Wiem, że to krótki okres czasu bo od porzucenia w drastyczny sposób minęło dopiero nie całe 2 miesiące. Byliśmy z sobą 2,5 roku. Były wzloty i upadki, nie sądziłam, że skończy się to w taki sposób. Niby jest już lepiej, nie wegetuje, wychodzę do znajomych, uśmiecham się, nie jestem zdołowana. Ale.. bywają napady. Ciągle łudzę się, że zatęskni, że da jakiś znak, śledzę go na portalach z obawach czy już kogoś ma. Mam napady, że chce mu pokazać co stracił. Dlatego siedząc w ten wolny czwartkowy wieczór, zaczęło mnie zastanawiać po jakim czasie mogliście powiedzieć, że ogarnęliście się, przestaliście żyć nadzieją, że wróci, że zatęskni. Zaczęliście być po prostu szczęśliwi?
1 2018-05-31 21:28:42 Ostatnio edytowany przez szalonapatka (2018-05-31 21:34:07)
2 2018-05-31 21:30:42 Ostatnio edytowany przez Lady Loka (2018-05-31 21:31:20)
Ile byliście w związku?
2 miesiące nic Ci nie dadzą jeżeli go śledzisz i sprawdzasz. Tak naprawdę nie ruszyłaś się z miejsca, bo ciągle masz nadzieję, że on wróci.
Prawdziwy czas możesz zacząć liczyć od momentu, w którym sama sobie powiesz, że to koniec. On dla Ciebie nie istnieje, blokujesz go na portalach, nie sprawdzasz, nie podglądasz, nie szukasz, nie próbujesz mu nic pokazać, bo on już nie wróci.
Wtedy możesz zacząć żyć.
U mnie było 4 miesiące.
btw. Masz już poprzedni temat.
Ja byłam 10 lat niedługo minie 5 miesięcy jak nie jesteśmy razem niebylo dnia żebym o nim nie myślała , niechce powrotu ale zapomnieć nie mogę choć chciała bym. Ja tak naprawdę zaczęłam lepiej się czuć jak się całkowicie odcięłam od niego usunęłam go z portali wszędzie gdzie się dało poblokowalam i moim znajomym i rodzinie powiedziałam żeby mi nie dawali rzadnych informacji o nim . Bo to robili. Mi bardzo pomogła informacja że już kogoś ma i się zaręczył wtedy sobie uświadomiłam że to naprawdę koniec i niewarto się o niego starać . Jeśli chcesz wyjść z tego poprostu poblokuj go nie interesuje się jego życiem i to czy kogoś ma bo się zalamiesz wiem co mówię
A ja cierpiałam po swojej wielkiej miłości pierw 3 lata. Z tym, że zaraz po rozstaniu wpadłam w depresję. Jakoś po 3 latach wyparłam z siebie ból. Teraz po 8 latach choroby, w miedzy czasie terapii i leków, dowiedziałam się, że nadal po nim cierpię. Moja chororoba przez to przez 8 lat nie odpusciła.
A ja cierpiałam po swojej wielkiej miłości pierw 3 lata. Z tym, że zaraz po rozstaniu wpadłam w depresję. Jakoś po 3 latach wyparłam z siebie ból. Teraz po 8 latach choroby, w miedzy czasie terapii i leków, dowiedziałam się, że nadal po nim cierpię. Moja chororoba przez to przez 8 lat nie odpusciła.
Minęło 8 lat a ty nadal cierpisz ? Kochasz go jeszcze ?
Nie wiem czy go kocham ale wiem, że przeżyłam z nim niebo na ziemi. Dopóki nie doszukałam się, że jest biseksualny i lubi wchodzić na strony www z kur*ami na telefon, z podanym cennikiem na stronie.
Mieliśmy po 23 lata, byliśmy studentami ale pasował do mnie bardzo.
On ma już kolejną kobietę, mieszka z nią w Finlandii. Rozmawiałam z nim pare dni temu, przyznał, że też byłam jego największą miłością.
