Hej. Pisałam już to sam na innym forum, ale niesłusznie zostałam posądzona o trolling. Temat może i jest kontrowersyjne, ale liczę tutaj na większe zrozumienie.
Mam 27 lat, dość dobrze płatną pracę, wynajmuję kawalerkę - narzekać nie mogę. Od zawsze byłam tym typem, który w klasie raczej z nikim nie rozmawiał, więcej czasu niż poza domem spędzał w wirtualnej rzeczywistości. No i spoko, nigdy mi to jakoś specjalnie nie wadziło. Jakiś czas temu jednak, poczułam taką wewnętrzną potrzebę, że może fajnie byłoby poznać jakiegoś faceta. Jak nietrudno się domyślić zaczęłam spotykać się za pośrednictwem internetu. W przeciągu roku byłam na 3 spotkaniach, z których każde zakończyło się fiaskiem, czemu po części sama jestem winna. I tu mój problem, bo wcale nie czuję potrzeby naprawiania rzekomego błędu, ale bez tego chyba już faktycznie nikogo nie znajdę. Koło się zamyka.
Co w takim razie jest ze mną nie tak? Może pokrótce. Mam dość sporą nadwagę, co jest spowodowane stylem życia jaki prowadzę. Zdaję sobie z tego sprawę i nie mam ochoty tego zmieniać, dobrze się czuję ze swoimi nadprogramowymi kilogramami. Tak, jestem typem kanapowca, całymi dniami mogę leżeć i oglądać seriale, grać, czy słuchać muzyki, zapychając się pizzą. Kocham pizzę. Mcdonald też, ale, że w moim mieście nie ma opcji dowozu, na razie musi wystarczyć mi pizza. Potrafię bardzo wiele dni nie wychodzić z domu, zamawiając sobie przez internet jakieś fastfoody i tak jest idealnie. Pracuję zdalnie jako programistka co znacznie ułatwia sprawę. Lubię czasami usiąść sobie i miętosić wylewający się ze spodni brzuch. Tak jest mi dobrze. Łatwo jednak zgadnąć, że faceci zwykle z daleka omijają takie laski. Tych trzech śmiałków rzuciło się mimo to z motyką na naszą największą gwiazdę, tyle, że każdy po pierwszym spotkaniu powiedział adijos. Widać na żywo wygląda to jeszcze gorzej.
Druga sprawa. Nie dbam o siebie, też o tym wiem. Ostatni raz malowałam się na pożegnanie maturzystów w 3 liceum i to tylko na wyraźną prośbę koleżanek (zmówiły się, że wszystkie do zdjęcia pomalują usta na wściekły czerwony - nie mi w głowie takie fanaberie, ale zrobiłam im raz w życiu tę przyjemność). Mogę tygodniami łazić w tym samym dresie, włosy myję sporadycznie, higienę jakąś tam podstawową trzymam, ale też moja cera pozostawia wiele do życzenia. I wiecie co? Kompletnie mi to nie przeszkadza. Doskonale wiem za to, że przeszkadza facetom.
I tu moje pytanie. Czy warto zmieniać się, wychodzić ze swojej strefy komfortu dla kogoś? Wiem, że w związku musi być zaangażowanie obojga stron, ale ja przecież jestem w stanie poświęcić swój czas, okazać uczucia, tylko czy muszę do tego dokładać jakieś głupie diety, pindrzenie się przed lustrem. Każdy jest inny, wielu mężczyzn stąpa po tym świecie, czy naprawdę nie mam szans trafić na żadnego z nich, bez zastosowania zmian?