bloku a jej domem ale chciałem mieć coś wspólnego, tylko ona i ja. Po wielu poszukiwaniach nieudanych wizytach i pewnych sprzeczkach, co do lokalizacji wybraliśmy fajny apartament w segmencie. Lokalizacja świetna pod moim miastem - jej zmotoryzowana mama mogłaby dojeżdżać autem, moja autobusem. Niestety nie mamy ojców. Mój zmarł na raka 8 lat temu jej ojciec to alkoholik, z którym nie utrzymują kontaktu.
I już w tym okresie narzeczeństwa zaczynają sie problemy a dokładniej od sierpnia 2019. Wcześniej przed zaręczynami to ona była o mnie zazdrosna nieufna, zapewne ze względu na dawny flirt z koleżanką z pracy. Ale zauważyłem, że od momentu gdy się oświadczyłem to ja bardziej byłem o nią zazdrosny. Zaczęła piąć się w karierze dość szybko, dodatkowo z zamiłowania trenuje fitness i jest certyfikowanym instruktorem. Zaczęła być trenerem w klubie. Amor chyba ponownie mnie strzelił, podobał mi sie jej charakter, jej uroda, to jak zaczęła sie ubierać. Przestała być szarą skromną myszką a zaczęła być dość przebojowa i seksowna. W jej pracy zaczęły sie wyjścia. Rozumiem to bo sam mam spotkania ale przestałem na nie chodzić ze względu na to aby ona nie czuła sie z tym źle. Te jej spotkania odbywały sie dość często z reguły raz w miesiącu i to w moim mieście. Więc po tych spotkaniach przyjeżdżałem po nią, w pewien sposób pokazywałem sie przed ludźmi z jej otoczenia, że jesteśmy razem. Ale po pewnej imprezie poczułem się bardzo dotknięty. Nie prosiła o to abym po nią przyjechał gdyż była autem (źle sie wtedy czuła i powiedziała, że nie będzie pić alko), dodatkowo zabierała kilka osób ze swojej miejscowości. Byliśmy w kontakcie ze sobą po czym napisała, że idzie z ludźmi z pracy do klubu potańczyć. Bardzo mnie to zabolało, nie wiem dlaczego, może dlatego że gdy ja byłem w fazie klubowania to chodziłem tam na podryw itp. Czułem ze jakiś facet może ją poderwać, obmacywać itp. Byłem zły i wściekły ale starałem sie stłumić w sobie. Ona mi tłumaczyła, że tylko byli potańczyć, że jesteśmy zaręczeni i nie mam o co być zły. Przyjmowałem te wiadomości do siebie ale jednak mnie to bolało. W kolejnych 2 tyg. pojechaliśmy na krótki urlop do Włoch. Niestety, urlop nie był udany, chyba cały czas miałem to w głowie. Wypominała mi to jak sie zachowywałem itp. Znów było mi z tym źle i przeprosiłem za to wszystko.
W trakcie jesieni wszystko było ok. Byliśmy na mazurach przed zimą pojechaliśmy nad morze. Kochaliśmy sie, w miedzy czasie dalej szukaliśmy mieszkania. Co do ślubu mieliśmy wizje tego jak ma to wygladać ale przeszło to na drugi plan po zakupie mieszkania.
Po nowym roku niestety wszystko zaczęło sie psuć. Pewnego razu umówiliśmy sie że przyjadę do niej do domu. Powiedziała, że idzie pobiegac a ja wiedziałem gdzie jest ścieżka i gdzie biega. Pojechałem zrobić jej niespodziankę, gdyż lubiła je. Niestety, zauważyłem, że biega z kolegą z pracy. Ponownie ból przeciął moje serce tak jak w trakcie tej imprezy, gdy poszli tańczyć. Tłumaczyła, że się spotkali przypadkiem itp. Ponownie uwierzyłem bo nie chciałem już sie kłócić szczególnie, że finalizowaliśmy zakup mieszkania. Dodatkowo ufałem jej, w koncu była moją narzeczoną.
Po tej akcji były jeszcze 2 spotkania, na które bardzo chciała iść beze mnie. Jedno to kino na film, który chciałem obejrzeć wspólnie. Zapytała czy może iść z ludźmi z pracy bo ma darmowe bilety z pracy. Powiedziałem ok, ja uznałem, że obejrzę na vod jak sie pojawi. Dopiero po tym dowiedziałem się, że była z samymi kolegami z pracy...
