Cześć dziewczyny! Pewnie takich historii naczytacie się setki - pomyślicie też, że dziewczyna przed trzydziestką powinna mieć więcej oleju w głowie. Niestety - nie radzę sobie ![]()
Moje podejście do rozstań, odejść zawsze kształtowało się na zasadzie "było - minęło". Wpadł jakiś romans, koleś nie chciał się angażować - okej, fajnie, trudno. Ale tym razem poznałam mężczyznę, na którym naprawdę zaczęło mi zależeć...
Poznaliśmy się na początku stycznia. Od razu było wspólne flow. Nie tylko seksualne - choć oboje jesteśmy atrakcyjni. Ale mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów: ja straciłam wcześnie mamę, on tatę. Mamy mnóstwo pasji: fitness, sport, motory, podróże, wychodzimy z domu rano, wracamy późnym wieczorem. W sobotę wieczorem byliśmy na pierwszej randce, a już w niedzielę jechaliśmy do Poznania na obiad (ja jestem z Wrocławia, on z Oławy) ![]()
Zaczęło się. Byłam nazywana "jego dziewczyną, kobietą, panną". Wszędzie razem, do znajomych, na koncert, na wyjazd. W piątek jechałam do niego i spędzaliśmy razem czas do niedzieli. Czasem cały dzień w piżamach w łóżku. Seks był, oczywiście. Ale nie o to się rozchodziło. Kobiety czują takie rzeczy. Kiedy facetowi zależy tylko na seksie. A kiedy zależy mu na czyim innym. Z nami było to drugie. Na początku marca rzucił, że może po moich wakacjach (jechałam między 6 a 13 marca) zaczniemy szukać dla mnie półeczki u niego w mieszkaniu... Szybko. Ale czułam, że to właśnie to. Znacie to? Spotykacie kogoś, o kim myślicie "to będzie mój mąż". I tak było z nami.
Niestety - nie mogło być zbyt różowo. Zrobiłam mu awanturę. Bez powodu. Okrutną. Może nie awanturę, ale miałam pretensje o wyimaginowane rzeczy... Mieliśmy spędzić razem weekend. Zadzwonił do mnie w piątek i powiedział, ze przeprasza, ale ma złe wieści. Jego szef, który nie ma życia ani rodziny, wymyślił, że w sobotę pojadą na spotkanie do Warszawy. Było mi tak cholernie przykro...
No i popisałam się. W sobotę urządziłam babski wieczór. Po pijaku zadzwoniłam do niego z pretensjami, że nie odzywa się cały wieczór (nieważne, że u mnie były koleżanki, a on był na imprezie integracyjnej). Zarzuciłam, że zdradza mnie z koleżanką. Nie będę się rozwodzić, ale poprawiłam jeszcze w niedzielę. Tak - mam problemy emocjonalne. Psycholog, psychiatra, dom alkoholowy, niska samoocena. Walczę z tym. Ale czasem przegrywam. To, co zrobiłam w sumie na początku znajomości, było niedopuszczalne. Ale stało się.
Był zły. Bardzo. Ale niby przeprosiłam. Niby mu przeszło. Musicie wiedzieć - bo to może istotne - że to bardzo ciężki człowiek. Raz, że uparty. Dwa - zamkniety. Nie powie o problemach. Nie powie o uczuciach. Nigdy. Nikomu. Zawsze radzi sobie sam. Od 14 roku życia zarabia na siebie. Teraz w wieku 31 lat pracuje na dwóch etatach, handluje autami, ma własne mieszkanie, sprząta, pierze, gotuje, sam, sam, sam...
W następną sobotę mieliśmy jechać razem na gale KSW do Łodzi. W piatek jeszcze długo rozmawialiśmy. W sobotę miałam jechać do niego do Oławy i stamtąd mieliśmy uderzać na Łódź. Wsiadłam w samochód, napisałam smsa, że jadę i dostałam odpowiedź "Monia... nie umiem Ci tego powiedzieć. Ta awantura bardzo mnie dotknęła. Nie umiem teraz z Tobą rozmawiać. Pogadajmy po Twoim powrocie z wakacji". Miałam jechać w środę.
Intuicja... Znacie to? Kazała mi tam jednak jechać i pogadać. Tak zrobiłam. Usłyszałam różne słowa: że on sam nie wie, już co czuje. Że nie obieca mi niczego. Że nie wie, czy chce się angażować. Sluchałam. I nagle.. Zaczął płakać. Że jak mnie nie ma, to myśli, że to nie ma sensu. Że jak jestem blisko ,dostaje na głowę. Że już nie daje rady trzymać tej fasady twardego faceta, że nie daje już rady "sam". I tak dalej... byłam w szoku. Faceci płaczą rzadko. A przy kobietach w ogóle.
