Cześć,
chciałabym zadać pytanie, o którym kiedyś rozmawiałam ze znajomymi.
Niby mamy 21 wiek, równouprawnienie. Nie uważam się za feministkę, ale zawsze traktowałam osoby na równi.
Uważam, że każdy jest człowiekiem i należy do każdej osoby podchodzić indwidualnie, nigdy nie ulegałam stereotypom. ZAWSZE starałam się zrozumieć.
I wychodziłam na tym najgorzej, jako ostatnia.
Chodzi mi tu o fakt rządzenia światem przez mężczyzn. Proszę nie mowić mi, że za każdym mężczyznom stoi kobieta- że mężczyzna to głowa, a kobieta szyja.
Albo ja jestem jakąś kulawą szyją albo świat na tym się nie opiera.
Może najperw opisze siebie. Jestem typem otwartym, ogarniętym. Nie jestem perfekcjonistką, mam duży problem z adaptacją do nowej sytuacji. Otwieram się późno.
Ale zawsze staram się ukryć te 'przywary' i nawet oszukiwać ludzi 'sztuczną pewnością siebie'. Wiem, że udając pewną siebie za chwilę stanę się naprawdę pewna siebie i w 99% sytuacji w moim życiu miało to sens. Zawsze wychodziłam dobrze z takiego udawania.
Powiedzenie' fake it till you make it ' u mnie działało.
Sama nie lubię osób, marudzących, które w pewien sposób potrzebują 'lekarza', wsparcia w sensie już pejoratywnym, bo sami użalają się nad sobą- mimo, że mają lepszą sytuację ode mnie . W takich sytuacjach jestem uważana za osobę bez serca, bo nie mam emocji.
Po prostu nie daję z siebie tyle ile kiedyś i uważam że należy dać tyle ile się zabiera. NIgdy już nie dam więcej ile ja dostaję, bo zawsze dostawałam MNIEJ ile dawałam.
To samo tyczy się związków międzyludzkich.
Jestem osobą otwartą, charakterną ale nie do przesady. Lubię się bawić, ale też mozna powiedzieć jestem pracoholikiem. POtrafię pracować w różnych warunkach, ale po pracy zawsze jest zabawa i odpoczynek.
Zauważyłam, że bardzo dobrze dogaduję się z mężczyznami w trakcie pracy. Później zwykle z takich projektów przechodzimy na stopę prywatną.
Jednak nigdy nie udaje mi się z taką osobą wytworzyć coś więcej niż koleżeństwo. Zawsze taki mężczyzna odchodzi ode mnie do kobiety, która np ma mniej kompetencji niż ja, zajmuje się ( NIE OBRAŻAJĄC NIKOGO ) paznokciami, zupełnie innymi rzeczami.
Ja szukam równego sobie partnera. Chciałabym dzielić z nim wzloty i upadki. Szukam osoby, przyjaciela nawet nie na stałe, ale po prostu aby z tą osobą być, rozumieć się i pomagać sobie. Może mam jakiś wyidealizowany obraz, ponieważ moi rodzice od 30 lat są małżeństwem super dobranym, kłócą się, godzą ale się kochają.
Chcę czegoś takiego.
Nie mogę znaleźć. Trafiam albo na osoby słabsze od siebie, albo na mężczyzn którzy wydają się odpowiedni a mnie zamieniają na bardziej delikatne? słabsze? kobiety.
Nie jestem babo chłopem, jestem asertywna, otwarta, elokwentna, miła, flirtuje.
Nie wiem dlaczego mam problem.
Mam swoje zasady. Nigdy przez łóżko nigdzie nie wejdę. Wolę pracować 100h więcej niż isc na łatwiznę i pozwolić sobie być czyimś pionkiem. Nigdy alkoholem też nie chciałabym sobie czegoś załatwiac. NIgdy nie chciałabym się spijać z szefem i poklepywać go po ramieniu, albo być poklepywaną.
MOże mam duże ego ale to są moje zasady. Potrafię iść na kompromis, zawsze wysłuchuję, ale i tak mi się nie udaje.
Z takich wielu projektów, z pracy, ze studiów, poza studiami poznałam PEŁNO mężczyzn. Z wielu, naprawdę wielu środowisk. I mniej imprezowych, więcej imprezowych, biznesowych, artystycznych, uczelnianych.
ZAWSZE jestem na poziomie 'kolezanki'. Mam wrazenie, ze testują mnie. I tak nie wychodzi.
Widza we mnie dobrego partnera do pracy, ale i tak wrócą do swojej dziewczyny do domu. POflirtują ze mną, moze nawet omamią, widza, że singielka i wrócą do siebie.
Tak samo mialam taką sytuację rok temu. Poznałam w projekcie poza pracą dodatkową pewną grupę osób. Nie zgodziłam się na takie imprezowanie jak oni uważali za słuszne. PO prostu nie lubię pewnych rzeczy. 'Głowny lider' po kilku drinkach robił mi awantury, ze nie jestem z teamu, a później na trzezwo przepraszał. BYł zazdrosny. Nie rozumiałam o co mu chodzi.
Zaczęłam się zastanawiać czy może jednak nie zacząć chodzic na jakies imprezy z nimi, moze wtedy uda mi się go rozgryźć, podobał mi się, nie powiem. I kiedy zaczęłam chodzić na imprezy, i pozniej na projekty tym bardziej stałam się tylko 'kolezanką'.
I tak on później nic ode mnie nie chciał, a widziałam, ze pół roku później spotykał się z dziewczyną w ogole z innego srodowiska, starszą, spokojną. Nieimprezującą.
Przestalam chodzić na imprezy z kolegami z pracy , którzy mi się podobają. I ktorzy są o mnie zazdrosni, odpychają innych męzczyzn ode mnie a sami ode mnie nic nie chcą.
A i tak pozniej wybierają sobie partnerki inne niz ja, z innych srodowisk niz oni.
Mam wrazenie, ze mężczyznom wolno więcej. Że mają większe prawo wyboru. Że np stweierdzą sobie, że w tym momencie zycia mają etap imprezowy , nie wiążą się z nikim, a nagle po pół roku zmienią się i zaczną spotykać sie z delikatną baletnicą.
A ja jestem w zawieszeniu- bo mam wrażenie że od 2-3lat każdy facet którego spotykam jest na niewlasciwym etapie zycia . A nagle spotyka jakaś dziewczyne i z nią jest. KAZDY.
A ja zostaję sama. Mam gorycz porażki ale idę dalej. WIem, ze takie zycie jest, trzeba szukac. ALe jak to robic. Mowi sie- nie szukaj a znajdziesz. Wcale tak nie jest - szczęsciu trzeba pomagać.
Mam wrazenie, że coś jest ze mną nie tak.
Nie chodzi o wygląd. Każdy mowi mi, ze jestem atrakcyjna. Osobowosc tez ok.
Mampo prostu pecha.
Pozdrawiam i zachęcam do dyskusji.
K