Witajcie!
Na początku chciałbym zaznaczyć, że nie jest to kolejna historia życiowego frustrata, któremu w nic nie wychodzi. Ale od początku...
Rok temu skończyłem studia, po kilku miesiącach szukania pracy, w końcu udało mi się takową znaleźć. Po jakimś miesiącu poznałem dziewczynę. Właściwie "poznałem" to za dużo powiedziane, bo z widzenia znaliśmy się jeszcze z czasów liceum. Ja byłem rok wyżej, znaliśmy się stąd, że oboje aktywnie działaliśmy w szkole w różnych kołach. Znajomość typowo z widzenia, fakt była ładna ale jakoś nie widziałem sensu zagadywania do niej. Ot, dziewczyna jakich w średniej szkole pełno, której imienia nawet nie znałem, może ciut ładniejsza. Ona podobno też mnie kojarzyła.
Początkowo jako, że byłem nowy, pracowałem w innym pomieszczeniu. Na imprezie firmowej udało nam się zgadać - punkt zaczepienia był, więc pogadaliśmy trochę, fajnie się rozmawiało. Niestety prawdopodobnie cierpię na jakąś chorobę, która chyba jeszcze nie ma nazwy. Mianowicie, mam świetny kontakt z kobietami ale nie z tymi, które mi się podobają. Ewentualnie z tymi które już mają faceta też się na ogół świetnie dogaduję, no ale ich też nie biorę pod uwagę na coś więcej. Któregoś wieczoru naszło mnie, żeby do niej napisać na fb, bo w pracy praktycznie się nie widywaliśmy. Ogółem to 2 tygodnie zbierałem się, żeby to zrobić ale zawsze wydawało mi się, że to co napiszę zabrzmi banalnie. W końcu się przemogłem, no i rozmawialiśmy... pisaliśmy tak do pierwszej w nocy. Byłem mega zadowolony i utrzymywałem kontakt pisząc przez jakieś 2-3 tygodnie, co 2-3 dni jak tam jej minął dzień i takie pierdoły... W końcu, po tym czasie postanowiłem się z nią umówić. Z racji mojego doświadczenia w takich sytuacjach (a raczej tego, że przez całe życie w takich momentach słyszałem - NIE, ale jakieś durne wymówki) miałem nawet przygotowane kilka alternatywnych dróg, w razie jakby mi się zaczęła wykręcać. Ku mojemu zdziwieniu, zgodziła się od razu...
Spotkaliśmy się 2 dni później w kawiarni, bałem się trochę jakichś momentów ciszy czy czegoś podobnego... ale nic takiego nie miało miejsca. Sama nawet narzuciła temat rozmowy na wejście i to były jedne z lepszych ponad 2 godzin w moim życiu. Wprawdzie nie było żadnego buzi na do widzenia ale byłem i tak zadowolony z tego spotkania. Piękna dziewczyna, skromna, kulturalna.... Głupi, wydawało mi się, że po tylu latach posuchy złapałem Pana Boga za nogi. Wieczorem jeszcze podziękowałem za spotkanie. Przez kilka następnych dni kontynuowałem rozmowę, nadal rozmawiało nam się świetnie. Wydawało mi się wtedy, że "koniunktura" jest świetna i niemal na pewniaka zaproponowałem jej po paru dniach drugie spotkanie. No i tu odbiłem się od ściany... Powiedziała, że dziękuje ale nie może... I od tamtej pory wszystko zaczęło się pieprzyć...