Kolejne związki nie wychodziły mi, nie było już tej chemii, tego czegoś.
Mam 31 lat i trudno pogodzić mi się z tym, że być może już nigdy czegoś takiego nie przeżyję.
Medulla - 8 lat? musiałaś bardzo pielęgnować tę nieodwzajemnioną miłość.
Szalonapatko, po związku musisz przeżyć żałobę i przejść przez wszystkie jej etapy, łącznie ze złością, smutkiem i rozczarowaniem, by na koniec się z tym pogodzić. Niestety to co teraz robisz, zamiast przybliżać Cię do końca, tylko Cię od niego oddala, bo zamiast nabierać dystansu, Ty w sobie te bolesne uczucia pielęgnujesz. Musisz sobie w końcu uświadomić, że on podjął decyzję, a gdyby chciał się odezwać, to 2,5 miesiąca to wystarczająca ilość czasu, aby to zrobić.
Pielęgnowałam pewnie ale później już nieświadomie. Depresja trzymała tyle lat a dopiero trzecia terapeutka wpadla na to (przy intensywnej terapii dwa razy w tygodniu) ze jak wpadlam po nim w ten stan tak do tej pory nie moge sie wygrzebac. A w miedy czasie kilka nieudanych zwiazkow.. Jestem juz wykonczona
On tak podobal mi sie wizualnie, psychicznie. Nie moglam odlepic od niego rąk. Gdy odzszedl czulam sie jak na głodzie.
Szalonapatko, po związku musisz przeżyć żałobę i przejść przez wszystkie jej etapy, łącznie ze złością, smutkiem i rozczarowaniem, by na koniec się z tym pogodzić. Niestety to co teraz robisz, zamiast przybliżać Cię do końca, tylko Cię od niego oddala, bo zamiast nabierać dystansu, Ty w sobie te bolesne uczucia pielęgnujesz. Musisz sobie w końcu uświadomić, że on podjął decyzję, a gdyby chciał się odezwać, to 2,5 miesiąca to wystarczająca ilość czasu, aby to zrobić.
Czyli przestać go śledzić, obserwować? Po prostu pogodzić się z tym?
Trudne jest każde rozstanie. Pierwsze jakie przeżyłam po 12 latach związku. Nie znałam, życia poza byciem z nim. Spotykaliśmy się od młodzieńczych lat. Było bardzo ciężko, ale dałam radę. Teraz po związku 8 miesięcznym (niby nic przy tych 12 latach) a boli inaczej. Bo wtedy już nie kochałam a teraz kocham nadal. Wiem, że dam radę, bo już raz dałam ale teraz boli.
Pierwszy związek który rozpadł się przez zdradę mojej partnerki po 13 latach spędzonych razem przeżywałem może 2 miesiące, ale chyba nawet krócej. Tzn jakieś myśli pojawiały się jeszcze i po roku, ale nie był smutek, raczej jakieś wspomnienia. Na pewno pomogło bardzo to, że mnie zdradziła, a w moim kodeksie moralnym zdrada to zawsze natychmiastowy i definitywny koniec.
Cierpienie zresztą objawiało się bardziej nienawiścią do niej i obrzydzeniem niż smutkiem, potem już przyszła tylko obojętność. Każdy kolejny nieudany związek nie robił już na mnie wrażenia, po prostu uznawałem, że tak skonstruowany jest ten świat. I nie chodzi o to, że nie kochałem, ale po prostu trzeba żyć dalej.
Ostatni związek był pierwszym który sam zakończyłem, i chyba przeżywałem go najdłużej - tylko to trochę inne przeżywanie - bo po prostu pół roku się męczyłem, odkładałem decyzję, starałem się jeszcze coś wskrzesić, naprawić, jednak trafiałem na mur. I jeżeli liczyć od takiej pierwszej decyzji, że to nie ma sensu to minęło około pół roku do ostatecznej rozmowy o rozstaniu. Jednak po tej rozmowie praktycznie nie byłem smutny już ani jeden dzień. Odczułem ulgę.
