Witajcie, chciałabym podsumować moje ostatnie 2, może 3 miesiące życia, które doprowadziły mnie do mojej depresji, nadwrażliwości i nieufności.
Od października 2009 mieszkam w akademiku i studiuję w mieście, w którym mieszka A. Z A. poznałam się przez internet prawie 2 lata temu i od tej pory jesteśmy razem. Jesteśmy rówieśnikami, gdy się poznaliśmy, kończyliśmy 2 klasę liceum. Przez całą 3 klasę spotykaliśmy się średnio raz w miesiącu jeżdżąc do siebie na zmianę. Nikt mnie tak nie kochał jak on, ani ja nigdy nikogo tak bardzo nie kochałam. Namawiał mnie do wybrania studiów w jego mieście, abyśmy mogli być bliżej siebie. Zgodziłam się. Obiecał mi początkowo mieszkanie u siebie, ale złamał obietnicę z powodu matki, która stanowczo się nie zgodziła.
Dostałam się i zamieszkałam w akademiku. Sama w pokoju. Było w miarę, choć doskwierała mi samotność, bo A. dostał w listopadzie pracę w późnych godzinach. Na weekendy (a mój weekend trwa od piątku do poniedziałku) przebywałam u niego. Zazwyczaj siedzieliśmy w domu, co mi przeszkadzało, bo myślałam, że wreszcie poznam jakichś jego znajomych, którzy będą nas gdzieś wyciągać od czasu do czasu, ale znajomi się nie zjawiali. Moi znajomi ze szkoły okazali się tylko znajomymi ze szkoły, po szkole stajemy się sobie obcy... Ja nie pracuję.
Z biologicznego pkt widzenia jestem dziewicą, on jest prawiczkiem. Z mojej winy, ponieważ przez długi czas bałam się bólu, a ostatnio mam wątpliwości, czy to na pewno jest osoba, której chcę oddać mój skarb.
Po Bożym Narodzeniu do mojego pokoju wprowadziła się Ona. Miła, miałyśmy dużo wspólnego, dobrze nam się rozmawiało. Poznałam ją z A. Niby nic, ale od tego zaczął się koszmar. Luty. Raz pod moją nieobecność A. miał naprawiać mi komputer. Poprosił mnie o jej gg, żeby mógł się z nią dogadać co do wizyty. I miał już jej nr gg. Przyjechał do mnie, Ona miała go wpuścić. Nie było jej, więc dałam mu jej nr telefonu, żeby przedzwonił. I miał już nr telefonu. Ale oddawałam numery z niechęcią, ponieważ intuicja krzyczała do mnie, żebym ich od siebie odsunęła jak najprędzej. Po moim powrocie A. oświadczył mi, że będą się przyjaźnić. Zrobiłam się na maxa podejrzliwa. W końcu, po jednej z płaczliwych rozmów na gg na temat mojej niepewności, przeczytałam archiwum Jej gg (pod jej nieobecność). Ona tego chciała, nie ustawiła żadnych haseł. Wszystko wskazywało na to, że on się w niej zadurzył, a ona (na szczęście) wyczuła to co ja i próbowała go spławić. Zrobiłam mu awanturę. Moje zaufanie do niego, już kilka razy nadszarpnięte, teraz rozpadło się na malutkie kawałeczki. Ona też stała mi się bardziej obca. Mam do niej żal, że nie ucięła znajomości na jednej takiej rozmowie. Usunęli swoje numery, Ona zrobiła to bez wahania, on trochę żałował usunięcia jej ze znajomych na NK, więc zrobiłam to za niego.
Awantura miała miejsce 17 lutego, minął ponad miesiąc, on miał odzyskać moje zaufanie. Nie zrobił tego. Ucieka. Kłamie. Ja doszukuję się czegoś w szczegółach z życia. Dla przykładu ma na dzwonek w telefonie kiedy dzwonię ustawioną paskudną piosenkę o J... Policji (nie jest jakimś dresem ani nic), wie, że jej nienawidzę i często prosiłam, aby ustawił coś chociaż neutralnego. Nie chce tego zmienić. Wiem że ma jakiś powód. Nawet nie chce mi go podać. Dodatkowo po aferze ustawił hasło na gg i choć raz sprawdziłam, czy utrzymuje z Nią kontakt i ostatnią rozmową była rozmowa 17-go, nadal nie zdejmuje hasła, dodając żebym mu zaufała. Teraz już przestałam się o to czepiać, bo uznałam, że szkoda nerwów.
