Jestem z nim już od kilku lat, oboje pracujemy, jesteśmy po studiach. Pół roku temu mi się oświadczył, byłam wniebowzięta. Problem w tym, że nigdy dokładnie nie rozmawialiśmy na temat tego jak ma nasz ślub wyglądać. Dopiero po oświadczynach zaczęliśmy ten temat rozważać od A do Z, to znaczy jak to ma dokładnie wyglądać, no i nie da się mu przegadać. Według niego - ślub ma być skromnym wydarzeniem przede wszystkim dla nas, najbliższej rodziny (rodzeństwo, rodzice) i najlepsi przyjaciele/przyjaciółki. Skromne wydarzenie dla 30, max 40 osób. Ja natomiast widzę to trochę inaczej. Pochodzę z tradycyjnej rodziny, moje siostry miały normalne śluby tzn. na ok 80-100 osób na nie tylko bliską rodzinę i najlepszych przyjaciół, ale też ciotki, wujkowie, kuzyni czy normalni znajomi. Oczywiście również nie były to jakieś kosmiczne imprezy z rozmachem - raczej wszystko tak planowały, żeby większość pieniędzy się zwróciła i być w plecy tylko z 5.000 - 10.000, max 15.000 co im się udało po wybraniu odpowiedniej sali, muzyki, wyżywienia itd. Oczywiście w przypadku moich sióstr nie obyło się bez kredytu, bo same z partnerami niezbyt wiele zarabiały, rodzina im trochę pomogła i resztę na kredyt, który potem znaczną większość pokryły "koperty", a resztę długu spłacili w niecały rok albo nawet niewiele ponad pół roku.
Aczkolwiek jak się domyślacie - mój chłopak nie chce o tym słyszeć. Bo u nas z kasą kiepsko - ja zarabiam trochę ponad minimalną, on prawie trzy razy więcej więc łącznie mamy dość sporo,ale to pozory, bo sporą część wydatków zjada nam duże miasto, sporo oszczędności odpada gdy coś się zepsuje (np auto) lub wakacje/ferie zimowe. Natomiast trochę ostatnio oszczędziliśmy gdy ograniczyliśmy wyjścia na miasto i kupowanie niepotrzebnych rzeczy. No i nie chcemy już brać kasy od rodziców na wesele, bo i moi i jego rodzice swoje lata już mają, a w Polsce z emeryturami sami wiecie jak jest.
I byłoby wszystko w porządku, bo nie wymagałabym od niego cudów, ale jakbyśmy to mądrze zaplanowali to wyszlibyśmy na tym podobnie jak moje siostry tzn. kredyt, normalna impreza, większość spłacona z "kopert" + kilka miesięcy kredytu. Ale on się strasznie wścieka i mało tego - zachowuje się bardzo agresywnie, pierwszy raz od kilku lat naszego związku. On nie rozumie, że to jest najważniejszy dzień mojego życia i chcę go spędzić fajnie -on za wszelką cenę chce postawić na swoim. Dla niego to grubo przesadzam i mam się "ogarnąć", bo według niego "życie to nie bajka". Padły też gorsze słowa takie jak: "nie będę brał kredytu na twoje zachcianki" - tak jakby moje potrzeby i w ogóle to wydarzenie nic dla niego nie znaczyło?
Poza tym z tego co rozmawiałam ze znajomymi wbrew pozorom małe śluby są droższe od tych trochę większych - bo jeżeli jest mało gości, to mało pieniędzy się zwróci. I często słyszałam, że osoby robiące skromne śluby i wesele wychodziły gorzej od tych, co dobrze zaplanowali średniej wielkości ślub, w którym większość kasy zwróciło się od gości. Ale jemu się nie da wytłumaczyć. Ma być tanio, skromnie, tak jak on chce. A jak chce większego, normalnego ślubu to mam "sama sobie zarobić albo skołować kasę" - jego słowa. Proponowałam mu też, żebyśmy trochę opóźnili ten ślub i sporo oszczędzili, może nawet zmienili mieszkanie na duży pokój na jakiś czas.
Co ciekawe - moja rodzina, jego rodzina, znajomi - wszyscy przyznają mi racje i pochwalają moje podejście. W końcu ślub i wesele to ważne wydarzenie, święto dla nas oboje, tylko wydaje mi się, że jemu na tym dniu w ogóle nie zależy. Tylko on jako jedyny "wie lepiej" i chce na mnie wymusić jego wizję. Nie widzę tutaj miejsca na kompromis ![]()