Podobno za kazdy rok zwiazku dochodzi sie do siebie jeden dodatkowy miesiac. Czyli 5 lat zwiazku - 5 miesiecy itd, ale u kazdego jest inaczej, bo bardzo duzo roznych czynnikow decyduje, ile czasu potrzeba, zeby mozna bylo znowu sprobowac.
Czyli przestać go śledzić, obserwować? Po prostu pogodzić się z tym?
Sama sobie odpowiedz na pytanie co daje Ci to, że go śledzisz, obserwujesz, czyli zamiast zająć się sobą żyjesz jego życiem? Jest Ci z tym łatwiej czy trudniej? Cokolwiek na tym zyskujesz?
Podobno za kazdy rok zwiazku dochodzi sie do siebie jeden dodatkowy miesiac. Czyli 5 lat zwiazku - 5 miesiecy itd, ale u kazdego jest inaczej, bo bardzo duzo roznych czynnikow decyduje, ile czasu potrzeba, zeby mozna bylo znowu sprobowac.
To mnie nie pocieszyłeś, ja byłem 7 lat w związku, więc wychodzi mi 7 miesięcy. Jeszcze dobrze miesiąc nie miną od rozstania czyli jeszcze pół roku męki
A tak serio to najgorszy jest pierwszy strzał jak się dowiedziałem o zdradzie i wszystkich kłamstwach. Pierwszy tydzień droga przez piekło ani spać się nie dało, jeść, nic kompletnie po prostu tragedia i łzy się same lały. Cholernie przykre to wszystko no ale powoli zaczynam dostrzegać plusy tego rozstania, w zasadzie to powinienem podziękować Panu z którym mnie zdradziła narzeczona, bo jak by nie patrzeć koleś mi życie uratował. Nie chce myśleć co by było jak bym się dowiedział wszystkiego po ślubie albo gdy dziecko by się pojawiło. Wspomnienia dalej wracają i męczy mnie to, ale tak jak ktoś tu pisał w innym moim temacie najlepiej jest mieć zajęta głowę i jak najmniej o tym myśleć. Także proces uzdrawiania u mnie trwa, muszę narzeczoną jakoś z głowy wywalić chodź to ciężkie jest. Nie chcę sobie marnować życia przez kogoś kto się okazał złym człowiekiem.
Mariusz jacek napisał/a:Podobno za kazdy rok zwiazku dochodzi sie do siebie jeden dodatkowy miesiac. Czyli 5 lat zwiazku - 5 miesiecy itd, ale u kazdego jest inaczej, bo bardzo duzo roznych czynnikow decyduje, ile czasu potrzeba, zeby mozna bylo znowu sprobowac.
To mnie nie pocieszyłeś, ja byłem 7 lat w związku, więc wychodzi mi 7 miesięcy. Jeszcze dobrze miesiąc nie miną od rozstania czyli jeszcze pół roku męki
A tak serio to najgorszy jest pierwszy strzał jak się dowiedziałem o zdradzie i wszystkich kłamstwach. Pierwszy tydzień droga przez piekło ani spać się nie dało, jeść, nic kompletnie po prostu tragedia i łzy się same lały. Cholernie przykre to wszystko no ale powoli zaczynam dostrzegać plusy tego rozstania, w zasadzie to powinienem podziękować Panu z którym mnie zdradziła narzeczona, bo jak by nie patrzeć koleś mi życie uratował. Nie chce myśleć co by było jak bym się dowiedział wszystkiego po ślubie albo gdy dziecko by się pojawiło. Wspomnienia dalej wracają i męczy mnie to, ale tak jak ktoś tu pisał w innym moim temacie najlepiej jest mieć zajęta głowę i jak najmniej o tym myśleć. Także proces uzdrawiania u mnie trwa, muszę narzeczoną jakoś z głowy wywalić chodź to ciężkie jest. Nie chcę sobie marnować życia przez kogoś kto się okazał złym człowiekiem.