Oficjalnie mi oświadcza, że nie znosi jak płaczę i nie chce mnie widzieć płaczącej, bo zazwyczaj (wg niego) płaczę o jakieś bzdety które sobie wymyśliłam, żeby się czepiać.
Nigdy nie daje nam chwili wolnej, żebyśmy czasem nie zaczęli rozmawiać. To oglądamy film, to mnie trochę pieści, to gra na komputerze, to jemy kolację. Większość dnia jest w pracy (południe-wieczór). Najlepsze jest to, że nawet jak zacznę rozmowę w chwili, gdy nic nie robi, to aby jej uniknąć siądzie do komputera i pozwoli abym gadała do jego pleców, a on założy słuchawki na uszy i gra. Irytuje go, że oczekuję od niego uwagi.
Nie chce znać mojego zdania na żaden temat. Nie widzi żadnych problemów w sobie, więc winę za swoje i moje złe samopoczucie przypisuje mojemu uporczywemu drążeniu tematu w myślach.
Dodam, że tego wszystkiego nie było wcześniej, czyli zanim się przeprowadziłam. Więc zaczęłam myśleć w innym kierunku i właśnie w tym punkcie jestem w chwili obecnej. Uznałam, że po prostu powinnam wyjechać. Wrócić tam, skąd przyszłam i może ten związek przetrwa, może się rozpadnie, ale innego wyjścia nie ma. Spytałam czy tego chce. Mówi że nie. Pokazuje mi w życiu co innego. Mówi, że jeśli mam się męczyć, to ja muszę to skończyć. Ja nie boję się samotności, boję się stracić JEGO. Mam wrażenie że u niego jest odwrotnie. Że obojętne kto, byle ktoś przy nim był. A. tłumaczy że koniecznie powinnam iść do pracy, żeby mieć swoje pieniądze i jakieś zajęcie. Wiem, że to normalne podejście, ale w tym przypadku mam wrażenie, że on proponuje mi to, żebym się od niego odczepiła.
Z Nią teraz układa mi się w miarę, ale często chcę żeby się wyniosła. Jej widok wciąż przenosi mnie do umysłu mojego A., w którym poszukuję stłumionych wielkich uczuć do niej i nienawiści do mnie. Jest kimś, kto przestawił mi niemal całe życie w złym kierunku. On o niej już zapomniał albo zrozumiał, że pokazywanie, że pamięta zaszkodzi nie tylko mi ale i jemu (ponieważ zacznę lamentować).
Pominę już cechy jego charakteru i usposobienia, choć w pewnych sytuacjach są problemem. Choć budzę się koło niego często całkiem radosna, to nie ma dnia, kiedy bym nie pomyślała, jakby to było, gdybym to zakończyła. Nie ma dnia, w którym nie uroniłabym jednej łzy. Czy dałabym radę nie tylko z uczuciami... W końcu w razie niedostania się na studia u siebie zaprzepaściłabym rok nauki i pieniądze rodziców.
Czuję się, jakbym ten miesiąc przeżywała latami, tyle zmieniło się na gorsze. Tyle gorzkich słów wypowiedziałam i usłyszałam. Moja głowa pęka w szwach od tej goryczy a on po prostu żyje dalej. Dlaczego? Obiecał, że będzie się mną opiekował. Jest w końcu odpowiedzialny za moje osamotnienie. Teraz pozostawił mnie samej sobie. Wiele osób mówi mi, że nie docenia mojego poświęcenia. Żadna z koleżanek nie zdecydowałaby się na taką przeprowadzkę. A ja się zdecydowałam i teraz pogrążam się w depresji, czasem w nienawiści, czasem w żalu. Czy to wszystko moja wina? Czy ja zwariowałam? Chciałam kochać i dałam tyle miłości ile nagromadziłam przez całe życie. Chciałam być kochana i zostałam przyjęta jak intruz i szkodnik.