Pisze tutaj bo szukam pomocy, jestem już zdesperowana i nie umiem sobie sama poradzić. Planuje zapisać się do psychologa, ale narazie z powodu koronawirusa jest to utrudnione, wiec mam nadzieje ze jakąś pomoc znajde tutaj...
Mam 22 lata, od ponad 2 lat jestem w zwiazku. Dzisiaj była duża kłótnia co skłoniło mnie do przemyśleń. Zaczęłam czytać w internecie i doszłam do wniosku ze jestem toksyczna osoba i mojemu chłopakowi tez to przeszkadza, tzn dokładnie takie zachowania: ciagle coś mi nie pasuje, wiecznie mam zły humor, coś mnie boli, ktoś mnie zdenerwował, we wszystkim widzę negatywy, nie potrafię docenić tego co mam, ciagle chodzę „smutna” i oczekuje wtedy ze moj chłopak będzie mnie pocieszał i sprawi ze humor mi się poprawi, z kazdym się kłócę- aktualnie jestem pokłócona z siostra już od ponad miesiąca (o jakieś bzdety) i nie potrafię się pogodzić bo siedzi we mnie ciagle ta złość. Mam mało znajomych, nie potrafię się powstrzymywać od chamskich komentarzy. Nigdy w siebie nie wierze, od razu zakładam ze nic mi nie wyjdzie i od razu stawiam siebie na prZegranej pozycji. Dodatkowo wszystkim się bardzo przejmuje, wystarczy mały impuls a ja już jestem cała w nerwach, zaczynam płakać itp.
Z chłopakiem b. Czesto się kłócimy, a te kłótnie prawie zawsze rozpoczynam ja. Teraz nie widzieliśmy się już prawie 2 miesiące z powodu koronawirusa. I ciagle kłócimy się o tym ze on za mało do mnie pisze, ale jak już do mnie napisze to np nie pasuje mi to ze Zbyt długo odpisuje, albo ze pisze „sztucznie”, „oschle” w sensie ze nie doda jakiś miłych słówek czy serduszek. On od początku zwiazku mi powtarza ze jest taki ze lubi pobyć sam, obejrzeć sobie film vez sprawdzania co chwile telefonu i ze jemu wystarczy jak wymienimy kilka wiadomości w ciągu dnia, albo przez chwile porozmawiamy. Ja mam przeciwnie, potrzebuje ciągłej uwagi. Czasami mam wrażenie ze specjalnie zaczynam kłótnie bo wtedy on się angażuje i odpisuje mi od razu i długie wiadomości.
Już mnie to meczy. Mam dość ze ciagle chodzę zła, mam zły humor i się z bim kloce. Chciałabym mieć spokojne życie i nie martwić się wiecznie wszystkim.
Miał tak ktoś i sobie z tym poradził? Nie wiem czy dam radę sama przez to przejść bo to juz od długiego czasu trwa i kilka razy próbowałam ale zawsze przegrywałam... np 3 dni potrafię się powstrzymać i nie mieć do niego pretensji, ale zaraz wybucham i zaczynam myśleć „jak się jest w zwiazku to trzeba mieć ciągły kontakt” i zaczynam do niego wypisać i się czepiać i wszystko co osiagnelam przez 3 dni legnie w gruzach...
Czy jest jakieś inne rozwiązanie niż pomoc psychologa/psychiatry i jakieś leki na uspokojenie? Jakieś rady? Co robic? Jak się zmienić?