Pierwszy miesiąc jest najgorszy, ciężko pogodzić się z nową sytuacją. W moim przypadku minęły dopiero dwa miesiące (teoretycznie powinnam już się tym nie przejmować bo według "załoby po rozstaniu" 2 lata związku= 2miesiące żałoby.
Chociaż dla mnie najgorsza jest ta huśtawka nastroju.. Jest już wszystko dobrze, daję sobie radę i zaaaśś powrót myślami, tęsknota. Ale to chyba wynika z tego, że brakuje mi zajęcia w danym momencie
Pocieszam się, że po burzy wychodzi słońce. I tu masz rację, lepiej teraz trochę przecierpieć niż poznać prawdziwą twarz po ślubię ![]()
Mariusz jacek napisał/a:Podobno za kazdy rok zwiazku dochodzi sie do siebie jeden dodatkowy miesiac. Czyli 5 lat zwiazku - 5 miesiecy itd, ale u kazdego jest inaczej, bo bardzo duzo roznych czynnikow decyduje, ile czasu potrzeba, zeby mozna bylo znowu sprobowac.
To mnie nie pocieszyłeś, ja byłem 7 lat w związku, więc wychodzi mi 7 miesięcy. Jeszcze dobrze miesiąc nie miną od rozstania czyli jeszcze pół roku męki
A tak serio to najgorszy jest pierwszy strzał jak się dowiedziałem o zdradzie i wszystkich kłamstwach. Pierwszy tydzień droga przez piekło ani spać się nie dało, jeść, nic kompletnie po prostu tragedia i łzy się same lały. Cholernie przykre to wszystko no ale powoli zaczynam dostrzegać plusy tego rozstania, w zasadzie to powinienem podziękować Panu z którym mnie zdradziła narzeczona, bo jak by nie patrzeć koleś mi życie uratował. Nie chce myśleć co by było jak bym się dowiedział wszystkiego po ślubie albo gdy dziecko by się pojawiło. Wspomnienia dalej wracają i męczy mnie to, ale tak jak ktoś tu pisał w innym moim temacie najlepiej jest mieć zajęta głowę i jak najmniej o tym myśleć. Także proces uzdrawiania u mnie trwa, muszę narzeczoną jakoś z głowy wywalić chodź to ciężkie jest. Nie chcę sobie marnować życia przez kogoś kto się okazał złym człowiekiem.
Dokładnie. Tak samo myślałam jak mnie narzeczony zdradził po kilku latach, że dobrze, że ślubu nie było, że dzieci. Płakałam póki się na dobre nie wyprowadziłam, a potem jak ręką odjął. A jak już byłam z moim obecnym mężem to nawet uznałam, że w dobrym momencie mój eks to zrobił, bo bym teraz męża nie miała. Nic nie dzieje się bez przyczyny i tak być musiało. Dziś jestem szczęśliwa i życzę Ci tego samego ![]()
Mnie zajęło to 3 lata. Niestety musiałem wszystko usunąć, zająć się innymi sprawami. Najgorzej jest usunąć z głowy taką osobę, zwłaszcza, jak osoba odejdzie bez słowa i zniknie. Mimo wszystko prawda wypłynęła na wierzch.
Pocieszeniem jest to, że motylki zdechły i zakończyło się: rozwodem.... oczywiście nie moim.
Mnie zajęło to 3 lata. Niestety musiałem wszystko usunąć, zająć się innymi sprawami. Najgorzej jest usunąć z głowy taką osobę, zwłaszcza, jak osoba odejdzie bez słowa i zniknie. Mimo wszystko prawda wypłynęła na wierzch.
Pocieszeniem jest to, że motylki zdechły i zakończyło się: rozwodem.... oczywiście nie moim.
Czyli wnioskując: karma wraca.