Daliśmy sobie tydzień. Na moje wakacje. Mieliśmy wszystko przemyśleć. Zażartowałam, że jak nie będzie chciał ze mną być, niech da znać - zostanę na wyspie i będę hodować kozy. Kazał wracać
Rozmawialiśmy i dzwoniliśmy do siebie codziennie. CODZIENNIE. Byl ostatnią osobą, z którą rozmawiałam przed wejściem na pokład i pierwszą, która zapytała, czy już wylądowałam.
Ale znów pojawił sie jakiś dystans... Nie umiem tego opisać, to się czuje. Czułam się jak na emocjonalnym rollercoasterze. Wrócilam w środę, umówiliśmy się na spotkanie w niedzielę. Rozmawialiśmy. Dostałam info, że poczuł się przeze mnie osaczony. Ale też, że nie chce zniknąć z mojego życia, że chce mieć kontakt. Że w sumie on sam nie wie teraz, czego chce. Że jest idiotą. Że niech ta znajomość toczy się sama. Nie jestem głupia - wiem, że to było rozstanie. Ale.. No właśnie, ale...
Po tym spotkaniu znów mieliśmy w miarę normalny kontakt. Rozmawialiśmy całymi dniami. Nie odzywał się weekend, to napisał w poniedziałek, że miał w weekend urwanie głowy z autami, ze tu laweta, tu urwane koło itp. Rozmawialiśmy jak para dobrych znajomych. Ja też spuściłam z tonu.
Zaproponowałam spotkanie w poniedziałek wielkanocny. Spacer lub motory, w zależności od pogody. Zajarał się niesamowicie tym pomysłem! Kazał mi się modlić, żeby była pogoda w weekend, mówił, gdzie pojedziemy itp.
W niedzielę wieczorem napisałam wiadomość, czy juz znamy godzinę, o której się spotykamy - musicie wiedzieć, że raczej nigdy niczego nie planowaliśmy i np godzina spotkania wychodziła w danym dniu. Nie odpisał, odczytał. Przed północą napisałam ponownie, by tylko dał mi znac, czy w ogóle się widzimy, bo chciałabym sobie zaplanować dzień. Odczytał, nie odpisał. Wiedziałam już, że nie zobaczymy się w poniedziałek. Miałam rację.
Zostałam zraniona. No i wulgaryzm się... Napisanie "nie spotkamy się, bo" - bez względu na powód - to nic strasznego. No i niby wiem, co powiecie: olej, daruj sobie, koleś jest idiotą.
Ale.. Znów jakieś ale. Na tyle, na ile zdążyłam go poznać wiem, że gdyby nie chciał/nie mógl się spotkać - napisałby o tym. Na pewno nie odczytałby wiadomości i nie odpisał na nią. Albo by mnie zablokował na FB gdybym była zbyt nachalna. Nie zrobił tego.
No i ta wulgaryzm intuicja. Coś - choć nie wiem, co - podpowiada mi, że to jeszcze nie koniec.. Żyję swoim życiem: dwie prace, treningi, zawody fitness, wolontariat - ale jednak on wciąż siedzi w mojej głowie. Myślę o nim, świadomie lub nie.
Powiedzcie mi dziewczyny - i chłopcy, jeśli tu są
co myślicie o całej tej historii. Najprościej byłoby powiedzieć "taki sam jak zawsze, daj sobie spokój itp".. Ja jednak mam wrażenie, ze chodzi o coś nieco innego niż zwykłe zerwanie i tchórzostwo. Poznawałam w życiu sporo męzczyzn. Dla seksu zrobili i powiedzieli wszystko. Wykorzystując moja naiwność i zauroczenie chcieli jedynie zaciągnąć do łóżka, nawet, kiedy już powiedzieli, że "nie są gotowi na związek". A ja oczywiście, głupia, ulegalam.
Tu tego nie było. Choć mógl mnie zaciągnąć do łóżka nawet po rozstaniu - nie mogłam usiedzieć na miejscu, kiedy go widziałam - nie zrobił tego. Nie dotykał, trzymał rece przy sobie. O ile zdązyłam go poznać, to nie jest typ uwodziciela.
Co myślicie o tym wszystkim? Ja czasem myślę, że odszedł, by przemyśleć parę rzeczy. Że może - paradoksalnie - czeka na mój ruch. Że wróci. Nie umiem tego nazwać, ale my kobiety mamy czasem intuicję
Czekam na Wasze opinie!