Wiosną zakup mieszkania sie nie udał gdyż COVID... odpuściliśmy na miesiąc temat. Znalazłem nową lokalizacje, jeszcze lepsza z lepszym domem (tym razem bliźniak). Oboje byliśmy zachwyceni tym, wybieraliśmy płytki i aranżacje wnętrz. Mieliśmy dogadaną umowę, kredyt. Dzień przed podpisaniem umowy standardowo byłem u niej. Patrzyliśmy jeszcze raz na umowę, która zredagował nasz prawnik. Znaleźliśmy sporo błędów, dodatkowo działających na nasza niekorzyść. Trochę się posprzeczaliśmy, gdyż byłyśmy tym faktem zestresowani. Ona powiedziała, że ja nic nie robie w tym temacie, że wszystko ona musi załatwiać (prawnik oraz doradca kredytowy), ja odkułem sie tym, że to ja daje pieniądze na wkład własny na mieszkanie. Nie było kłótni. Po powrocie do domu jak zawsze zadzwoniłem do niej powiedzieć, że już dotarłem. Ona płakała... mówiła mi że nie chce takiego życia na kredyt, że chce ślub potem zamieszkać u niej w domu (wyremontować góre) a może za 2 lata sie wyprowadzić aby uzbierać wiecej pieniędzy. Wpadłem w osłupienie. Byliśmy kilka godzin przed podpisaniem umowy a ona rezygnuje. Następnego dnia rano zadzwoniła o 5 rano abym przyjechał gdyż jest roztrzęsiona. Wsiadłem w auto i przyjechałem, rozmawialiśmy ze sobą. Chciałem się dowiedzieć co zaszło przez ten czas mojej jazdy autem do domu. Powiedziała, że jest wrakiem psychicznym przez ten Covid, że boi sie o prace, o kredyt itp ale powiedziała, że może ułoży to sobie w głowie i za chwile wrócimy do tematu mieszkania. Zrozumiałem i nie naciskałem. Odwołałem podpisanie umowy i czekałem 2 tyg. Po tym czasie zacząłem z nią rozmawiać. Niestety, powiedziała, że ona nie chce tego mieszkania. Chce zamieszkać w domu (z mamą). We mnie coś pękło. Zamknąłem się w sobie. Ból i żal do niej nie pozwolił mi racjonalnie spojrzeć na tę sytuacje. Obwiniałem jej mamę, że wymusiła na niej te decyzje (a już wcześniej były takie momenty, ze mama namawiała narzeczoną do pozostania w domu). Spotkaliśmy sie jeszcze kilka razy ale były to jałowe spotkania. Probowaliśmy przedstawić swoje argumenty, które do żadnych stron nie trafiały.
Po tym uznaliśmy, że nie ma sensu tego ciągnąć i rozstaliśmy się. Wtedy doszło do mnie co się stało i chyba do niej też. Wcześniej byłem zły na to wszystko. Pojechałem do niej chciałem porozmawiać ale oddała mi pierścionek... powiedziała, iż jest zapisana do psychologa bo nie zniesie tej sytuacji, jej dzieciństwa, jej pracy itp. Powiedziała wtedy, że nie wyklucza, że spróbujemy jeszcze raz ale potrzebuje chwili czasu. Wspólnie postanowiliśmy, że będziemy podtrzymywać kontakt na messengerze. Po pewnym czasie powiedziała że chodzi na terapie i psycholog powiedziała, że jej decyzje to był ruch obronny organizmu i że wszystkie złe rzeczy, które sie wydarzyły w jej życiu trzeba poukładać ok. rok czasu. Prosiła abym nie naciskał na siłe nie próbował rozmawiać czy spotykać się. Zgodziłem się ale pisaliśmy ze sobą. Niestety, po ok miesiącu czasu zauważyłem, że jej kontakt słabnie, odpisuje zdawkowo. Wiec uznałem, że nie będę naciskał i poczekam aż będzie gotowa na kontakt.