Dokładnie.. Najbardziej boli, że potraktował mnie jak ścierkę do podłogi, zablokował możliwości pisania do niego. Nie napisałabym, ale.. jakoś czuję się przez to dziwnie, jak desperatka. Ale jednak fakty są twarde i nie powinnam ani przez moment za nim tęsknić, to dobre momenty dają o sobie znać..
paulo71 napisał/a:Mnie zajęło to 3 lata. Niestety musiałem wszystko usunąć, zająć się innymi sprawami. Najgorzej jest usunąć z głowy taką osobę, zwłaszcza, jak osoba odejdzie bez słowa i zniknie. Mimo wszystko prawda wypłynęła na wierzch.
Pocieszeniem jest to, że motylki zdechły i zakończyło się: rozwodem.... oczywiście nie moim.Czyli wnioskując: karma wraca.
![]()
Dokładnie.. Najbardziej boli, że potraktował mnie jak ścierkę do podłogi, zablokował możliwości pisania do niego. Nie napisałabym, ale.. jakoś czuję się przez to dziwnie, jak desperatka. Ale jednak fakty są twarde i nie powinnam ani przez moment za nim tęsknić, to dobre momenty dają o sobie znać..
Po co za kimś tęsknić, kto potraktuje cię jak "byle co". Można zachować dobre wspomnienia jeżeli ludzie się rozstają wyjaśniając wszystko i nie mają do siebie urazu.
Tym bardziej, że żadna ze stron nie zdradziła, tylko po prostu nie mogli się porozumieć.
Fakt, jest człowiekowi źle po takim rozstaniu, lecz to szybko się goi, miesiąc , dwa i najważniejsze, iż z czystym sumieniem możemy poznać kogoś nowego bez względu na czas.
Po co za kimś tęsknić, kto potraktuje cię jak "byle co". Można zachować dobre wspomnienia jeżeli ludzie się rozstają wyjaśniając wszystko i nie mają do siebie urazu.
Tym bardziej, że żadna ze stron nie zdradziła, tylko po prostu nie mogli się porozumieć.
Fakt, jest człowiekowi źle po takim rozstaniu, lecz to szybko się goi, miesiąc , dwa i najważniejsze, iż z czystym sumieniem możemy poznać kogoś nowego bez względu na czas.[/
Tez sobie tak to tłumacze, dlaczego tęsknie za kimś kto nie potrafił się rozstać jak dorosły człowiek, kierując słowa w moja stronę- tak jakbym nigdy nic dla niego nie znaczyła. Najśmieszniejsze jest to, ze nigdy nie zachowywałam się tak, nie chcesz mnie znać- to twój problem, nie martwiłam się tym. Tak jak w tym przypadku- nie poznawałam siebie, akty desperacji przez miesiąc po rozstaniu. Cóż! Wierze w to, ze poznamy kogoś kto wywróci nasz świat do góry nogami, ale w sposób pozytywny!
Zablokowanie kogoś nie jest traktowaniem jak byle co. Jest oznaką mądrości i dojrzałości. Po rozstaniu trzeba się maksymalnie odciąć od tej drugiej strony, co wiąże się też z blokadą kontaktu. To normalne i nie ma co tego przeżywać aż tak.
23 2018-06-06 08:22:06 Ostatnio edytowany przez szalonapatka (2018-06-06 08:23:24)
Zablokowanie kogoś nie jest traktowaniem jak byle co. Jest oznaką mądrości i dojrzałości. Po rozstaniu trzeba się maksymalnie odciąć od tej drugiej strony, co wiąże się też z blokadą kontaktu. To normalne i nie ma co tego przeżywać aż tak.
Owszem, zgadzam się z Tobą. Tylko problem polega na tym, że nie potrafił zakończyć relacji ze mną, tylko zostałam zablokowana i musiałam się prosić, żeby dostać jakiekolwiek wytłumaczenie dlaczego tak się stało ![]()