Ten typ cytowany z sąsiedniego tematu po prostu tak ma, że seks może być, a może go nie być. Tak zwyczajnie i nie ma w tym nic złego pod warunkiem, że typ taki nie zgrywa kotki na rozgrzanym dachu dopóki nie złapie męża, a właściwie nie użyje go do spłodzenia potomstwa. Czyli właściwego obiektu zainteresowania tego typu, na który przelewa wszelkie zainteresowanie i staranie. Ojca potomstwa od czasu do czasu i od biedy można zadowolić żeby się nie zbiesił i nie uciekł. Nie rozbierałbym tego na czynniki pierwsze, bo ten typ tak ma i już.
Co do seksu 40-latków. Jak ktoś uprawiał seks wcześniej, to będzie uprawiał i po 40-tce. Jeszcze się w tym wieku tak od razu nie umiera
Osobiście miałem raczej renesans życia erotycznego
Z paru prostych powodów.
Po pierwsze, kobieta może mieć inne potrzeby czy ogólnie libido i należy przyjąć to do wiadomości. Kobieta może po prostu potrzebować seksu raz na tydzień, dwa, cztery tygodnie. Co nie musi mieć najmniejszego przełożenia na częstotliwość seksu i wcale nie oznacza, że kobieta się zmusza.
Po drugie, kobieta może być przemęczona wieczorem i należy to uszanować
Moja nie lubi z tego względu wieczorem, ja nie lubię rano ale trzeba po prostu znaleźć kompromis. Czasem rano, czasem wieczorem, a czasem w środku dnia.
Po trzecie, nie ma znaczenia ile razy w ciągu tygodnia, miesiąca itd. Jeśli się zaczyna to liczyć, to znaczy, że po prostu jest za mało. Ma być tyle żeby po prostu o tym nie myśleć. Pomijając naturalne okresy przerwy miewałem tydzień, dwa bez seksu żeby nadrabiać "średnią" w weekend. Średnie mają średni sens.
Po czwarte, oduczyć się używać seksu jako oręża. Miałem tysiące kłótni po których nie było seksu przez tydzień, dwa tylko i wyłącznie dlatego, że każde z nas zmierzanie do seksu uznawało za przyznanie racji drugiej stronie, czyli przegraną
Wybawieniem było odkrycie, że można uprawiać seks będąc dalej ze sobą pokłóconym i nie odzywając się do siebie. Znaczy żadna ze stron nie uznawała, że przegrała, następowało po prostu zawieszenie broni na seks.
Po piąte, dla facetów. Nie prosić o seks. Jak mi kiedyś powiedziała małżonka - jeśli będzie się PYTAŁ kiedy seks, czy dzisiaj itp., to ZAWSZE odpowiem, że nie dziś, jestem zmęczona, jutro, później... NIE PYTAJ!
Po szóste, w miarę szczerze i w miarę wcześnie wyznać sobie swoje potrzeby albo się ich jakoś doszukać, bo niektóre mogą być zupełnie nieświadome. Ja czasami myślę niezbyt bystro. Po latach doznałem olśnienia i mówię do małżonki - nosz kuźwa, jeśli potrzebujesz do podniety żeby ci przylutować, to trzeba było mówić! Oszczędzilibyśmy tyle czasu i nerwów na tysiące awantur, który można było spożytkować na ciekawsze zajęcia. Mnie to co prawda nie sprawia frajdy, raczej pozostawia niesmak ale mogę się poświęcić od czasu do czasu
W tym samym punkcie jest też to co kiedyś już wyartykułowałem. To kobieta odpowiada za swój orgazm. Czasem się śmieje, że nie wiem co bym począł z obcą kobietą. Od dawna wiem co potrzeba mojej żonie i dla mnie, nie mającego doświadczeń z innymi kobietami to było kiedyś dość zaskakujące ale działa. Moja żona wie czego potrzebuje i to dostaje. Jakbym miał teraz pójść do łóżka z inną kobietą, to raczej bym tego nie praktykował. Poszedłbym zapewne klasykiem i być może nawet usłyszał, że było fajnie. Czy było, to już wiedziałaby tylko ta pani. Być może byłoby, bo ona właśnie tak potrzebuje. My faceci tego nie wiemy!
Gary napisał/a:Jednak fizycznie pożądanie mężczyzny do tej X zaraz po seksie z nią spada drastycznie, aby inne kobiety, nawet mniej od niej atrakcyjne miały szansę na seks z nim.
Mieszanie fizjologii z filozofią nie zawsze prowadzi do mądrych wniosków. Tu mam zabawną anegdotę. Zostałem kiedyś przez małżonkę de facto zgwałcony, przynajmniej w rozumieniu tych metoo itp. Wróciłem z imprezy nawalony jak świnia i padłem nieprzytomny na kanapie w salonie. Gdzieś około czwartej nad ranem przyszła małżonka i zaczęła się do mnie dobierać. Półprzytomny i nadal pijany bełkotałem żeby mi dała spokój, bo jestem pijany i w ogóle. Chwilę to trwało, próbowałem się wymigać jak mogłem ale dopięła swego. Śpię. Nie mija godzina, ta znów się dobiera. Ja pierniczę... drugi raz. Wreszcie spokój. Wstałem przed 11-tą zdechły, piję kawę, dochodzę do siebie i odtwarzam w głowie co się działo. Przyszło naturalne oburzenie, że jak można tak niecnie wykorzystać pijanego człowieka. Z tego oburzenia jeszcze przed południem dorwałem małżonkę w garderobie i przy ścianie choć połowicznie wyrównałem rachunek. Remis uzyskałem przed północą
Potem już całkiem na trzeźwo doszedłem do wniosku, że zapewne jakaś mądra koleżanka podzieliła się z nią mądrością życiową, że jak chłop na imprezie zabawi się z panienkami, to nie będzie miał siły po powrocie z imprezy i można to łatwo zweryfikować
Inna sprawa, że szedłem kiedyś na imprezę z młodymi koleżankami i jeszcze przed wyjściem małżonka zdjęła ze mnie ciśnienie. Nawet dwa razy. Co szczerze mówiąc mnie rozbawiło. Kobiety, a zwłaszcza żony muszą się nauczyć, że takie spuszczenie z ciśnienia, na okoliczność koleżanek nie działa. Wręcz przeciwnie, jak śmiem domniemywać koleżanki mogą być zadowolone, bo dłuższa zabawa gwarantowana, żadne tam męskie sprinty 