Kontakt był, niestety głównie przez fejsa, bo tak jak mówię, w pracy widywaliśmy się rzadko, a nie chciałem robić cyrku i latać na przerwie do jej pokoju, gdzie siedziała z kilkunastoma innymi osobami [nie, to nie korpo]. Z czasem zaczęła mi odpowiadać jakby na siłę. Wyczułem, że kolejnego spotkania na razie to nawet nie ma co proponować, ale rozmowę ciągnąłem dalej, żeby mieć kontakt, chociaż zaczęło mnie to coraz bardziej irytować. Miałem wrażenie, że rozmawia ze mną tylko z grzeczności. W międzyczasie ślub brał jeden z moich bliższych kumpli. Zależało mi żeby iść właśnie z nią. Proponowałem spotkanie żeby jej to zaproponować ale ona wiecznie się uczyła (tu nie neguję żeby ściemniała bo był to czas sesji, a ja kiedy studiowałem też nie miałem ochoty na żadne wychodne). W pracy nie było możliwości, więc wyjechałem jej z tą propozycją na tym zasranym fb, no to zgadnijcie co odpisała... "Ale ja też idę wtedy idę na wesele". Tak się wtedy wściekłem, że całe szczęście, że byłem na środku drogi wśród ludzi, bo chyba cisnąłbym telefonem o ziemie. Czy kłamała czy nie... nie wiem... potem jeszcze utrzymałem z nią trochę kontakt ale widząc, że to nie ma sensu... dałem sobie spokój.
Minęły jakieś 3 miesiące. W międzyczasie przenieśli mnie do pokoju z nią. Początkowo unikałem z nią kontaktu, z resztą nie było to trudne, kiedy się siedzi daleko od siebie, w pokoju gdzie pracuje prawie 20 osób. Zanim trafiłem tam, przeszło mi niemal zupełnie. Ze 3 tygodnie temu temu naszedł mnie idiotyczny jak się okazało pomysł, żeby spróbować jeszcze raz. Zacząłem z nią rozmawiać teraz już w realu, kiedy tylko była okazja. Znowu rozmawiało się świetnie. Śmialiśmy się, żartowaliśmy. Wysyłałem jej pozdrowienia "miłego dnia/weekendu" etc. Wydawało mi się, że znowu tli się szansa na coś więcej, chciałem jej proponować jakieś kino, kawę cokolwiek, a tu BUM! Kilka dni temu była z jakimś facetem. I jak to jedna z koleżanek powiedziała: Widać, że była na randce... cokolwiek to znaczy...
Nie wiem... może to było tylko jedno spotkanie, wszak ze mną kiedyś też się spotkała... no ale wątpię... Może ja sobie za dużo wyobrażam, a byłem dla niej tylko kumplem, jeśli tak to widzicie no to wyprowadźcie mnie z błędu... Znajomi i rodzina jakoś niespecjalnie mnie przekonują... Jedni mówią żeby iść do przodu, próbować umówić się jakby tego faceta w ogóle nie było. Inni, żeby nie wchodzić komuś z butami, że takie akcje w pracy są niepotrzebne, ale ja do jasnej cholery mam już dość szlachectwa i honoru w moim wykonaniu, czy tego co pomyślą inni. Kiedyś też tak myślałem no i teraz jestem gdzie jestem. To, że ona pracuje ze mną to argument w obie strony, bo czy to jej wina albo moja wina? Jakby nie ta robota to pewnie juz byśmy się nigdy więcej nie spotkali. Tylko jest to też śliski temat, wprawdzie nie boję się, że wygada na całą firmę jak to do niej podbijam, raczej mało prawdopodobne. Bardziej boję się tego, że chyba jej nie będę mógł już w oczy spojrzeć więcej. A niestety widzę ją teraz codziennie, co niestety potęguje moje odczucia. Dla niektórych to się może wydawać śmieszne takie zachowanie ale niestety kilka kolejnych "koszów" sprawiło, że mój poziom pewności siebie szaleje gdzieś na wysokości podłogi. Przed ludźmi z zewnątrz mam status małomównego, wręcz milczka, ktoś kto mnie lepiej zna (ona tak), przed kim się otworzę to wie, że prawie cały czas się śmieję i nawet jak się dowiedziałem od koleżanki o tej jej "randce" to skręciłem jakąś bekę, żeby nie było widać mojego rozczarowania ale to niestety wszystko na pokaz.
Jeżeli komuś udało się dotrwać to końca tej farsy to gratuluję samozaparcia, ale jeżeli zmarnowaliście tych pare minut na przeczytanie tego elaboratu (ja zmarnowałem chyba z 1,5 h na jego napisanie), to może zmarnujecie kilka kolejnych i przekonacie mnie co ja mam zrobić? Walczyć czy dać sobie spokój?