Nigdy już sie tego nie doczekałem. Po ok 2 miesiącach zdecydowałem, że musze i chce sie z nią spotkać (w tym czasie nie rozmawialiśmy ze sobą). Uznałem ze jeśli nie bedzie chciała być ze mną to rozstaniemy sie jak ludzie. Niestety, zostałem zablokowany w telefonie. Na wiadomości nie odpowiadała, odrzucała moje telefony. Przez przypadek wszedłem na jej instagram i zobaczylem, że przez ten cały czas (wakacje) wyjeżdżała w różne miejsca i jest szczęśliwa. Ostatnie wtedy zdjęcie jakie widziałem było to zdjęcie ze starego miasta wieczorową porą. Nie powiązałem jeszcze tego wszystkiego ze sobą. Dopiero któregoś ranka przyszło mi do głowy ze może to być miejscowość tego kolegi z pracy, z którym biegała... i faktycznie było jego miasto (on wynajmuje mieszkanie w jej miejscowości gdzie wspólnie pracują). Miasto wieczorem...
Tego samego dnia pojechałem do niej. Nie było jej w domu ani w pracy. Zdecydowałem, że spotkam sie z jej mamą. Udało się. Porozmawiałem, pytałem o to jak sie czuje itp. Dostałem informacje, że jest teraz ze znajomymi nad morzem na urlopie. Zapytałem wprost czy ma już kogoś ale dostałem wymijającą informację. Przekazałem jej mamie moje zapewnienia o uczuciu do byłej narzeczonej i że chce sie spotkać aby porozmawiać. Następnego dnia dostałem informacje od jej mamy (sms), żeby nie dzwonił i próbował sie kontaktować, gdyż to ja wziąłem pierścionek i to było dawno. Jej mam azarzuciła mi, że chciałem kupić mieszkanie aby "wypróbować" moją narzeczoną. Dodatkowo, że obnosiłem sie z tym że to ja daje pieniądze na to mieszkanie (słyszała naszą sprzeczkę). Oczywiście nawiązała do tego, że po co sie wyprowadzać jak cała góra jest wolna i tam można zamieszkać (w domu mamy).
Próbowałem spotkać sie z byłą narzeczoną pod klubem aby w neutralnym miejscu porozmawiać. Niestety, przywozi i odbiera ją ten kolega z pracy...
Wiem, że tekst może być trochę chaotyczny ale prośba o wsparcie, gdyż cały czas analizuje co zrobiłem źle. Chodzę na terapie do psychologa, pomaga ale ból nadal jest. Czuje w głębi serca, że za bardzo chciałem tego mieszkania. Bałem się, że już tam zostaniemy, że nie wyprowadzimy sie tak jak brat narzeczonej gdy wziął ślub. Bałem sie że nie będę swobodny tam a w ostatczności skończy się to kłotniami i rozwodem itp.
Dodatkowo boli mnie, że nie zauważyłem symptomów tego, że może mieć już adoratora i to że historia się powtarza. Próbuje to sobie wytłumaczyć tym że chyba byliśmy szczęśliwi i nie popełniałem błędów jej partnera. Oczywiście po tylu latach nie było już takiej romantyczności jak kiedyś, śpiewania serenad itp.. Dodatkowo sprawy łóżkowe były u nas rzadkie ze względu na to, że nie mogliśmy tego robić swobodnie a jedynie jak nie było jednej albo drugiej mamy w domu lub na wyjazdach.
Boli mnie tez fakt, że nie rozstaliśmy się jak ludzie. Miesiąc temu miałem urodziny, nie napisała... a wcześniej wszystkie wspólnie święta byłyśmy razem.
To była moja pierwsza prawdziwa miłość, której poświęcałem każdy swój czas wolny, bałem się jej zranić. Może było u mnie za mało romantyzmu, za bardzo naciskania na mieszkanie. Chciałbym ją spotkać i porozmawiać. Jeszcze przed rozstaniem kupiłem bilety na koncert (prezent urodzinowy) ze wzgledu na Covid koncert się nie odbył. Była przeszcześliwa z tego prezentu, kupiłem go od serca i chce jej te bilety przekazać gdyż koncert ma się odbyć w 2021r. Wiem, że nie ma już powrotu do dawnego związku mimo, że bardzo bym chciał. Czuje, że jestem postawiony w jej otoczeniu jako ten, który zniszczył jej te lata mimo, że tak nie było.
Dajcie znak, co o tym sądzicie i jakie są Wasze przemyślenia.